9.04.2022

Zaadoptuj śródmiejskie bagienko i stwórz podwórkowy kalendarz przyrody

Widok z mapy Google z małym zabagnieniem w Ostródzie. Dobrze widoczny rów melioracyjny.


Na zaproszenie Stowarzyszenia Inicjatyw Możliwych RzeczJasna odwiedziłem Ostródę z wykładem na temat znaczenia mokradeł w mieście. Mieszkańcy Ostródy chcą ocalać przyrodę małego bagienka, położonego przy ul. Pionierskiej i 11 Listopada. Takich miejsc w naszym regionie jest dużo. W wielu miejscowościach społeczności lokalne chcą uratować małe skrawki przyrody. Uratować przed zasypaniem, wybetonowaniem i przeznaczyć na teren użytkowany nie tylko przyrodniczo ale i rekreacyjnie. 

Wspomniane bagienko prawdopodobnie nie ma jeszcze nawet nazwy. Być może nazwa była ale została gdzieś zapominania. Może trzeba odszukać, może trzeba dopiero wymyślić. W przeszłości był to zapewne jakiś mały zbiornik wodny, osuszony by utworzyć łąki z paszą dla zwierząt. Siana od dawna się tam nie zbiera ani krów nie wypasa. Takie miejsca traktowane są jako nieużytki (stąd pokusa by je zasypywać gruzem budowlanym, śmieciami). A przecież pełnią ważna rolę, w tym w zakresie usług ekosystemowych (temat na osobną, dłuższa opowieść). Stanowią zbiornik retencyjny, który może zbierać nadmiar wody po ulewnych deszczach, chroniąc ulice i domy przez zalaniem. Nie trzeba budować, już jest. Wystarczy tylko dobrze wykorzystywać. Po drugie zabagnienia i tereny podmokłe, poza retencjonowaniem wody, magazynują węgiel (w biomasie). Są więc elementami sekwestracji węgla, jakże ważnego w czasach globalnego ocieplenia klimatu, spowodowanego nadmierną koncentracją dwutlenku węgla w atmosferze. Po trzecie są miejscem ochrony przyrody i różnorodności biologicznej. Chronić przyrodę w miastach? Tak, bo same parki narodowe i krajobrazowe nie wystarczą. Po czwarte może to być wilgotna łąka kwietna, służąca nie tylko owadom zapylającym lecz i jako miejsce rekreacyjne dla mieszkańców. I w końcu po piąte może to być teren edukacyjny. Taka zielona klasa w edukacji pozaformalnej. Jedno małe zabagnienie może być elementem ważnych działań globalnych jak i bardzo lokalnych, poprawiających komfort życia ludzi. 

Od czego zacząć? Od najprostszej dokumentacji tego co tam żyje: roślin, grzybów, zwierząt. Wybrać się na spacer i obserwować. Próbować rozpoznać gatunki roślin i zwierząt, robić zdjęcia, nagrywać głosy płazów i ptaków. Można na wspólnej grupie facebookowej lub innym wirtualnym miejscu, umieszczać te zdjęcia. Ktoś inny pomoże oznaczyć. Tak będzie tworzyła się lista mieszkańców bagienka. Przydatne będą także obserwacje kiedy poszczególne gatunki zakwitają, kiedy pojawiają się konkretne zwierzęta. Znając nazwy można dowiedzieć się więcej o biologii tych gatunków. O ich wykorzystaniu kulinarnym, medycznym czy związkach z kulturą. Tak będzie powstawał podwórkowy kalendarz przyrody.

Na wspomniane bagienko wybiorę się jeszcze w innym terminie, gdy będzie cieplej. Pojadę poobserwować co tam żyje. czy spotkam tam coś niezwykłego? To już zależy od uważności i wiedzy. I od przypadku. Na twoim podwórkowym skrawku przyrody też pojawiaj się niezwykłe gatunki, dzieją się niezwykłe procesy przyrodnicze. Trzeba tylko przystanąć i uważnie się przypatrywać. I rozmawiać z ludźmi. Bo wiedza ma charakter konektywny. 

Ostródzianie są bardzo aktywni, może będą przykładem dla innych miast i miasteczek jak można społecznie zaadaptować nie tylko bagienka lecz i inne tereny zielone. Zaadaptować i przekształcić w użyteczne przyrodniczo, gospodarczo i społecznie miejsca. Razem można więcej. 
 


7.04.2022

O szachach, Rosji i Kaliningradzie

 

Czy i ja jestem rusofobem? Wyrastałem w czasach PRL, programowo przyjaźnie nastawionej do ZSRR, język rosyjski mieliśmy w szkole a z mediów wypływał przekaz o rosyjskim kraju jako liderze postępu i cywilizacji. Po raz pierwszy odwiedziłem ZSRR w wieku nastoletnim. Odwiedziliśmy rodzinę w Wilnie i na Wileńszczyźnie. Wtedy to był Związek Radziecki i nie rozróżniałem Litewskiej i Białoruskiej Socjalistycznej Republiki. Granicy nie było. Skoro w Rosji (ZSRR) mieszkała rodzina, to i miałem ciepłe odnoszenie do tego kraju. Mimo wspomnień rodzinnych i ucieczki do Polski przez "ruskimi". Rodzina oswajała kraj i kulturę.

Potem była szkoła średnia i znakomity nauczyciel języka rosyjskiego, obowiązkowa prenumerata jakiegoś czasopisma z pięknymi ilustracjami. Jednocześnie rodził się coraz bardziej ambiwalentny stosunek do ZSRR. Ale czytaliśmy Bułhakowa z wypiekami na twarzy i z zauroczeniem.  

W czasie studiów raz wysłano mnie na spotkanie z młodzieżą z ZSRR do Perkoza pod Olsztynkiem. Nie należałem do ZSP ale widać kogoś trzeba było wysłać z organizacji studenckich. Zaskoczył mnie zbyt duży wiek gości ze wschodu, jak na młodzież studencką. Pierwsze zetknięcie z siermiężnością i tandetą. To był początek lat 80. dwudziestego wieku. 

Tuż po rozpoczęciu pracy zawodowej rozpoczęła się współpraca z Uniwersytetem Kaliningradzkim. Najpierw był cykl seminariów w latach 1989-1990 pt. "Problemy ekologii wodnych organizmów". Odbywały się naprzemiennie w Olsztynie i w Kaliningradzie. Współpraca była z geografami a nie z biologami. Była też konferencja na inny temat, dydaktyczny "XXII Nauchnaja konferencja professorsko-prepodavatelskogo sostava, nauchnyh sotrudnikov, aspirantov i studentov universiteta, 23-27 aprela 1990. Kaliningrad." To były pierwsze wyjazdy do Kalingradu i kurortu Świetłogorska oraz bliższe poznanie życia w Rosji. Jedzenia suszonych ryb (z łuskami i wnętrznościami). Potem nawiązana została współpraca dydaktyczna i wymiana grup studenckich. Nasi studenci biologii jeździli na letnie praktyki biologiczne, terenowe, a my przyjmowaliśmy grupy z Kalinigradu. To były moje pierwsze zajęcia w języku obcym. I okazja do kontaktów zarówno z kadrą jak i ze studentami. Zamieszczona fotografia z dedykacją na pudełku z szachami pochodzi z tego właśnie okresu. Wspomnienia z zajęć pozostały dobre. Gdy dużo później jechałem pociągiem z Litwy do Daugawpils na Łotwie (pociąg Kaliningradu), to w pociągu poznał mnie i zaczepił student z Kaliningradu. A z rozmowy wynikało, że miło wspominał pobyt na zajęciach w Polsce. 

Gdy po raz pierwszy Rosjanie z Kalinigradu przyjeżdżali do Polski to dziwili się kartkom na żywność. Po jakimś czasie i u nich zobaczyliśmy komitety kolejkowe przed sklepami i kartki. To, co się rzucało w oczy, to duża bylejakość życia, niedoróbki i buble. Ale to znaliśmy już z życia w socjalistycznej Polsce. I dużo mężczyzn w różnych mundurach. Kobiety pracujące przy budowie ulic a mężczyźni w mundurach, najwyraźniej przeznaczeni do ważniejszych celów... 

Potem jeździliśmy także na badania terenowe na torfowisko Celau. Pomniki Lenina w każdej wsi i miasteczku. Po jakimś czasie współpraca z Obwodem Kalinigradzkim się urwała. Raz tylko, w czasie studenckiego obozu naukowego (byłem opiekunem koła naukowego) w powiecie ełckim, byliśmy razem ze studentami z Kalinigradu. Wedrowalismy i opisywaliśmy przyrodę. Wynikało to jednak z inicjatywy starostwa powiatowego i ich projektu. Natomiast w latach 90.tych nawiązaliśmy współpracę z naukowcami z Białorusi i tam jeździliśmy na wyprawy badawcze oraz trzykrotnie ze studentami na obozy letnie w ramach praktyki. To były pierwsze lata samodzielności i niepodległości Białorusi. W zasadzie kraj taki sam, język taki sam i wszechobecne pomniki socjalizmu. Porównując Obwód Kaliningradzki i Białoruś z tego samego mniej więcej okresu dawało się zauważyć małą różnicę. Na Białorusi było widać większą przedsiębiorczość: ludzi handlujących w pociągu a nawet prace na polu, gdzie pług ciągnęła druga osoba (zamiast konia). W Obwodzie Kalingradzkim ludzie pili i zastanawiali się czy lepiej, żeby ich przyłączyć do Niemiec czy do Polski. Na Białorusi też pili ale było widać większa chęć "dorobienia się". 

Z ludźmi z Rosji i ZSRR spotykałem się także na konferencjach naukowych oraz w projektach, realizowanych przez NGO w moim regionie. W swoim domu gościłem wiele osób ze Wschodu i krajów zachodnich. Ale tylko ludzie sowieccy mówili mi, co powinienem zmienić w swoim domu. Nie było to zbyt sympatyczne. Najpewniej robili to odruchowo. Jakiś klimat imperialnego ustawiania świata. Zapewne w tym wyrośli.

Potem moja współpraca skupiła się na Niemczech i Francji. A także z Ukrainą. Niedawno próbowałem organizować wyjazd na Pojezierze Smoleńskie (Rosja). Chciałem zbierać tam chruściki w jeziorach wschodnioeuropejskich, żeby porównać do moich badań z polskich pojezierzy. Nie udało się. I najpewniej nie dojdzie już nigdy do realizacji. Przynajmniej w bliżej przewidywalnej przyszłości. Ubolewam nad tym.  

Przez te wszystkie lata byłem otwarty na współpracę naukową i na kulturę rosyjską. Z wyrozumiałością dla historii starałem się ją poznawać i rozumieć. Starałem się poznać dorobek naukowy. Otwartości nie żałuję. Po agresji na Ukrainę w 2014 i 2022 roku spadło moje zaciekawienie kulturą i nauką rosyjską. Wobec zbrodni odczuwam coraz większą niechęć i strach. Tam też są ludzie wartościowi i mądrzy. Jest jednak jedno ale. Tych zbrodni nie dokonuje sam Putin. W tej społeczności tkwi jakiś klimat szowinizmu imperialnego i apatii wobec zbrodni. Czy wobec moich emocji można mówić o rusofobii? Nie sądzę. Utrzymuję kontakty ze znajomymi naukowcami z Rosji jednak tracę nadzieję  na lepszy świat z Rosją w tle. Dużo musi się zmienić. I powinni zrobić to sami Rosjanie. 

I mam nadzieję, że już państwowo i wojskowo nie przyjdą do mojego kraju ustanawiać i tu swój "ruskij mir"... 

PS. Wojna wpływa na naukę. Zrywa współpracę, wspólne badania, wprowadza złe nastroje. 

5.04.2022

Rzadsze niż kwiat paproci w noc świętojańską (kwitnąca rzęsa wodna)

Rzęsa drobna (Lemna minor) i Wolfia - najmniejsza roślina pośród okrytonasiennych.

Niezwykłe i unikalne zjawiska dzieją się obok nas. Ale żeby je dostrzec i cieszyć się ich sensacyjnością musimy mieć wiedzę i być uważnymi. Przykładem niech będą rośliny, zamieszczone na fotografii, które kwitną a kwiaty ich są niezwykle rzadkie (i małe). Mało kto widział. Ja jeszcze nie widziałem. Rozmnażanie wegetatywne jest skuteczne więc rzadko u tych gatunków występuje rozmnażanie płciowe. Aż trudno uwierzyć, że są to rośliny kwiatowe. Zwłaszcza Wolfia.

Myśląc o niezwykłych roślinach mamy zazwyczaj na myśli kwiat paproci.  A wiedząc ze szkoły, że paprocie to rośliny zarodnikowe więc sądzimy, że kwiatów nie mają bo nie kwitną. Nie można więc spotkać kwiatu paproci nawet w Noc Świętojańską. Zaskoczę czytelników - łatwiej spotkać kwiat paproci niż kwitnącą rzęsę. Kwiatem paproci jest nasiężrzał. Stosunkowo niedawno (licząc historię nauki) botanicy rozdzielili rośliny zarodnikowe i nasienne, wskazując na ich odmienną biologię. Ale wcześniej, nasi przodkowie, traktowali rośliny jednakowo, zatem kłos zarodnionośny był uważany za kwiat. Biorąc pod uwagę ten historyczny kontekst możemy szukać nasięźrzała i w ten sposób znaleźć kwiat paproci. paproć rzadka, spotykana w siedliskach podmokłych. 

Z racji specjalności naukowe (hydrobiologia) rzęsy wodne, różnych gatunków, spotykałem dość często. Traktowałem jako element siedliska wodnych bezkręgowców. Często sprawiały kłopot przy pobieraniu materiału. Utrudniały wybieranie bezkręgowców wodnych dlatego, że pływając na powierzchni wody zasłaniały to, co głębiej się znajdowało. Małe, raczej jako tło dla innych roślin czy to zwierząt. Kto by na taką rzęsę wodną zwracał uwagę? Naoglądałem się wiele ale nigdy nie szukałem kwitnącej rzęsy. Kwiaty ma niezwykle małe, bo i rośliny są niewielkie. Trzeba więc dużej uważności. Na dodatek rzadko kwitnie.

Czy ktoś widział kwitnącą rzęsę wodną? Jak będziecie nad wodą to zwróćcie uwagę. Może akurat będziecie mieli to szczęście zaobserwować niezwykłe zjawisko przyrodnicze.

Wolfię tylko raz widziałem, w Delcie Wisły. Na jednym stanowisku występowała masowo. Nie od razu zorientowałem się, że mam do czynienie z najmniejszą rośliną kwiatową, nie posiadającą nawet korzenia. Małe kuleczki. Wyglądały jak plastikowe. Mniejsze niż rzęsa drobna. Dopiero po jakimś czasie zacząłem szukać w pamięci informacji botanicznych a potem dla pewności sprawdziłem w Internecie. Świadomość spotkania niezwykłego i rzadkiego gatunku dała dużą satysfakcję. 

Wniosek: żeby przeżyć niezwykłą przygodę potrzeba dwóch rzeczy: wiedzy (by wiedzieć, że coś jest niezwykłe) i uważności (by wypatrzyć w otoczeniu). Czasem także trochę szczęścia znalezienia się w odpowiednim miejscu i czasie. 

Teraz przy każdej wizycie nad wodą będę wypatrywał kwitnącej rzęsy wodnej. Jak spotkam, to się pochwalę.




3.04.2022

Refleksje dotyczące warsztatów bentologicznych

Warsztaty bentologiczne, wycieczka terenowa i zajęcia praktyczne.


Spotkania naukowe w formie zjazdów, konferencji i warsztatów z kontaktami bezpośrednimi, zostały na dwa lata zawieszone z powodu pandemii Covid-19. Były całkowicie zawieszone ale niektóre odbywały się w formie zdalnej. Sanitarnie sytuacja się poprawia lecz pojawiła się wojna w Ukrainie i nowe obawy czy i jak organizować zawieszone cykliczne spotkania, w tym ogólnopolskie warsztaty bentologiczne, organizowane przez hydrobiologów. Co ma wojna do warsztatów? Choćby dostępność bazy noclegowej oraz zaangażowanie się ludzi w inne działania. Czas nie jest z gumy. Pośród różnych pomysłów pojawił się także i ten by zaprosić szerzej do udziału bentosowe środowisko naukowe z Ukrainy. Czyli dwa w jednym i warsztaty i jakaś pomoc czy wsparcie dla Ukrainy w trudnym dla niej czasie. 

Ta dyskusja zaczęła się od wpisu na fejsbookowej grupie przez Grzegorza Tończyka i maili rozesłanych przez Małgorzatę Kłonowską-Olejnik. Wpisem na blogu włączam się do dyskusji i poszerzam kanały komunikacji (zapewne toczą się także rozmowy kuluarowe i wąskich gronach). Na blogu można napisać dłużej, niczym w dawnym newsletterze (kiedyś grupa bentosowa miała także newsletter o znamiennym tytule DNO). Oczywiście tu na blogu piszę w uzupełnieniu i znacznym poszerzeniu do tego, co już zamieściłem na Facebooku. 

Pytanie zasadnicze: co dalej z warsztatami, a jeśli tak, to w jakiej formie? W każdej dalekiej wyprawie warto czasem zatrzymać się i zastanowić co dalej? Jak wybrać drogę, którędy i jak dalej podróżować? W długiej już tradycji spotkań warsztatowy mniej lub bardziej publicznie zastanawiamy się co dalej i jaką dla nas wartość miały i mają warsztaty bentologiczne. Niewtajemniczonym wyjaśnię, że bentosem nazywamy organizmy, żyjące na dnie zbiorników wodnych: rzek, źródeł, jezior, stawów itd. Zatem warsztaty bentologiczne to spotkania naukowców (w tym doktorantów i studentów) zajmujących się bentosem,

W refleksji nad zapoczątkowaną dyskusją nasunęło mi się kilka wątków. Pierwszy dotyczy form komunikacji w nauce i ich ewentualnej ewolucji, drugi - sensu istnienia towarzystw naukowych, trzeci - utrzymania wartościowej tradycji, czwarty odnosi się do pytania o młode pokolenie hydrobiologów i ich pomysły na świat i życie naukowe. 

Skoro dyskusja trwa to znaczy, że warsztaty w jakieś formie trwają i są potrzebne. My się zmieniamy, świat się zmienia lecz coś pozostaje niezmienne. Czy tym czymś są warsztaty bentologiczne, organizowane pod szyldem Polskiego Towarzystwa Hydrobiologicznego? A może to tylko forma czegoś znacznie głębszego? I wtedy o tę głębszą istotę warto pytać.

To, co niezmienne i trwałe, to dyskusja naukowa jako jedna z form komunikacji nauce. Lecz na skutek zmian cywilizacyjnych, przynajmniej w części zmieniają się formy tej komunikacji. Czy warsztaty mają trwać siłą przyzwyczajenia i tradycji czy siłą autentycznej potrzeby? A może trzeba zamknąć pewien etap i wspominać sympatyczne chwile, licząc na nową transformację, na inicjatywy nowego pokolenia i na nowe warunki komunikacji? Tak jak stało się z newsletterem DNO - całkiem nie zamarł, przynajmniej w części trwa w postaci grupy na Facebooku.

Od dawna wykorzystywanymi formami komunikacji w nauce są książki, publikacje, newslettery. Zwłaszcza książki długo powstają i mają długi cykl życia. Sprawniejszym narzędziem są i były publikacje o znacznie krótszym cyklu życiowym i raczej węższym zakresie przedstawianych zagadnień. Jeszcze szybsze w komunikacji były newslettery. Powstały w epoce kserokopiarek i znacznie przyspieszyły upowszechnianie informacji naukowych. Teraz już chyba nie funkcjonują, bowiem wyparte zostały przez tańsze wersje online w postaci stron internetowych, elektroniczne wersje pdf (tańsze w rozsyłaniu nawet mailem) czy w mediach społecznościowych. W naszym przypadku założyliśmy grupę na Facebooku w miejsce obumarłego DNA (newsletter papierowy). Nawet publikacje i książki w coraz większym stopniu funkcjonują w wersjach elektronicznych, nie tylko jako uzupełnienie wersji papierowej lecz także zamiast nich. Wszystkie wymienione formy to dyskusja zdalna, bez bezposredniego kontaktu.

Równie starą formą dyskusji naukowej są konferencje, kongresy, seminaria czyli spotkania bezpośrednie rozproszonego bądź co bądź środowiska naukowego. Rozproszenie to cecha pracowników naukowych - każdy w innym miejscu, w czasem innym kraju, daleko od siebie. Na co dzień pracujemy pojedynczo lub w małych zespołach. Konferencja umożliwia spotkanie bezpośrednie wielu osób z wybranej dyscypliny czy specjalności. Spotkanie ludzi, którzy na co dzień znają się z publikacji i korespondencji listownej, teraz także z telefonów, e-maili i mediów społecznościowych. Spotkanie bezpośrednie to nie tylko możliwość wysłuchania referatu, wykładu ale także niezaplanowane spotkania i dyskusje kuluarowe. Niezwykle ważne dla ludzi nauki. Nie tylko budowanie relacji międzyludzkich ale miejsce na powstawanie pomysłów, poznawanie nowych ludzi i na dyskusje nie do końca uporządkowane. Miejsce inspiracji. 

Pewną nowszą formą konferencji są warsztaty, czyli spotkania bezpośrednie specjalistów ale z zaplanowanym czasem na poznawanie technik, przydatnych w codziennej pracy. Warsztaty to czas i miejsce, gdy uczymy się razem w grupie, bez wyraźnych podziałów na nauczycieli i uczniów, to czasowa grupa wspólnie odkrywająca, z relacjami bardziej horyzontalnymi niż wertykalnymi, mniej hierarchicznymi. Jakieś hybrydowe połączenie konferencji z szybkim kursem "podyplomowym". Ważne są w szczególności dla młodych badaczy lub dla osób rozpoczynających przygodę z nową tematyką czy metodologią badań. Szybciej uczymy się w kontakcie niż gdy czytamy o metodzie w książkach. W pewnym sensie na warsztatach wydłużamy czas na kuluary i wielobiegunowe dyskusje i niezaplanowane interakcje. W przenośni nazwałbym to specyficznymi rozmyślaniami przy łuskaniu fasoli czy darciu pierza. Nie tylko uporządkowane i sformalizowane zabieranie głosu ale możliwość aktywnego uczestnictwa w poznawaniu nowej metody. Przyjemność bycia w środowisku uczących się ludzi.

Czy warsztaty się przeżyły? Sądzę, że nie. Nawet jeśli pojawią się jakieś inne, nowe formy komunikacji w nauce, to książki, publikacje, konferencje i warsztaty zachowają swoją wartość i dużą przydatność. A co z warsztatami bentologicznymi? Czy po pandemicznej przerwie odrodzą się czy raczej przekształcą w coś nowego? A może jakieś zmiany zaszły w polskim środowisku hydrobiologicznym? Jeśli tak to jakie? Czy chcemy się ze sobą spotykać wokół tematyki bentosowej?

Kiedy spotkałem się z warsztatami? Będzie trochę osobistych wspomnień. Był początek lat  90-tych XX wieku, na samym początku mojej aktywności naukowej, jako asystenta. Zaprosił mnie kolega ze studiów do wsparcia warsztatów koleopterologicznych. Co prawda moim obiektem badań były chruściki ale warsztaty poświęcone były jeziorom lobeliowym i miałem adekwatny materiał. Przy okazji miałem pomóc organizacyjnie bo warsztaty organizował w Polsce The Balfour-Browne Club. Od razu na głęboką wodę. Zaskoczyła mnie duża otwartość i życzliwość europejskich koleopterologów, w odróżnieniu od polskiego klimatu feudalnej hierarchii, szorstkości i klimatu „ruki po szwam” dla ludzi z prowincji (a Olsztyn to prowincja na naukowej mapie Polski), której zdążyłem już doświadczyć. Myślałem, że tak po prostu musi być. Okazało się, że nie musi. Poznałem inną rzeczywistość (przenikała powoli do Polski). Było to towarzystwo naukowe starego typu bez podkreślania tytułów i stopni naukowych. Między naukowcami byli policjanci, przyrodnicy-amatorzy i dopiero przy ognisku można było się dowiedzieć między wierszami kto jest profesorem ważnej uczeni. Były oczywiście jakieś referaty, ja prezentowałem poster. Ale głównie było terenowe zbieranie materiału. Dwóch Brytyjczyków przyjechało ze mną do Olsztyna bo i tu chcieli pozbierać chrząszcze a ja spełniałem się w roli przewodnika terenowego. Czego się nauczyłem i co podpatrzyłem? Że w terenie najwygodniej bez woderów. Wystarczą tylko adidasy lub trampki. I tę metodę wielokrotnie potem wykorzystywałem w dalekich wyprawach bez samochodu. Oczywiście taka technika sprawdza się od wiosny do jesieni, najlepiej latem. Buty i spodnie szybko schną i nie obciążają plecaka. I nie trzeba na każdym stanowisku zmieniać obuwia. Znakomicie sprawdzają się także sandały. Szybciej schną. Oczywiście muszą być z odpowiedniego materiału. Drobny szczegół, o którym nie piszą w podręcznikach do hydrobiologii.

Co jest dobrego w warsztatach i co warto utrzymać? Niskie koszty zakwaterowania, np. w schroniskach. Kiedyś było ważne bo byliśmy biedni, teraz bo pieniądze na wyjazdy są tylko z grantów, uczelnie zazwyczaj nie finansują. Nie masz grantu i zaplanowanych konferencji - nie jedziesz. Albo za swoje, jako wyjazd prywatny. Niskie koszty ważne są dla doktorantów, studentów i freelancerów. Zatem wartością jest nastawienie się przede wszystkim na spotkanie a nie na luksus zakwaterowania (faktem jest, że młodszym jest łatwiej znosić spartańskie trudy zakwaterowania). Przy okazji wspólne robienie posiłku w schronisku sprzyja budowaniu relacji. Kolejną, moim zdaniem, wartością jest to, że dużo czasu przeznaczone jest na warsztaty i wycieczki terenowe a mniej na typowe części konferencyjne. Bardziej uczymy się razem niż prezentujemy swoje dokonania. To także ale więcej w formie posterowej niż referatowej. I spore nastawienie na życzliwe integrowanie środowiska polskich hydrobiologów. A w zasadzie tworzenie środowiska do takiej integracji w czasie wycieczek terenowych z demonstrowaniem różnych technik badawczych, z aktywnością artystyczną w postaci malowania kamieni, koszulek itd., w czasie których można milczeć i odzywać się tylko od czasu do czasu. 
Warsztaty z wycieczkami terenowymi są dobrą okazją do lepszego poznania różnorodnych ekosystemów i uzupełnienie zbiorów dydaktycznych. 

Warsztaty bentologiczne zapoczątkowali głównie "młodzi gniewni" hydrobiolodzy. Jako ich własny pomysł na podnoszenie kwalifikacji i wspólne uczenie się, jako własny pomysł na własne konferencje. Może po wielu już latach młodzi nie są już tacy młodzi i chcą przekazać pałeczkę innym? Czy będzie to prosta kontynuacja czy jakaś zmodyfikowana? I czy nam, starszym, starczy cierpliwości i wyrozumiałości na nowe pomysły innych ludzi? 

A może mniejsze jest zapotrzebowanie na warsztaty bo zaszły jakieś zmiany w polskiej nauce, w tym wśród hydrobiologów? Może bardziej nastawiliśmy się na zbieranie punktów (punktoza), potrzebnych w ocenie pracowników? Jeśli tak, to przyczyna leży gdzieś poza środowiskiem polskich bentosiarzy. Może spada zapotrzebowanie na konferencje i spotkania w towarzystwach naukowych? Bo zaciera się różnica między spotkaniami naukowymi a spotkaniami towarzystw naukowych w środowisku akademickim? Bo może szerzej wykorzystujemy spotkania online? Osobiście uważam, że sporo zmieniło się w całym środowisku naukowym a sytuacja z warsztatami jest tylko małym przykładem. A może się mylę i moje pesymistyczne myślenie wynika z wieku?

Jakie jest sens warsztatów? Ciekawość i początek indywidualnej podróżny w nauce. Tworzenie szerokiej grupy współpracujących naukowców. Dlatego warto utrzymać. Zatem czy jestesmy jeszcze wystarczająco ciekawi i czy chcemy tworzyć szersze, międzyuczelniane zespoły badawcze?  

Po co jeździć na warsztaty? By posłuchać wykładów i doniesień jak na każdej konferencji. By podyskutować inaczej niż na co dzień i by wziąć udział w wycieczce i poznawać nowe ekosystemy i siedliska i grupy bezkręgowców. A nawet po to by uczestniczyć w zabawach integracyjnych, w niezaplanowanych, spontanicznych mikro spotkaniach i interakcjach. Niczym jak na studiach poznawać różne siedliska i grupy bezkręgowców; jak wyglądają nie tylko w podręczniku, by poszerzać horyzonty własnego obiektu badawczego. Czasem by w rozmowach lub w terenie rodziły się nowe pomysły badawcze i zawierane były nowe znajomości, kontakty. Jeździmy, moim zdaniem, by budować relacje i integrować środowisko badawcze. Ale czy my (a jeśli tak to jak wielu) chcemy się integrować i współpracować czy raczej konkurować? Lepsza jest współpraca międzynarodowa niż krajowa? 

A może teraz inaczej poszukuje się pomysłów badawczych? Czy warsztaty bentologiczne mają trwać siłą przyzwyczajenia i tradycji czy silą autentycznej potrzeby? Co nas łączy, jeśli cokolwiek? Czy potrafimy to zwerbalizować?  Nie wszystko się robi dla punktów i dla nagrody. Są rzeczy niewymierzalne w krótkim odcinku czasowym. Zatem kontynuacja czy nowy początek? Skoro starsi się nieco "zmęczyli" to może niech młodzi spróbują przejąć pałeczkę?

I pytanie najważniejsze: kto się podejmie organizacji w ramach wolontariatu by koszty były jak najniższe. A gdyby zapraszać liczniejsze grono hydrobiologów z Ukrainy to pewnie trzeba zdobyć dodatkowe fundusze na pokrycie części wydatków. Spory wysiłek organizacyjny...

Warsztaty to okazja by pozbierać materiał dydaktyczny lub naukowy w nowych siedliskach.

...I by poznać nowe ekosystemy, nowe krajobrazy ze zbiornikami wodnymi w tle.

Poznawanie lub tylko trenowanie różnych technik badań terenowych.

Praca laboratoryjna w czasie warsztatów (oznaczanie bezkręgowców itp.).

Malowanie i element artystyczny jako forma integracji i dyskusji w konwencji "łuskania fasoli".

2.04.2022

Czy można uczyć bez podręcznika?

Wizualna notatka uczniowskiej pracy z tekstem.

Szkoła nieodmiennie kojarzy się z podręcznikiem i zeszytem. No i oczywiście z ławkami i ocenami. Jest szkoła i nauczanie to musi być i podręcznik. Bo jak inaczej? Najważniejszy jest jednak nauczyciel oraz jego wiedza i kompetencje pedagogiczne. 

Czy może być inaczej z tymi podręcznikami, zwłaszcza w świecie, który tak szybko się zmienia? I to dużo szybciej niż podręczniki. Może, ale wymaga to ambitnych, pracowitych i odważnych nauczycieli. A przede wszystkim naszego zaufania do nauczycieli. I chyba łatwiej wyprodukować nowy podręcznik niż obdarzyć zaufaniem do nauczycieli i ich pracę....

Zacznijmy od lektur szkolnych, jako przykładu. Wiele lektur obowiązkowych jest mocno przestarzała zarówno w odniesieniu do języka jak i do problemów. Powstały w dawnym świecie, w świecie naszych dziadków, pradziadków, czasem naszym. Przyzwyczailiśmy się do ich istnienia. Kiedyś książek było mało, więc łatwiej było wybrać tylko kilka, kilkanaście pozycji, które wszyscy powinni przeczytać i na ich bazie prowadzić dyskusję. Sporo lat minęło. Napisano dużo innych książek. Wybór jest znacznie większy a przez to trudniejszy. Czy one nie wprowadzają do zrozumienia naszej kultury? Czy nie są wspólnym kanonem naszej kultury? Czy nie poruszają naszych emocji? Owszem trochę nowości w zestawie lektur jest. Ale w szybko zmieniającym się świecie to za mało i za wolno. A po co są w ogóle lektury szkolne? Czy tych samych celów edukacyjnych i cywilizacyjnych nie można osiągnąć z wykorzystaniem innych tekstów? Przecież tekst jest tylko narzędziem a nie celem samym w sobie. Lektury są wstępem do dyskusji. Jednakowe teksty dla wszystkich czyli bez uwzględnienia indywidualności miejsc i sytuacji. Cykl wprowadzania książki do zestawu lektur trwa długo. I już z tej przyczyny zestawy lektur słabo reagują na zmiany i aktualne potrzeby. Kiedyś nie było to ważne, bo świat zmieniał się bardzo wolno. Teraz jest inaczej. Czy zaufać nauczycielowi, że jest kompetentny i sam jest w stanie dobrać tekst do potrzeb edukacyjnych? Wymagałoby to sporej samodzielności i oczytania nauczyciela. Taki nauczyciel sam na bieżąco musi poznawać kulturę, być jej uczestnikiem.

Odgórne i całościowe zmienianie kanonu lektur jest wolne i trudne. Bo w każdej miejscowości i szkole może być nieco inne zapotrzebowanie edukacyjne. Mogą pojawiać się inne problemy czy aktualne potrzeby. Jest oczywiście zestaw lektur do wyboru, w pełnej gestii samego nauczyciela. A czy można chcieć więcej? czy może sam nauczyciel wybierać nie z ministerialnej listy ale ciągle zmieniającego się rynku wydawniczego?

Podobnie z podręcznikami przedmiotowymi. Dawno temu w bibliotekach jak i w domach książek było niewiele. To szkolny podręcznik do biologii, geografii czy chemii był jedynym oknem na świat przyrody. Zwłaszcza w rodzinach analfabetów, gdzie książek jako takich w ogóle nie było lub były nieliczne. Obecnie na ryku jest bardzo dużo dobrych książek, pokazujących przyrodę i aktualne ważne zjawiska. Wybór i różnorodność bardzo duża. Nie trzeba nad nimi sprawować nadzoru. Jedynie nauczyciel musi mieć szerokie horyzonty by wybrać to, co wartościowe i to co najbardziej pasuje mu do konkretnej sytuacji w szkole i uczniów w jego klasie. I w domu taka książka może zostać na długo, nie musi być wyrzucana na makulaturę, gdy uczeń przejdzie do kolejnej klasy. Bo co robimy ze szkolnymi podręcznikami? Wydają się nam po roku nieaktualne i kojarzą się tylko z sytuacjami szkolnymi. W sytuacji, gdy podręczniki są darmowe i na wyposażeniu szkoły, to wracają one do szkoły i nie są na domowej półce. Nie ma do nich jak sięgnąć. I tak trzeba kupić sobie własną, inną książkę przyrodniczą. Tak czy siak podręcznik był i jest przelotnym źródłem wiedzy. W jakieś tam opozycji do świata pozaszkolnego.

Skoro tyle jest dostępnej wiedzy na wyciagnięcie ręki, to czy można uczyć bez podręczników? Można. Pozwala na to podstawa programowa. Bo to ona obowiązuje nauczyciela a nie „przerabianie podręcznika”. Podręcznik jest tylko pomocnym narzędziem, opracowanym na bazie podstawy programowej. Lepiej lub gorzej. Ma pasować do wszystkich sytuacji, musi być uniwersalny. Dlatego dla jednego nauczyciela (i jego klasy) będzie w nim za mało, dla innego za dużo. 

Już wiele lat temu mój kolega, nauczyciel w liceum, marzył, żeby był taki podręcznik, z którego każdy nauczyciel wybiera tylko te treści, których potrzebuje i drukuje dla każdego ucznia na dany rok "indywidualny" podręcznik, np. powielany na ksero. To były czasy, gdy komputery i Internet dopiero raczkowały. To był jego pomysł na odchudzenie podręczników i ich zindywidualizowanie, łatwe i szybkie dostosowywanie przez nauczycieli. Podręcznik własnej kompozycji.

Można nauczać bez podręczników ale jest trudniej. Trzeba zaufać nauczycielowi i nie chcieć nadmiernie go kontrolować. Bo jak nie "przerabia" podręcznika to pewnie nic nie robi? Obija się? I czego on tam naucza? Jak to skontrolować? Zaufać i dać mu samodzielność. Podręcznikiem uczymy posłuszeństwa a nie samodzielności. Wady takiego nauczania i wychowania, typowego dla systemów autorytarnych, zhierarchizowanych, widać na wojnie w Ukrainie. Liczna i zaopatrzona w ciężki sprzęt wojskowy armia rosyjska ponosi duże straty i doznaje upokarzającym niepowodzeń. Ginie tam wielu rosyjskich generałów. Dlaczego? Bo potrzeba palcem pokazać co każdy żołnierz ma zrobić. To teoretycznie powinni robić dowódcy najniższego szczebla, z sierżantami i plutonowymi na czele. Ale jeśli nie uczono ich nigdy samodzielności i odpowiedzialności, bo preferowany był model "mierny, bierny ale wierny"? Wszystko ustalane jest odgórnie. Brak zaufania jak i szacunku do swoich podwładnych kończy się klęska i dużymi stratami. W przemyśle też ten model się nie sprawdza. Chyba w szkole także, ale nie mamy za bardzo odwagi od niego odejść. Zmiany pojawiają się bardzo powoli i z dużymi kłopotami.

Moje refleksje o uczeniu bez podręcznika wywołał tekst na Facebooku, napisany przez nauczycielkę, panią Wiesławę Mitulską. Okazało się, że tekst na moim blogu może być wykorzystany do pracy bez podręcznika (tak jak wiele innych materiałów źródłowych). Czy da się uczyć bez podręcznika w szkole? Pani Wiesława Mitulska napisała "Da się! Bez ocen, podręczników i ćwiczeń, za to z własnym programem. Pracujemy metodą projektu, która pozwala na realizację podstawy programowej i na dużo, dużo więcej"

Materiał z Facebooka (Wiesława Mitulska:

"Świat widziany przez szkło jest inny niż myślisz (widzisz) Prof. Stanisław Czachorowski opublikował na swoim blogu "Profesorskie Gadanie" artykuł pod tym właśnie tytułem. Uznałam, że to świetny tekst, który pobudzi wyobraźnię moich trzecioklasistów i uświadomi im, jak ważne jest myślenie o całym ziemskim ekosystemie. Każdy, nawet najmniejszy element ekosystemu jest ważny, by mógł przetrwać (a my wraz z nim) w równowadze.

Dzieci mają już świadomość wpływu człowieka na środowisko, bo od miesiąca pracujemy w projekcie Mistrzowie Klimatu. Dziś również uruchomiliśmy kampanię informacyjną w naszej szkole - rozwiesiliśmy plakaty, które powstały w oparciu o ankietowe badanie potrzeb i testowanie wymyślonych przez dzieci haseł pod względem ich atrakcyjności.

Praca nad artykułem prof. Czachorowskiego została podzielona na etapy. Tekst jest dość długi, a trzecioklasiści dopiero trenują umiejętność czytania ze zrozumieniem, dlatego zastosowaliśmy technikę "śnieżnej kuli". Najpierw w małych grupkach dzieci czytały i wyjaśniały sobie przydzielony im fragment tekstu, później robiły to samo już w dużych grupach, tak by każdy poznał jego całość.

Na zakończenie trzeba było samodzielnie zrobić kartę pracy na podstawie tekstu. Wspólnie ustaliliśmy tylko, jakie kategorie informacji powinny znaleźć się w notatce. Resztę dzieci wykonały już według własnego pomysłu.

Bardzo ciekawe refleksje dzieci miały po zajęciach. Podrzuciły mi kilka pomysłów na jeszcze inne wykorzystanie zużytego szkła. Przy okazji dowiedziałam się, że wiedzą, co to jest łańcuch pokarmowy, a jedno z dzieci ma nawet taką grę, czyli wkrótce będziemy mogli sprawdzić, jak głęboka jest ta wiedza. (...) Wykorzystam jeszcze fragment o wypalaniu traw. Pracujemy bez podręczników, więc dzieci przyzwyczajone są do języka tekstów popularnonaukowych.
"

Nie przypuszczałem, że moje teksty mogą być w taki sposób wykorzystywane. Cieszę się przydatnością. I czuję się zobowiązany do większej staranności w pisaniu na blogu. By pisać krótko, jasno i zrozumiale, tak aby każdy tekst był zrozumiały dla zróżnicowanego odbiorcy. 

Dziennik refleksji jako metoda edukacyjna (cz. 2)




Od dłuższego czasu zastanawiam się czy i jak wykorzystać dziennik refleksji w edukacji. Ćwiczyłem na sobie przez wiele lat, zarówno w wersji papierowej jak i w formie bloga. Pytałem się nauczycieli jak oni wykorzystują i jak się to sprawdza. Przejrzałem także różne porady edukacyjne. A w kontekście pisania życiorysu w nowej formie i prowadzenia zajęć bez ocen, zastanawiam się jak wprowadzić dziennik refleksji jako metodę w edukacji na poziomie wyższym. Czy się uda? Czy jest sens? I jak to zrobić koncepcyjnie oraz technicznie?

Zasadniczym pytaniem nurtującym mnie od dłuższego czasu jest to, jak aktywizować studentów i zwiększyć liczbę sytuacji przetwarzania przez nich informacji, wiedzy, wbudowywania jej w już istniejącą strukturę. Uczenie się to nie zapamiętywanie podawanych informacji a budowanie w swoim mózgu mniej lub bardziej zwartego systemu powiązanych ze sobą faktów, relacji, skojarzeń itp. Neurodydaktyka podkreśla, że dla efektywniejszego zapamiętywania (uczenia się) potrzebne są liczne powtórki i różnorodne przetwarzanie materiału do nauczenia się, do zrozumienia. I nie chodzi o proste powtarzanie lecz różnorodne przetwarzania. Czyli przypominanie sobie, wykorzystywanie w nowych kontekstach itp. W tym właśnie znaczeniu myślę o dzienniku refleksji jako jeszcze jednej aktywności z przetwarzaniem nabywanej wiedzy.

Zapisywanie to przypominanie sobie (utrwalanie), przetwarzanie, uogólnianie, refleksje, szukanie związku i szerszego kontekstu. Pisaniu towarzyszą emocje, aktywizowanie dłoni i rąk i to niezależnie od tego czy dziennik refleksji pisany jest komputerowo lub ręcznie, z rysowaniem i pismem odręcznym. To także malowanie i kolory czyli poszerzanie kanałów percepcji i analizy, kanałów przetwarzania i skojarzeń. Dziennik refleksji może być ustnym opowiadaniem (utrwalanym lub nie). Lepsze jest jednak utrwalanie, np. w formie pisma (choć może to być także nagrywanie audio lub wideo). Zapis pozwala wracać do różnych kwestii i przypominać je sobie w szerszym kontekście. Dziennik refleksji jest osobisty więc włączają się emocje.

Sam przez wiele lat odkrywałem na nowo notatnik czy zeszyt szkolny ale w innym stylu. Może być prywatny lub publiczny. W tym drugim mniej jest emocji i nie wszystko ujawniamy ale bardziej dopracowujemy treść. Staranniej budujemy zdania tak, by nie tylko autor zrozumiał o co mu chodzi i jakie ma skojarzenia. Upubliczniany dziennik refleksji zmusza to troski o odbiorcę i jej zrozumienie a więc zmusza do staranniejszego budowania myśli.

Mój blog jest dla mnie dziennikiem refleksji, notatnikiem i aktywnym uczeniem się. Robię to już od kilkunastu lat. Sporo doświadczeń i refleksji, sporo błędów, potknięć i dostrzeżonych wartości. Dziennik refleksji nie musi być tak długi czasowo. I może dotyczyć jednego kursu lub własnego rozwoju zawodowego w krótszym okresie. W formie e-potrfolio może pełnić funkcję nowoczesnego życiorysu (CV) lub być podstawą do oceny w awansie zawodowym. W warunkach szkolnych może być inną formą sprawdzania wiedzy i rozwoju ucznia/studenta, bez kartkówek czy egzaminów. Wymaga jednak więcej wysiłku zarówno od piszącego jak i sprawdzającego.

Dzienniki refleksji piszą uczniowie ale i nauczyciele, jako formę dokumentowania rozwoju, wykorzystywaną do oceny pracownika i awansu zawodowego. Zbierać potwierdzenia odbytych szkoleń i kursów czy zbierać refleksje o swoim rozwoju? W dzienniku refleksji znajduję się nie tylko wyliczenie w jakich kursach i szkoleniach pracownik brał udział ale co z tego wynika. I nie trzeba pisemnego potwierdzenia udziału. Ważniejsze jest to, jakie obserwacje pedagogiczne prowadził, jakie eksperymenty wykonał, jakie wnioski z tego wyciągnął. Tak jak kiedyś dzienniki naukowców, podróżników, pisarzy. Tylko w nieco zmienianej i dostosowanej formie.

Jaką formę może mieć dziennik refleksji? Może w formie zeszytu z wydrukowanymi we fragmencie informacjami pomocniczymi? Albo w formie elektronicznej jako blog z refleksjami z zajęć. A może można dodać qr kody? Może jakiś dedykowany blog jako instrukcja? Z podcastami, wideo nagraniami, Tik Tokiem itd. Próbuję i takich form lecz ciągle jestem na początku i w fazie eksperymentu a nie przemysłowego wdrożenia. Uczę się i na swoich studentach oraz słuchaczach, biorących udział w wykładach, warsztatach itp. Bo nie można nauczyć się uczenia bez rzeczywistych interakcji i prób na żywym organizmie.

Dziennik refleksji to coś więcej niż dziennik (pamiętnik). Oba są formą pamięci zewnętrznej ale dziennik refleksji jest tematycznie ukierunkowany. Wymusza większą aktywność umysłowa, w tym refleksyjność. 

A po co prowadzić dziennik (pamiętnik), jako mniej zaawansowana formę dziennika refleksji? Po pierwsze dlatego, że to taki wyjątkowy przyjaciel, dostępny 24 godziny na dobę, który nie przerywa, nie ocenia, nie komentuje, tylko słucha. Nie wytyka nam niekonsekwencji, uchybień, niedoskonałości. Jest to jednocześnie wadą bo nie ma interakcji tak jak w mediach społecznościowych. Nie jest przyjacielem, który wskaże nam nasze błędy i wady. Jesteś sam ze sobą i swoimi, subiektywnymi myślami, do których możesz wrócić i jeszcze raz je przeżyć, „zobaczyć” już z perspektywy czasu.

Po drugie samo przenoszenie myśli czy negatywnych emocji na papier pomaga rozładować stres. pomaga przeciwdziałać wypaleniu zawodowemu. W tym sensie pisanie jest ważne. Wyrzucamy z siebie emocje, staranniej formułujemy myśli bo musimy ubrać je w zdania.

Po trzecie pisanie dziennika (czy dziennika refleksji) pozwala spojrzeć na własne emocje i rozwój z dystansu, niejako z boku. Dzieje się tak już w czasie pisania a potem powtórnego odczytywania swoich zapisanych relacji i myśli. Nasza pamięć jest selektywna i zmienna a zapisane słowo wiernie oddaje aktualne myśli. Dziennik pozwala nazywać emocje po imieniu i oswoić się z nimi. Pozwala nazywać refleksje, obserwacje, nawet mgliste pomysły. Linearność pisanych myśli niejako „formatuje” nasz mózg. Świat bezpośrednich emocji i świat języka mówionego jest nieco inny. Przelewając myśli na papier, można zyskać świadomość tego, w czym tkwi sedno sprawy i świadomość swoich własnych emocji. O ile nauczymy się je dostrzegać. Samo pisanie nie wystarczy. 

Po czwarte pisanie porządkuje myśli. Linearność pisma wymusza inne uorganizowanie naszej wiedzy, wspomnień i relacji między faktami, pojęciami, procesami. Pisanie zmienia nas w istoty bardziej twórcze. Stajesz się nie tylko biernym odbiorcą świata lecz także jego kreatorem. Edukacyjną wartością pisanie jest samo pisanie a nie to, że ktoś czyta i komentuje. 

Pisanie dziennika niejako wymusza (a przynajmniej mobilizuje) do regularności. Bo skoro już coś jest to nie chce się porzucać procesu. I jeśli nie było zapisu to trzeba coś dodać nowego. W ten sposób można ćwiczyć samodyscyplinę. Zagrożeniem jest oczywiście „grafomania”, pisanie o niczym lub o byle czym, tylko by zapełnić pustkę literami. Pisanie lub opowiadanie zawsze wiąże się z wysiłkiem. Na przykład wysiłkiem refleksji i zadawania sobie pytań czego się nauczyłem, co dało mi jakieś spotkanie, lektura artykułu lub książki, rozmowa lub jakaś własna praca. Lecz nie ma efektywnej nauki bez wysiłku. Dziennik refleksji jest właśnie metodą na systematyczny wysiłek innego przetwarzania zdobytych informacji, wiedzy, umiejętności czy kompetencji. Czy wiesz czego się nauczyłeś? Czy umiesz stawiać sobie pytania o mierniki sukcesu? To są oczywiście pytania dziennika refleksji. Zwykły dziennik stawia przed nami mniejsze wymagania. Więcej może być w nim przemijającego plotkowania.

A jak wykorzystują dziennik refleksji nauczyciele w praktyce szkolnej? Kila wynotowanych spostrzeżeń z dyskusji na Facebooku (m.in. Dorota Kujawa-Weinke, Ewa Przybysz-Gardyza)

„U mnie po lekcji były zapisywane refleksje w zeszytach uczniów. Zaczynałam od pytań:
- czego się nauczyłeś?
- co sprawiło Ci trudność?
- co cię zaciekawiło?

Później większość wiedziała, co chce napisać, gdy prosiłam o refleksję. Myślę, że to bardzo porządkowało moich uczniów. Musieli sięgnąć do początku lekcji, aby po kawałku złożyć całość. Czasami też pisali odpowiedź na pytanie kluczowe do lekcji.”
Metodę takich pytań refleksyjnych zacząłem stosować na wykładach. Brakuje jeszcze tylko usystematyzowania i złożenia w jakiś notatnik zajęciowy czy dziennik refleksji. Do tego się przymierzam.

Nauczyciele próbują więc stosować w szkole w formie papierowej ale „Elektronicznie też pisali. Bardziej wtedy skupiłam się na czynnikach, które pomagają i przeszkadzają uczniom w uczeniu, w lekcji, sondowaniu nastroju, ale też były ankiety monitorujące proces uczenia.”

„U moim uczniów pytaniem wow było: po co się tego uczymy lub do czego nam się to w życiu przyda?”

„Ja mam maluchy, więc nieco inna forma, ale często przeprowadzamy refleksje ustnie, razem, w czasie rozmowy; czego was ta aktywność nauczyła, co was zaskoczyło, co wam się podobało, a co byście zmienili itp. Często robimy to metodą kapeluszy de Bono. Może zacząć od rozmowy, a potem poprosić ich o spisanie swoich refleksji, albo nagranie na dyktafon/flipgrid, bo domyślam się, że niektórych forma pisemna może zniechęcić.”

Czasami dziennik refleksji nazywany jest dziennikiem refleksyjnej nauki. Ta dłuższa nazwa lepiej oddaje edukacyjny kontekst. Pisać każdy umie. Obecnie Polacy piszą tak dużo jak nigdy w historii, bo mają do dyspozycji media społecznościowe (esemesy, Instagram, FB i wiele innych). Są to jednak głównie krótkie wypowiedzi, czasem pojedyncze reakcje. Pisania dziennika refleksji trzeba się nauczyć. Tak jak trzeba się nauczyć refleksyjności. Wiadomości można sprawdzać testami, szybko i sprawnie. A jak sprawdzać umiejętność refleksji? Potrzebne inne narzędzia i więcej czasu ze strony nauczyciela/tutora.

Refleksyjne dzienniki uczenia się - czasami nazywane „dziennikami uczenia się” są osobistymi zapisami doświadczeń związanych z nauką. W dzienniku uczenia się można po prostu wymienić rzeczy, których uczniowie/studenci nauczyli się w ciągu jednego dnia lub w dłuższym okresie, z komentarzem, dlaczego są one ważne. Wymienianie jest łatwe. Trudniejsze jest wskazanie, dlaczego dana porcja wiedzy czy umiejętności jest ważna. Bo wymaga osadzenia w szerszym kontekście. Dzienniki refleksji mogą być przesycone emocjami i mogą obejmować osobiste odczucia związane z uczeniem się czegoś nowego, pokonywaniem barier lub momentami osobistych odkryć, nagłych olśnieni i „załapania”. Tak jak zrozumienie dowcipu.

Powtórzę, dziennik refleksji to przetwarzanie informacji, wiedzy, aranżacja i powtarzanie. Sprzyja efektywniejszemu uczeniu się. Samodzielne, bez organizowania przez nauczyciela. Sam weź odpowiedzialność za swoje uczenie się i pisz. A w trakcie pisania analizuj, snuj refleksje, szukaj głębszego kontekstu. Dla ułatwienia nauczyciel wymyśla różne aktywizujące metody, zadaje pytania, poszukuje szerszego kontekstu, zachęca do notowania wizualnego, stawiania pytań, tworzenia podsumowań. Zapewne przydatna byłaby instrukcja do pisania dziennika refleksji, czyli jak się uczę, jak poznaję, jak podróżuję po wiedzy jak buduję swoją wiedze? Wprawką dla mnie jest stawianie aktywizujących pytań w trakcie wykładu, np. takich:
  • 3, 2, 1, - 3 najważniejsze rzeczy, jakich się nauczyłem, 2 nowe rzeczy, które chcę wypróbować, 1 pytanie, które wciąż mam w głowie.
  • Webquest – po zapowiedzi nowego zagadnienia studenci indywidulanie wyszukują informacje w sieci a następnie w małych grupach formułują najważniejsze tezy i prezentują je wszystkim.
  • podsumowanie, np. w formie one minute paper – na postawione pytanie studenci piszą krótką odpowiedź, próbując uchwycić główną myśl.
  • szukanie kontekstu , nasuwające się pytania itd. 
Takich ukierunkowujących pytań jest więcej. Szukam takich narzędzi i próbuję je stosować na wykładach.

To, że ja wiem po co i jak pisać dziennik refleksji, jak i  to, że mam praktykę i przećwiczyłem na sobie samym, to jeszcze za mało by wiedzieć jak nauczyć, jak wdrożyć tę metodę do praktyki dydaktycznej na uniwersytecie. Krok po kroku próbuję wdrażać i szukam dobrych narzędzi, dobrych praktyk. Przygotowuję także tutorial dla studentów. Wdrożenie wymagać będzie także innego systemu oceniania. Cechą eksperymentu i wdrożenia w nowym środowisku jest to, że może się nie udać, że mogą był błędy i potknięcia. Poszukiwanie zawsze wiąże się z ryzykiem porażki i z gotowością modyfikacji i ponownych prób. tak jak w badaniach naukowych. Nie ma sprawdzonych i gotowych wzorców, trzeba odkrywać i ryzykować. 

c.d.n.

1.04.2022

Czy CV (życiorys) jest jeszcze potrzebne w poszukiwaniu pracy?

 

Życiorysy pisałem kilka razy. Należę do pokolenia archaicznego. Sam nie zmieniałem pracy więc bardziej opieram się na lekturze i zdaniu innych ekspertów, odnośnie tego jak pisać CV. Ale w programie swoich zajęć mam także pisanie życiorysu (autoprezentacja, prezentacje publiczne). Co zrobić, by nie było to sztuką dla sztuki? Jak nauczyć umiejętności, którą się w zasadzie rzadko wykorzystuje? Chyba, żeby uwzględnić także drugą stronę – czytanie życiorysów, składanych z dokumentacją aplikacyjną. Tych czytałem dużo więcej. Dlatego swoje skąpe doświadczenie uzupełniam lekturą i poznawaniem opinii ekspertów od rekrutacji.

Czy mogę bazować na tradycji, na tym, czego się dawno temu nauczyłem i przećwiczyłem na sobie? Na ile CV ma być funkcjonalnym narzędziem a na ile pustym rytuałem, bo tak się kiedyś robiło? Co się zmieniło od moich czasów szkolnych i początków pracy zawodowej? W niektórych aspektach niezwykle dużo, w innych niewiele. Ludzie teraz częściej zmieniają pracę, a nawet jak nie zmieniają to muszą uczyć się ciągle nowych umiejętności. Nie wystarczy raz się nauczyć by na całe życie wystarczyło. Cechą współczesności jest nieustająca zmiana i wynikająca z tego konieczność uczenia się. Sam to odczuwam na sobie.

Poza zmiennością warunków drugą istotną cechą jest wzrost automatyzacji i robotyzacji, pojawiają się więc potrzeby na zupełnie inne umiejętności i kompetencje. Powinna za tym nadążać zmiana w systemie edukacji. Wiele dawnych rozwiązań staje się archaiczna i bezużyteczna. To oczywiście opowieść na inną okazję. W każdym razie powinniśmy nastawić się na kształcenie ustawiczne, przez całe życie. I do takiego systemu nasze szkoły i uniwersytety są bardzo słabo przygotowane. Jeszcze. Liczę, że to się zmieni. podążanie za zmiana jest trudne. Ale coraz bardziej potrzebne. Stale a nie tylko jednorazowo.

Rynek pracy zmienia się coraz bardziej. Jedni sobie to chwalą inni narzekają. A jak się zmienia życiorys, składany z dokumentami aplikacyjnymi? Eksperci wskazują, że dewaluuje się CV oraz maleje znaczenie wykształcenia (w tym wykształcenia akademickiego), przynajmniej wykształcenia formalnego. Samo wykształcenie, rozumiane jako nabywanie wiedzy, umiejętności i kompetencji jest niezwykle ważne i potrzebne. Problem jest tylko w dokumentacji i opisie tegoż wykształcenia. W CV uwzględnić szkoły i kursy, jakie się ukończyło czy raczej umiejętności i kompetencje jakie się nabyło?

Pierwsze życiorysy pisałem jeszcze w liceum. Były skromne w treści. Pisałem oczywiście odręcznie. A gdyby trzeba było napisać taki życiorys do kilku miejsc pracy? Ręka by rozbolała. Potem przepisywałem na maszynie do pisania (można od razu w 3-4 kopiach), dodając nowe elementy, czasem skracając starsze. Stawało się za długie, na szczęście weszły komputery i pojawiła się możliwość modyfikowania pliku bez konieczności pisania wszystkiego od początku. Jeszcze lepszym i nowszym sposobem jest e-portfolio. Zawsze pod ręką, gdziekolwiek jest zasięg sieci internetowej. Korzystam z tego od lat. Ale może trzeba zmienić jego strukturę?

CV musi być ale czy ma duże znaczenie w rekrutacji? I jak je napisać by było przydatne ale nie zabierało zbyt dużo czasu i trudu? Może stałe e-portfofio, aktualizowane i uzupełniane przy okazji?

Specjaliści od zasobów ludzkich (HR) wskazują, że CV przestaje być istotne. Dlaczego? Bo napisane przez zainteresowanego jest czasem niekompletne lub przekoloryzowane (a przecież samemu można dużo znaleźć na temat potencjalnego pracownika w internecie). A tylko niektórzy mogą liczyć na biogramy napisane przez innych autorów. I to zazwyczaj po śmierci lub, gry zainteresowany czegoś ważnego dokonał.  Dlaczego jeszcze spisany auto-życiorys przestaje być istotny? Bo trudno w CV znaleźć to, czego się szuka (jeśli nie liczyć standardowych informacji). Bo informacje zawarte w życiorysie są nieweryfikowalne. Oszem widać czasem sporo przechwałek pisanych na wyrost i można oczywiście dopytać na rozmowie kwalifikacyjnej. W każdym razie zawarte w CV informacje mają charakter subiektywny, a wiele różnych poradników podpowiada jak ładnie napisać i upudrować wszystko. I może najważniejsze CV przestaje być tak istotne bo trudno pokazać swoje kompetencje w formacie typowego CV. Przecież tylko w niewielkim stopniu te kompetencje wynikają z formalnego wykształcenia i ukończonych kursów lub odbytych praktyk czy poprzednich miejsc pracy.

W życiorysie najczęściej umieszczamy wykształcenie. Jaką szkołę i jaki kierunek studiów ukończyliśmy, jakie i gdzie odbyliśmy staże itd. Okazuje się jednak, że na współczesnym rynku pracy wykształcenie coraz częściej przestaje być kluczowym czynnikiem zatrudnienia. Czy dlatego, że większość ma jakieś dyplomy uniwersyteckie? Więc trzeba wybierać na podstawie innych informacji Inaczej różnicować kandydatów)? A może dlatego, że dyplom przestał być jedyną i najważniejszą gwarancją posiadania wiedzy, umiejętności i kompetencji? A może dlatego, że nieadekwatnie szkoły i uczelnie opisują wiedzę, umiejętności i kompetencje swoich absolwentów?

Owszem, jest wiele zawodów, gdzie wymaga się wykształcenia akademickiego. Tu się przydadzą ładnie wyszczególnione w CV kolejne kroki zdobywania wykształcenia. Jednak robotyzacja i algorytmy zautomatyzują wiele obszarów rynku pracy jeszcze bardziej niż obecnie. Wiedza się szybko dezaktualizuje. Co z prawa jazdy, które zrobiło się 10 lat temu i nie używało się samochodu w roli kierowcy? Trzeba uczyć się ponownie, a przynajmniej przypomnieć i poćwiczyć. Oczywiście, istnieją również branże i zawody, które się nie zautomatyzują. Ale czy do nich potrzebne jest wykształcenie akademickie? Czasem, tak jak teraz, gdy wielu ukraińskich uczniów trafiło do polskich szkół, bardzo przydatny stał się język rosyjski. I nagle starsze pokolenie lepiej sobie radzi (ale o radzeniu nie przesądza dyplom czy odbyte formalnie kiedyś lekcje języka rosyjskiego) niż młodsi nauczyciele, którzy nie radzą sobie z cyrylicą a tłumacz w telefonie nie wystarczy do porozumiewania się. Wydawało się że znajomość języka rosyjskiego jest już zupełnie niepotrzebnym balastem. Archaizm stał się przydatny. Niemniej szybko można uzupełnić brakujące umiejętności i kompetencje. Wystarczy tylko chcieć. I to poza edukacją formalną. 

Już w czasie pracy akademickiej musiałem kilka razy pisać nowe CV, do zupełnie innych celów. I musiałem zupełnie inaczej pomyśleć o swoich umiejętnościach i kompetencjach. Liczba publikacji i stopnie naukowe były zupełnie nieprzydatne w opisie własnych kompetencji. Znam osoby, które starając się o pracę ukrywały swoje wykształcenie. Bo bardziej zawadzało niż pomagało.

Na nowym rynku pracy pisze się o agile – zręczności. I takie powinno być CV. Chodzi o bardziej elastyczne podejście do tego, co z pracą jest związane. Są inne formy zatrudnienia, na umowę zlecenie, umowę o dzieło, zlecenie zewnętrzne itd. Sam się nie orientuję w różnorodności tych nowych form, niemniej coraz więcej jest  freelancerów, osób samozatrudniających się itp. Współczesny pracownik nie jest już przywiązany do miejsca pracy jak chłop pańszczyźniany do ziemi. Dwa lata zdalnej pracy z powodu pandemii koronawirusa pokazała, że pracownicy nie muszą siedzieć w biurze, że mogą pracować zdalnie i bardziej mobilnie. Dlatego obserwuje się mniejsze zainteresowanie wynajmem powierzchni biurowych jak i oczekuje się innych kompetencji od pracowników. Nie trzeba ich pilnować w pracy tak jak do tej pory bywało. Inna forma zatrudnienia, inna forma wynagradzania za pracę, inne oczekiwania wobec zawodowych kompetencji. Wśród najważniejszych charakterystyk pracy agile eksperci wymieniając: orientację na cel (pracuję projektowo, koncentruję się na zadaniu, wykonuję pracę i otrzymuję za nią wynagrodzenie – w edukacji formalnej powinniśmy takich kompetencji pracy projektowej nauczyć), elastyczne podejście do zadań (pracuję we własnym tempie, planuję pracę w taki sposób, żeby się nie wypalić zawodowo ale sam muszę się motywować do pracy i nie liczyć na „poganianie” karbowego*). Kolejną cechą jest proaktywność (nie działam reaktywnie, na rozkaz i zgodnie ze wskazaniem palca lub kija), która wymaga aktywnego zaangażowania w poszukiwanie zleceń (czyli poszukiwania sobie zadań do wykonania) i samodzielności w wykonywaniu zadań, odpowiedzialności za porażki (nie szukam winnego i nie zwalam odpowiedzialności na innych). Następną cechą jest zaufanie, bowiem pracując poza etatem trzeba ciągle uczyć się (na etacie też, ale można się "zakamuflować" i ukryć za biurokratycznymi papierami). Zaufanie to jedna z ważniejszych wartości organizujących pracę ludzi, w szczególności w zakresie i utrzymywanie wysokiej jakości. Na koniec eksperci wymieniają także kreatywność. W pracy na etacie, zwłaszcza tej zhierarchizowanej, kreatywność nie jest w cenie a czasami wręcz przeszkadza, ponieważ zmusza do twórczej aktywności tych, którzy aktywni twórczo być nie chcą (nie wychylaj się, cisze budziesz - dalsze jedziesz). I to zarówno inni współpracownicy jak i zwierzchnicy. A nawet podwładni.

Zapotrzebowanie na niezależnych profesjonalistów będzie rosło, a przyczyni się do tego prawdopodobnie odpływ pracowników spowodowany czynnikami demograficznymi i cywilizacyjnymi. A jak w tradycyjnym życiorysie pokazać swoją kreatywność, kompetencję zaufania, proaktywność, orientację na cel i pracę projektową? Trzeba kamienie milowe swojego życia w jakiś sposób na nowo opisać i inaczej scharakteryzować. Gotowych rubryczek w tradycyjnych CV nie ma. Jest co prawda rubryczka z kompetencjami i tam można napisać, że jest się kreatywnym itp. Ale to gołe słowo bez dobrze osadzonego konkretu, potwierdzającego daną kompetencję. Jest tylko nic nie wnoszącym słowem. I może ważniejsze będzie to, co się robiło na studiach w wolontariacie (poza zajęciami kursowymi) niż uzyskany dyplom i ocena z kursowych przedmiotów. 

I jak nauczyć studentów nowego sposobu pokazywania swoich kompetencji? Najpierw trzeba samemu odkryć, poznać ten nowy sposób.... Więc poznaję. Zapisać się na kurs czy może uczestniczyć w procesie?

A może zamiast CV dziennik refleksji? Ale dziennik refleksji zazwyczaj jest długi, nie da się z nim zapoznać w 10-30 sekund czy 1-2 minut. To może wideo prezentacja z opowieścią o sobie w maksymalnie 3-5 minut. Coś na kształt prezentacji błyskawicznej? Czyli wideo CV. Podobno są już automaty do nagrywania takich życiorysów przed rekrutacją. Tak jak kiedyś budki do zdjęć. Na wszelki wypadek w programie moich zajęć umieściłem także wideo CV i prezentację błyskawiczną. Liczę, że się przyda nie tylko do zmodyfikowanego CV.


*karbowy - pracownik dworski, nadzorujący prace chłopów pańszczyźnianych, nacinający na kiju karby, dla zaznaczenia wykonanej pracy. Nadzorował chłopów pańszczyźnianych, czyli w zasadzie niewolników. Poganiał słowem i batem, zaznaczał wykonaną prace. Dawny sposób motywowania do pracy.