29.08.2022

Droga do totalitaryzmu ?



Nie potrafię tylko obserwować. Próbuję zrozumieć i zobaczyć bardziej ogólne wzorce. Po prostu poszukuję sensu. Jak chyba każdy człowiek. W biologii dwie koncepcje porządkują ogrom pojedynczych danych. To teoria ewolucji i koncepcja ekosystemu. Wszystko ze wszystkiego i wszystko ze wszystkim. Czy podobne procesy i wzorce dotyczą nie tylko biologicznych zjawisk i procesów?

Czy jesteśmy na drodze do totalitaryzmu? Tu i teraz, w Polsce. I na świecie, w innych krajach. Czy i kiedy społeczeństwa potrafią zawrócić lub się w pełni pogrążyć? Mamy przykłady tych zmagań ze współczesności, z własnego kraju i z krajów bliskich i dalekich. Nie jesteśmy tylko dalekimi obserwatorami lecz i uczestnikami. 

Cytat z książki, nawiązujący do początków XX wieku w Niemczech: „Dlaczego kraj zwraca się w stronę totalitaryzmu? Hannah Arendt odpowiedziała, że muszą się wydarzyć dwie rzeczy. Po pierwsze, rząd musi oddzielić ludzi od siebie nawzajem – należy zniszczyć wszelkie więzi społeczne, a inne mogą zostać nawiązane tylko za zgodą władz. Po drugie, w tle czają się terror i strach, rzekomo spowodowane przez niebezpiecznego, mrocznego „Innego” – obcokrajowca, komunistę czy Żyda. Ten rodzaj terroru został stworzony po to, byśmy czuli, że sami sobie z nim nie poradzimy. Potrzebujemy silnej władzy.”

Żyjemy w świecie, który generuje coraz więcej kryzysów. Czy więcej w tym entropii czy też jest to kolejna metamorfoza? Co zrobić by była to dezintegracja pozytywna? Wracam do książek Stanisława Lema by jeszcze raz spojrzeć na procesy ewolucji biologicznej i ewolucji kulturowej. Nad tym wszystkim się zastanawiam, przygotowując się do konferencji Inspiracje 2022. Ale to tylko mały fragment rzeczywistości - procesy, dziejące się w edukacji, nie tylko polskiej. Referat ma tytuł Dokąd zmierzamy? O edukacji w czasach nieustającej rewolucji technologicznej i zmian klimatu. Kolejny krok w przemyśleniach. Nawet na edukację można spojrzeć nieco szerzej. I trzeba, zwłaszcza, gdy szuka się sensu.

26.08.2022

Nosił dzban wodę, póki się ucho nie urwało


Zadziwiają mnie próby wytłumaczenia katastrofy ekologicznej w rzece Odrze procesami naturalnymi. Tak jakby zanieczyszczenie rzeki ściekami i zasolonymi wodami kopalnianymi było procesem naturalnym. Bo dzieje się tak już od wielu lat? I tak jakby niszczenie naturalnej struktury rzeki, ograniczenie roślinności wodnej, pogłębianie i prostowanie koryta rzecznego także było procesem naturalnym. Bo proces zachodzi od wielu lat działalności człowieka, to jest naturalny?

Dlaczego na skutek przyduchy zdychają ryby w okolicach Szczecina? Bo brakuje tlenu, zużywanego w procesach mineralizacji martwej materii organicznej? Niby to proces naturalny. Ale skąd się wzięła ta martwa materia? Bo zdechło dużo ryb i ich ciała się rozkładają. Także mięczaków i być może wielu makrobezkręgowców. A dlaczego zdechły? Bo pojawiły się w dużym stężeniu toksyny glonów? Glony i ich toksyny to niby proces naturalny. Tylko dlaczego nastąpił zakwit złotych alg? Bo do wody spuszczono zasolone wody kopalniane. I dodatkowo w wodzie było dużo biogenów. Gdyby w rzece było znacznie więcej roślinności wodnej - makrofitów, to konkurowałyby o azot i fosfor (biogeny) z glonami, ograniczając ich liczebność. Czy zubożenie roślinności w rzece to proces naturalny?

I w końcu czy zrzuty ścieków z biogenami, z różnymi innymi toksynami oraz zasolonymi wodami z kopalni to proces naturalny? Czy nastawienie obecnej władzy na pozyskiwanie energii z węgla, wbrew wszystkim prognozom i zaleceniom, to proces naturalny? Na początku swojej kadencji zmienili przepisy praktycznie uniemożliwiając stawianie elektrowni wiatrowych na lądzie. Siedem straconych lat dla budowania elektrowni ze źródeł odnawialnych. Teraz, w czasie kryzysu energetycznego okazało się, że brakuje węgla. Obiecano dopłaty dla kupujących węgiel. Dopiero po kilku tygodniach przyszła refleksja, że wypada także pomóc tym, którzy nie korzystają z węgla. Nagle potrzeba więcej węgla, to może dlatego uruchomiono zwiększone zrzuty wód kopalnianych (zasolonych)? 

Kto by się przejmować żabkami i ptaszkami, gospodarka jest ważniejsza? Polski węgiel. A czy wiatr wiejący nad Polską lub słońce świecące nad naszym krajem są mniej polskie? Czy padnięte ryby są mniej polskie? Czy ponoszące straty liczne małe i średnie przedsiębiorstwa nad Odrą są mniej polskie niż kopalnie i inne zakłady przemysłowe, które nie inwestują w oczyszczanie ścieków czy odsalanie wód kopalnianych?

Glony zakwitły bo było ciepło. A czy ocieplenie klimatu można uznać za proces naturalny? Także i tego lata obserwowaliśmy w rzekach wyjątkowo niskie stany wód. Ewidentna susza, w tym hydrologiczna. Czy można uznać za stan naturalny, bo i kiedyś się susze zdarzały? A czy nie ma związku z niskim stanem wód osuszająca gospodarka melioracyjna, pogłębiająca  i prostująca koryta rzek?

Przypomina mi się stary dowcip.

Wraca hrabia z podróży do swojego pałacu, na dworcu odebrał go sługa, jadą powozem konnym i hrabia się pyta: 

- A co tam u nas w pałacu słychać? 

Na to sługa odpowiedna: - A nic się nie stało, tylko pies pana hrabiego zdechł?

- Zdechł, a co się stało?

- E, nic takiego, najadł się padliny to i zdechł. 

- Jakiej padliny się najadł? Czy coś się stało?

- Eee, nic się nie stało, tylko krowy i konie dworskie pozdychały, bo się popaliły w pożarze.

- To obora i stajnia się spaliły, co się stało?

- Eeee, nic takiego, obora się zajęła od pałacu.

- To był pożar pałacu? Co się stało?

- A nic takiego, firanka się w sypialni pani hrabiny zajęła od świecy i stąd pożar pałacu. 

- Firanka się zajęła od świecy? Co się stało?

- Eee, nic takiego, świeca przy trumnie stała.

- Przy jakiej trumnie?

- A bo to pani hrabina zmarła, to ją na ciche godziny w trumnie postawili w sypialni i świece zapalili.

- A dlaczego zmarła moja żona?

- Od dzieci się zaraziła , bo dzieci pana hrabiego pochorowały się i zmarły.

Czyli w sumie nic się nie stało, tylko pies zdechł... A przy tym padły zwierzęta z folwarku, spaliły się zabudowania, łącznie z pałacem, małżonka hrabiego i jego dzieci nie żyją. Takie tam nic. 

Podobnie z Odrą, nic się w zasadzie nie stało, takie tam naturalne przyczyny i procesy, człowiek nie jest niczemu winy, nie musimy niczym się martwić... Władza znalazła winnych: glony i procesy naturalne, więc już wszystko jest dobrze.

A co do tego wszystkiego ma zamieszczone zdjęcie? Szkło z czasów secesji z motywami roślinnymi. Nic nie ma, ale jest ładne. I przedstawia naturę...

25.08.2022

Wykaszanie rzek - czyszczenie czy dewastacja?

Rok 2020, koło mostu na ul. Niepodległości, wykoszona roślinność zbiera się na prowizorycznym przetamowaniu rzeki (lina osadzona na wbitych kołkach).
 

Od kilku lat dyskutuje się o sensie wykaszania roślinności w rzece Łynie powyżej Olsztyn. Tym razem dziennikarzom udało się uzyskać wyjaśnienie przedstawicieli Wód Polskich. Przytoczę je (za Radiem Olsztyn i Gazetą Wyborczą - Olsztyn) i się do nich merytorycznie ustosunkuję.

"Rzeka już teraz jest tak zarośnięta, że wymaga interwencji. Jak wyjaśnia dyrektor Zarządu Zlewni w Olsztynie Państwowego Gospodarstwa Wodnego Wody Polskie Dariusz Wasiela, nurt rzeki jest spowolniony i woda niemal stoi. Roślinność to zagrożenie dla terenów zalewowych, szczególnie w sytuacji ulewnych deszczy. Dzięki koszeniu, woda znacznie szybciej się przemieszcza" (wytłuszczenia moje, źródło)

Ogromną przesadą jest mówienie, że woda niemal stoi. Na odcinku nie tylko od Bartąga ale i od Rusi, rzeka Łyna płynie po płaskim, nizinnym terenie. Nurt jest wolny lecz wynika to z ukształtowania terenu a nie roślinności w nurcie. Rzeka jest głęboka na tym odcinku, meandrująca i wolno płynąca. Znacząco różni się od bystrego nurtu w Olsztynie (strefa przełomu), gdzie przepływa przez morenę, jak i powyżej na terenie Rezerwatu Las Warmiński. Tam ukształtowanie terenu jest inne. Czy rzeka może stanowić zagrożenie dla terenów zalewowych, dla podmokłych łąk? Absolutnie nie, jak sama już nazwa wskazuje są to dolinne obszary, w który woda naturalnie okresowo wylewa. Zalane łąki nie są problemem, bo to zjawisko trwające od tysięcy lat. Dla tych ekosystemów to wręcz konieczność. Łąki zakładano na takich terenach (ale nie budowano domów czy nie zakładano pól uprawnych - bo okresowo były zalewane, wiosna lub w czasie letnich burz). Są naturalnymi polderami i zbiornikami retencyjnymi, odbierającymi wodę po ulewnych deszczach (lub wiosennych roztopach -tych teraz będzie mniej bo brakuje śniegu w zimie). Dzięki nim nie ma podtopień w mieście. 

Ta interwencja Wód Polskich jest szkodliwa i zbędna. Szkodliwa dla przyrody i gospodarki wodnej, zbędna - bo nie rozwiązuje zakładanych problemów.

I wyjaśnienie z Białegostoku "(...) informuję, że wykaszanie dna rzek wynika z obowiązków PGW Wody Polskie z zakresu prac utrzymaniowych. Dno rzeki wykasza się szczególnie na ciekach o niskim stanie wód, aby roślinność denna nie zdominowała koryta, a w konsekwencji rzeka całkowicie niezarosła. Unikamy w ten sposób całkowitego lub czasowego zaniku koryta. Wykaszanie dna rzeki, czyli jej udrożnienie jest szczególnie ważne przy nagłych, gwałtownych piętrzeniach wody. W przypadku wystąpienia nawalnych deszczy w ten sposób unikamy zatorów, niekontrolowanych rozlewów i podtopień, gdyż drożne koryto prawidłowo odprowadza nadmiar wody." (wytłuszczenie moje).

Wszystko się zgadza tylko nie dotyczy to rzeki Łyny na odcinku od Bartąga do Olsztyna. Przepływ Łyny w ciągu całego roku jest duży, roślinność w nurcie nie grozi całkowitym zarośnięciem, ani tym bardziej nie będzie czasowego zaniku koryta!  To mogłoby nastąpić, gdyby znacząco zmalał przepływ wody. Czy Wody Polskie wykonują zabiegi z jakiegoś poradnika bez sprawdzania sytuacji w terenie? To tak, jakby lekarz każdemu pacjentowi, bez badania, przepisywał antybiotyki. Losowo się trafi, że pomoże, ale czasem zaszkodzi. Tak więc, po konfrontacji z sytuacją w terenie, należy uznać, że ta argumentacja za wykaszaniem jest całkowicie nieprawdziwa. Nie jest adekwatna do sytuacji. 

Roślinność w nurcie nieco spowalnia odpływ wody co jest bardzo korzystne dla całego krajobrazu, zważywszy na nieustannie narastającą suszę nie tylko w Europie i nie tylko w Polsce lecz i w naszym regionie. Mała retencja na dużym obszarze jest koniecznością! Każde meliorowanie jest ze szkodą dla naszego regionu, dla gospodarki, w tym rolnictwa jak i dla naszej, polskiej przyrody. 

Owszem, po ulewnych deszczach zdarzają się rozlania wód na łąkach, przykład z przeszłości (rok 2021): "Cofka na rzece Łynie powoduje lokalne podtopienia w podolsztyńskim Bartągu. Woda znowu zalała między innymi okoliczne łąki. Jak mówi dyrektor Zarządu Zlewni w Olsztynie – Wody Polskie Dariusz Wasiela, podjęły pierwsze, doraźne działania. Przetamowanie przepustu pod drogą powiatową, która biegnie w kierunku Rusi pozwoli, aby nasze pompy, które znajdują się na naszej stacji z powodzeniem wypompowały z pozostałych rowów wodę z powrotem do rzeki Łyny." (źródło)

Zalane łąki po burzy są problemem? To są naturalne poldery, przyjmując na krótko nadmiar wody. Dzięki temu nie są zalewane domy w mieście. Zagrożeniem jest natomiast zasypywanie ziemią budowlaną i gruzem samej doliny i koryta Łyny na tym odcinku (zobacz przykład). Przy budowie mostu na obwodnicy, na skutek błędów budowlanych, doszło to czasowego niemalże całkowitego zatamowania biegu rzeki. To są rzeczywiste zagrożenia i coroczne koszenie roślinności w nurcie nic tu nie naprawi i nie pomoże. Ratowanie łąk przed zalaniem tuż po dużej ulewie nie ma sensu. Chyba, że jest to wspieranie planowanej patodeweloperki i przygotowywanie gruntu pod budowę domów na podmokłych terenach zalewowych. 

O ile obniży się lustro wody, po wykoszeniu roślinności z nurtu rzeki? Zakładam, że najwyżej kilka centymetrów. Minimalnie przyspieszy także nurt i odpływ wody. Dla ewentualnej nawałnicy i podtopienia burzowego nie ma to znaczenia. Bo jest krótkotrwałe. Woda i tak wyleje. Lepiej byłoby, gdyby właśnie wylewała na łąki czy była gromadzona w osuszonym Jeziorze Płociduga Duża. Dla retencji wód to przyspieszenie odpływu i nieznaczne obniżenie poziomu lustra wody  ma znaczenie negatywne bo oddziaływane długofalowo.

Jeśli Wody Polskie chciałyby ograniczyć rozrost roślinności wodnej w nurcie, to wystarczy posadzić drzewa  na brzegu rzeki. To znany od dawna sposób fitomelioracji. Ocieniające drzewa zmniejszają wzrost roślinności szuwarowej oraz tej w nurcie. Byłby to sensowne działania. Podobnie Wody Polskie, jeśli koniecznie chcą wykonywać prace, mogą zająć się usuwaniem gatunków inwazyjnych, coraz liczniej występujących nad brzegami Łyny w Olsztynie i powyżej, aż do Bartąga. Mam na myśli rdestowe i niecierpka gruczołowatego (himalajskiego). Te gatunki inwazyjne dominują coraz bardziej i wypierają nasze rodzime, naturalne rośliny szuwarowe. 

Zróbmy bilans zysków i strat względem roślinności w nurcie rzeki.

1. Makrofity czyli rośliny szuwarowe oraz nimfeidy i elodeidy w nurcie konkurują o związki azotu i fosforu z glonami czyli fitoplantktonem. Jeśli zmniejszamy liczebność makrofitów (np. przez wykaszanie dna rzeki) to stwarzamy korzystniejsze warunku do rozwoju sinic, bruzdnic czy złotych alg. Zmniejsza się przezroczystość wody, a przy dodatkowo występujących innych czynnikach (np. w miejscach zbiorników zaporowych, przed wodnymi elektrowniami, młynami itp.) mogą następować zakwity glonów z uwalnianiem toksyn do wody, tak jak było to ostatnio w rzece Odrze. Oczywiście, rzeka Łyna jest stosunkowo czystą rzeką i jeszcze w miarę naturalną. Stąd jej zdolności buforowe są dużo większe niż Odry. Ale po co pogarszać jakość wód, licząc tylko na to, że katastrofa ekologiczna nie nastąpi?

2. Roślinność w nurcie spowalnia nieznacznie przepływ, nie tylko w jednym miejscu (np. przy zaporze, tamie, jazie czy innym podpiętrzeniu) lecz na całej długości nurtu. Dzięki temu działa mała retencja, więcej wody może powoli przenikać do wód głębinowych i w ten sposób odnawiać zbyt szybko zużywane zasoby wód głębinowych. Nawet w naszym regionie, z dużą liczbą jezior, co roku są gminy, które ograniczają mieszkańcom dostęp do korzystania z wód wodociągowych. W innym miejscach naszego regionu wody głębinowe na tyle się obniżyły, że trzeba pogłębiać ujęcia indywidualne. Na skutek ocieplenia klimatu pogłębia się susza hydrologiczna i glebowa także i w naszym regionie. Każde przyspieszanie odpływy wód jest działaniem szkodliwym i destrukcyjnym. 

3. Roślinność w nurcie to ważne siedlisko dla filtrujących bezkręgowców wodnych, takich jak  meszki, chruściki, jętki oraz liczna mikrofauna poroślowa (małe organizmy, osiedlające się na roślinności podwodnej i innych podłożach). Na przykład chruścik Brachycentrus subnubilus przykleja swój domek do rośliny. Jeśli wyciąć tę roślinę to on na niej zostaje. A po wyciagnięciu na brzeg ginie. Tak jak i cała masa innych organizmów, w tym bardzo rzadkich i zagrożonych całkowitym wyginięciem, że wspomnę tylko o chruściku Leptocerus interruptus. 

4. Usuwanie roślin z nurtu znacząco zmniejsza zdolności rzeki to samooczyszczania. Po pierwsze usuwane są rośliny, prowadzące fotosyntezę, a więc mniej będzie tlenu w wodzie. Ma to duże znaczenie latem, przy wysokich temperaturach, gdy z przyczyn tylko fizycznych maleje ilość tlenu rozpuszczonego w wodzie. Wraz z roślinami usuwany jest cały, ogromny kompleks filtrujących zwierząt. W rezultacie woda się wolniej oczyszcza, jest bardziej mętna i niesie więcej materii organicznej. A jeśli jest więcej materii organicznej, to nie tylko woda jest mniej przezroczysta i bardziej mętna, lecz w procesach mineralizacji zużywany jest tlen, rozpuszczony w wodzie. Same rośliny pobierają nie tylko azot, zatrzymują osady i natleniają wodę, lecz zwiększają zdolność do samooczyszczania się całej rzeki. Co więcej, spora część wyciętych roślin zatrzymuje się na przybrzeżnych roślinach, zakolach i zakrzaczeniach. W ten sposób do wody dostaje się sporo gnijącej materii organicznej. W procesach mineralizacji zużywany jest tlen. Tak więc nie tylko ogranicza się zdolność do fotosyntezy lecz i zasila rzekę w martwą materię organiczną. Dla przykładu, wtórne śnięcie ryb w Odrze na wysokości Szczecina wynika właśnie z nadmiaru materii organicznej, zużywającej tlen rozpuszczony w wodzie. 

5. Roślinność wodna zwiększa różnorodność siedliskową i mozaikowatość rzeki. Ta większa heterogenność umożliwia bytowanie większej liczbie różnych zwierząt, w tym ryb. Wykaszanie roślinności to nie tylko mechaniczne zabijanie i okaleczani np. ryb, to także upraszczanie siedlisk i upodabnianie rzeki do rowu melioracyjnego. Skutkuje to spadkiem różnorodności biologicznej. A my tracimy m.in, turystyczny atut rzeki Łyny - mniejsze korzyści dla lokalnych, małych przedsiębiorstw, życzących z wędkarstwa i rekreacji wodnej. Na okres dwóch tygodni wykaszania, ze względu na przetamowania,  uniemożliwiony jest spływ kajakami. 

6. Mechaniczne wycinanie roślin okalecza ryby, część zabija, część okalecza, co dokumentują płetwonurkowie, robiący zdjęcia w rzece Łynie.

7. Na koniec jeszcze walory estetyczne, niewykoszone odcinki rzeki są przyjemniejsze dla oka. Malownicze strzałki wodne, grążele, wywłócznik, rdestnice - a w kontraście puste koryto wodne z mniej przezroczystą wodą. 

Dla przypomnienia: wolny nurt na odcinku od Bartąga wynika przede wszystkim z ukształtowania terenu. To nie jest strefa przełomu. Bagrowanie i utwardzanie brzegów czyni z rzeki rów lub kanał z bardzo zubożonym życiem. Tracą wędkarze, turyści i spacerowicze. To kto zyskuje? 

Trwa największa susza hydrologiczna od 100 lat. I w najbliższych latach nie będzie korzystniejszej sytuacji. Samo się nie naprawi. Wobec grożących nam deficytów wody konieczna jest mała retencja a nie osuszanie i szybkie odprowadzanie wód do Bałtyku. To nie jest tylko kwestia estetyczna czy ochrony bioróżnorodności, to także kwestia gospodarcza i jakości naszego życia. Chcemy jak najszybciej przejść na racjonowanie wody dla potrzeb bytowych, dla rolnictwa, dla przemysłu? 

Sierpień 2022, wyciąganie roślin i wodnych organizmów z rzeki,
powyżej mostu na ul. Niepodległości.

Rok 2018, wyciągnięte z nurtu rośliny i organizmy wodne, gnijące na brzegu. 


19.08.2022

Nakwietnik trębacz jest już w okolicach Łęczycy

Nakwietnik trębacz z okolic Łęczycy, fot. Anna Kwiatkowska.

Spotkania z czytelnikami niniejszego bloga bywają dla mnie zaskakujące i ekscytujące, pełne dobrych emocji. Panią Annę Kwiatkowską spotkałem na plenerze w skansenie Łęczycka Zagroda Chłopska w Kwiatkówku, w czasie Pleneru w połowie wakacji. Jej prace można zobaczyć na poplenerowej wystawie (zobacz więcej i jeszcze więcej). Ale przygoda nie zakończyła się wraz z zakończeniem pleneru. Dzisiaj dostałem zdjęcie, nagranie dźwiękowe i taką informację:

„Panie Profesorze! Mam w mieszkaniu dwa takie owady, sprowadziłam zapewne z ziołami. Spać w nocy nie dają. Google sugerują Świerszcza domowego... Tylko głowa taka mała... Czy mam się bać? Pozdrawiam serdecznie!"

Rzeczywiście, na świerszcza domowego nie wygląda. Drugą moją myślą była jakaś widelnica – ale te nie wydają dźwięków. Następnie pomyślałem o śpieszku cieplarnianym – ale jak sprawdziłem są to prostoskrzydłe bez skrzydeł. A więc całkiem ślepa uliczka. Myślałem o owadach synantropijnych bo zasugerowałem się zwrotem „sprowadziłam z ziołami” i myślałem, że to jakieś rośliny doniczkowe ze szklarni. Wspomniane zioła zbierane były jednak na łące „Ostatnio zbierałam Lunarię, Piołun i Nawłoć ze stanowisk naturalnych”. Nie było więcej zdjęć „Nie jestem w stanie zrobić innego zdjęcia, na razie! Skaczą i chowają się po kątach!” ale Pani Anna przysłała nagrany dźwięk. Sprawdziłem na stronie, poświęconej prostoskrzydłym Polski. Nie tylko wygląd się zgadzał lecz i dźwięk. I tak oto poznałem nakwietnika trębacza (Oecanthus pellucens) - ciepłolubnego owada prostoskrzydłego (Orthoptera) z rodziny świerszczowatych (Gryllidae). Jego wielkość waha się w granicach 10-14 mm. Łatwo więc go było niechcący przynieść z ziołami do domu. 

Jeszcze większe emocje pojawiły się, gdy spojrzałem na mapkę dotychczasowych stwierdzeń tego gatunku. Znaleziony 16 sierpnia w Okolicy Łęczycy (wieś Parzęczew) w zaroślach „Znaleziony 16 sierpnia, w zaroślach, w okolicy Parzęczewa. Dziękuję bardzo! I co ja mogę dla niego zrobić?! Już trzy noce nieprzespane! Pozdrawiam bardzo serdecznie!”

Zaznaczone na żółto nowe stanowisko,
mapka ze strony https://orthoptera.entomo.pl/ 
(zmienione)

Jak widać z zamieszczonej mapki nowe stanowisko znajduje się daleko na północny zachód od dotychczasowych miejsc stwierdzenia. Sugeruje to rozprzestrzenianie się tego gatunku w Polsce. A jedną z przyczyn jest zapewne ocieplenie klimatu. W tej ekspansji nakwietek trębacz nie jest jedyny (innym przykładem jest choćby modliszka). Dość charakterystyczny kształt pozwoli na identyfikację każdemu przyrodnikowi. Miejcie więc oczy i uszy szeroko otwarte a telefony w pogotowiu. By zrobić zdjęcie lub nagrać odgłosy wabiącego samca. To potrzebne do wiarygodnego udokumentowania gatunku. Zdjęcie i odgłosy warto przekazać jakiemuś entomologowi-specjaliście w celu weryfikacji.

Przyroda zmienia się na naszych oczach i coraz częściej spotykamy całkiem nowe gatunki, np. ostatnio odnotowana złota alga Prymnesium parvum. Z tym, że nakwietnik trębacz jest możliwy do zauważenia gołym okiem i można go łatwo rozpoznać, w przeciwieństwie do wspomnianego glonu. Tam potrzeba eksperta i mikroskopu lub badań genetycznych.

Wróćmy do naszego zaskakującego bohatera spod Łęczycy. Na stronie https://orthoptera.entomo.pl/ nakwietnik wymieniony jest w  Czerwonej Liście Zwierząt Ginących i Zagrożonych w Polsce z kategorią EX (gatunki wymarłe). Nie jest to już aktualne bo w ostatnich latach pojawiło się sporo danych o jego występowaniu. I najwyraźniej jego zasięg występowania zwiększa się i rozszerza. Nie jest pewne czy został przypadkiem zawleczony przez człowieka czy też jest to efekt naturalnej migracji tego gatunku w sprzyjających klimatycznie okolicznościach.

Gdzie występuje? Na suchych łąkach, na murawach kserotermicznych. Przesiaduje na roślinach zielnych – inaczej niż inne świerszczowate u nas żyjące (te przebywają na ziemi). Dlaczego spotkać go można na roślinach? Bo odżywia się pyłkiem, kwiatami i drobnymi owadami, np. mszycami. Na południu Europy nakwietnika trębacza najczęściej spotkać można w winnicach. U nas na drzewach i bylinach, a w środkowej Azji często wyrządza szkody na plantacjach bawełny. W niektórych regionach nakwietnik trębacz jest ulubioną ofiarą os z rodziny grzebaczowatych Sphecidae (Isodontia mexicana - pochodzi z Ameryki Środkowej i Południowej). Przyroda zmienia się na naszych oczach.

Do tej pory spotykano nakwietnika trębacza na Ponidziu, na Wyżynie Małopolskiej, w województwie świętokrzyskim oraz na Podkarpaciu. Pojawiły się także informacje o jego obecności w Białowieży.

Nakwietnika trębacza w Polsce odnotowano w XIX wieku a potem widziano, a raczej słyszano w 1952 r. w okolicach Ojcowa. Wtedy uznano, że mogło to być przypadkowe zawleczenie i nie uznano, że jest stałym elementem naszej fauny. W późniejszych latach, po roku 1992 wykazano jego obecność  na Wyżynie Małopolskiej, w województwie świętokrzyskim oraz na Podkarpaciu. A jak wynika  zamieszczonej mapki, najpewniej jego zasięg się powiększa. Zatem stwierdzenie w okolicach Łęczycy potwierdzać może jego ekspansję z południowych regionów Europy. .

Źródła i więcej informacji: 

17.08.2022

Dr Iwona Jeleń - wspomnienie

Z głębokim żalem zawiadamiamy, że w dniu 13 sierpnia 2022 roku zmarła

Ś.P.

dr Iwona Jeleń

długoletni pracownik Katedry Zoologii, Wydziału Biologii i Biotechnologii
Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie.

Na zawsze pozostanie w naszej pamięci

Wyrazy szczerego współczucia Rodzinie Zmarłej składają:

Rektor, Senat, Dziekan Wydziału Biologii i Biotechnologii oraz pracownicy

Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie.

Uroczystości pogrzebowe rozpoczną się w dniu 19 sierpnia 2022 r. o godz. 1200 

mszą św. żałobną w kościele Najświętszej Marii Panny w Ostródzie, po której nastąpi  wyprowadzenie na cmentarz przy ul. Spokojnej w Ostródzie.

 

Smutno, gdy żegna się młodszych od siebie, swoich studentów. Panią Iwonę Jeleń poznałem, gdy była na studiach. O ile dobrze pamiętam były to jeszcze lata 90. XX wieku, jeszcze na WSP w Olsztynie. Dobrze ją pamiętam z zajęć terenowych, realizowanych w ramach wakacyjnej praktyki biologicznej. To był czas rozpoczętej współpracy z Instytutem Zoologii Białoruskiej Akademii Nauk. Najpierw pojechaliśmy na Białoruś, do Mińska. Potem spędziliśmy kilka dni w stacji terenowej w środkowej Białorusi. Warunki były trudne a my zbieraliśmy makrobentos do badań hydrobiologicznych. 

Potem, wraz z grupą studentów białoruskich pojechaliśmy do Krutynia w Mazurskim Parku Krajobrazowym. Mieszkaliśmy w starej leśniczówce. Zbieraliśmy materiał badawczy z rzeki Krutyni i pobliskich jezior. Był czas na zajęcia terenowe, udział w badaniach oraz czas na sprawy bytowe. Przygotowywanie posiłku, luźne rozmowy. Czas, w którym poznaje się studentów pełniej i lepiej. Panią Iwonę pamiętam z tego okresu jako uśmiechniętą, nieco nieśmiałą dziewczynę. Całe życie było przed nimi. Potem poznałem dr Iwonę Jeleń jako pracownika Katedry Zoologii – pod okiem prof. Aleksandra Bieleckiego rozpoczynała badania nad pijawkami. Spotykaliśmy się w uniwersyteckich murach, czasem na różnych konferencjach naukowych. 

W ostatnich latach uczestniczyła w dwu projektach edukacyjnych, którymi kierowałem. Z zaangażowaniem włączała się w zajęcia z uczniami. Spotykałam ją także na różnego typu festiwalach naukowych. Nie tylko w czasie Olsztyńskich Dni Nauki i Sztuki lecz i w czasie Nocy Biologów. Prowadziła zajęcia edukacyjne i pomagała organizacyjnie. Skromna, uśmiechnięta i zaangażowana w proces dydaktyczny. Taką pozostaje w mojej pamięci.

I na koniec kilka zdjęć z czasów studenckich, z letnich praktyk biologicznych i wypraw badawczych na Białoruś i do Mazurskiego Parku Krajobrazowego. 




16.08.2022

Pogaduchy przy malowaniu dachówek, tym razem w Jezioranach

Podobno człowieka (Homo sapiens) stworzyło plotkowanie. Czyli to, że rozmawialiśmy ze sobą przy okazji przygotowywania posiłku lub odpoczynku. Język jako forma iskania czyli budowania więzi i relacji. Język umożliwia iskanie na odległość, w zasięgu głosu. Jedna z ważniejszych innowacji ewolucyjnych dla Homo sapiens.

Dzięki telefonom komórkowym i internetowi możemy plotkować - iskać się jeszcze na większe odległości. W rezultacie możemy tworzyć większe grupy społeczne. Liczba możliwych interakcji jest chyba powyżej wydolności naszych mózgów. Odczuwamy przesyt i nadmiar, zarówno docierających informacji jak i kontaktów społecznych. Bez wątpienia jesteśmy w czasie wielkiej rewolucji społecznej i ewolucyjnej. Czym to się skończy? Nad tym zastanawiają się futurolodzy. I my możemy o tym porozmawiać. Na przykład w czasie malowania warmińskich dachówek.

Zmęczeni cyfrowymi kontaktami uciekamy do tradycyjnych spotkań, z analogowym plotkowaniem. Czyli z niezobowiązującymi, niezaplanowanymi rozmowami. Pozornie o niczym. W tych rozmowach najważniejsze są interakcje a nie wymiana informacji. Choć i w czasie takiego "plotkowania" czegoś się o świecie dowiadujemy. 

W sobotę, 20 sierpnia, będę miał okazję do kolejnego poplotkowania przy okazji pleneru w Jezioranach. Na zaproszenie Warmińskiego Targu Artystycznego, siądę przy stoisku z malowanymi dachówkami by niczym przy łuskaniu fasoli porozmawiać o przyrodzie. Malować i opowiadać. Więcej informacji na facebookowym wydarzeniu.

Na te okazję przygotowuję opowieść o bagniku żółtorogim i wieszczycy bagiennej. Formułą opowieści są demony słowiańskie i postaci mitologiczne. Chcąc zachować zaproponowaną konwencję, ale jednocześnie nawiązać do literatury faktu i upowszechniania nauki, połączę wiadomości o chruścikach, torfowiskach, rzekach czy jeziorach z nazwami dawnych demonów słowiańskich. Magia dla mnie to etnografia a nie rzeczywistość. Wpiszę się w dawną tradycję polskich entomologów, którzy w nazwach zwyczajowych owadów utrwalali dawne nazwy demonów słowiańskich. NIe było to wiec myśłenie magiczne tylko dokumentacja etnograficzna i kulturowa. Będzie więc trochę literackie fikcji lecz mocno osadzonej w etnografii jak i wiedzy przyrodniczej. Będzie opowieść obrazem (malowanie) jak i opowieść słowem. I kolejna okazja do plenerowego spotkania z czytelnikami bloga Profesorskie Gadanie.

Układam w myślach opowieść o bagniku żółtorogim. Jeszcze jedna okazja treningu w story tellingu. Premiera będzie w Jezioranach. A jak dobrze wyjdzie, to może pojawi się także na blogu lub w formie opowieści interaktywnej na Genial.ly. 

Ludzi mówią i opowiadają już od ponad kilkudziesięciu tysięcy lat. Sens społeczny zapewne ten sam lecz różne formy. Kiedyś tylko opowieści ustne, potem pisane a od niedawna opowieści tworzone w nowych mediach. Łączenie słowa, obrazu i interakcji jak w grach internetowych. Nowa rzeczywistość, którą dopiero odkrywamy. A jak to z odkryciami bywa, trzeba popełnić sporo błędów, zajść w ślepe uliczki by z czasem wypracować ogólnie przyjęte standardy i formy. Kolejny krok i kolejne ćwiczenie. tym razem w Jezioranach. Zapraszam. Do wspólnego, naukowego błądzenia i futurystycznych refleksji.

12.08.2022

Zamienił biolog klucz na aplikację

Malowanie na olsztyńskiej plaży. Orszoł na kamieniu a bogatek ośmioplamek na starej, poremontowej płytce ceramicznej. Inne opowiadanie o przyrodzie i o gatunkach. 
 

Dawniej na biologii uczyliśmy się posługiwania kluczami do oznaczania roślin, grzybów i zwierząt. Zaczęło się w liceum a dużo więcej było na studiach. Chodziło nie tylko o zapamiętanie konkretnych gatunków lecz także o nauczenie się posługiwania takimi kluczami. Najpierw na botanice, potem na zoologii. Przydało się na długo. 

Teraz trzeba nauczyć się posługiwania aplikacjami takimi jak Google Lens, iNaturalist, Flora incognita itd. Kiedyś wykładowca lub nauczyciel musiał wiedzieć jakie są klucze i które dobre. I które warto polecać, jakie mają ograniczenia. Teraz musi znać aplikacje i które są dobre i jak się nimi poprawnie posługiwać za pomocą smartfonu. I jak włączyć się do nauki obywatelskiej. 

Dawna wiedza, zdobyta na studiach i w czasie pracy badawczej oraz dydaktycznej staje się nieaktualna. Trzeba się uczyć nowego. Najpierw samu poznać aplikacje by potem nauczyć z nich korzystać swoich uczniów i studentów. Nie wystarczy raz pilnie się nauczyć by starczyło na całe życie. Ciągle musimy się uczyć i aktualizować swoją wiedzę. Żeby nauczać trzeba się ciągle uczyć.