8.02.2024

Jak przywitać wiosnę? Zadanie edukacyjne dla przedszkoli.


Przywitanie wiosny w szkołach i przedszkolach kojarzy się z topieniem Marzanny. Z jednej strony jest to nawiązanie do dawnych wierzeń i aktywności kulturowych naszych przodków, a drugiej tradycyjna aktywność szkolna. Sam pamiętam ze swoich młodych, uczniowskich lat. Daje możliwość aktywności dla dzieci i wyjścia w plener, poza mury szkoły i przedszkola. Mały ale jednak kontakt z przyrodą. Globalne zmiany klimatu przyniosły nam sporo zmian, zacierają się tradycyjne pory roku. Kiedy wiosna do nas przychodzi? Wcześniej niż kiedyś. Kalendarzowa wiosna będzie w marcu ale już teraz warto coś sensownie zaplanować. Piszę z nadzieją, z kogoś zainspiruję.

Topić Marzannę czy lepiej ją publicznie rozebrać?

Kiedyś Marzanny były robione ze słony i szmat. A te były lniane lub bawełniane. A więc same surowce naturalne i w pełni biodegradowalne. Jeśli trafiły do rzeki czy jeziora, to nie stanowiło to problemu. Co innego obecnie. Jeśli w jednej większej miejscowości jest kilka szkół i przedszkoli, kilkanaście klas i grup przedszkolnych, to do środowiska wodnego trafia sporo śmieci. I to z tkanin syntetycznych, plastiku i innych odpadów naszej cywilizacji. Stanowczo odradzam takiej aktywności zaśmiecania przyrody. Co w zamian?

Co można zrobić z Marzanną? Zrobić ją z dziećmi w szkole lub przedszkolu (aktywność artystyczna i manualna) a potem iść do zakładu utylizacji lub tylko do pojemników na recyklingowane odpady i ją rozebrać... na czynniki pierwsze i posortować: papier do makulatury, plastik do plastiku, szkło i metale do kolejnego pojemnika. A co nie nadaje się do recyklingu to do odpadów zmieszanych. Czyli zamiast topić Marzannę lepiej ją rozebrać. I uczyć przy okazji zasad recyklingu.

Malowane kamienie ukryte w trawie

Z olsztyńskimi przedszkolami planujemy przywitanie wiosny w parku i jeszcze inną aktywność, nawiązującą do wcześniejszych akcji z łąkami kwietnymi i mała retencją. Malowanie na kamykach lub kawałkach drewna. Można farbami akrylowymi lub plakatowymi. Po wyschnięciu można polakierować lakierem bezbarwnym. Najlepiej wodorozcieńczalnym, np. Eko-akrylak (kupić w sklepie budowlanym to wyjdzie taniej). Malujemy przyrodę: rośliny, grzyby, zwierzęta (element edukacji przyrodniczej). Każdy kamyk może wiązać się z opowieścią, o tym co tam jest lub jako bohaterze przygody na miejskiej łące lub małym stawku. Dzieci mogą w przedszkolu opowiadać i wymyślać historie.

Na spotkaniu 20 marca cześć z tak przygotowanych kamyków umieścimy w przestrzeni publicznej, w parku, na trawniku. To będą kamienie lub kawałki drewna, które opowiadają historie. Można potem zachęcić dzieci by zabrały rodziców lub dziadków na spacer w poszukiwaniu tych kamieni i żeby opowiadały o tych kamieniach i o łące oraz małej retencji. Część kamieni można rozłożyć przy przedszkolu w tym samym celu.

W przedszkolu można wykorzystać samo malowanie jak i potem dziecięce opowieści do aktywności przedszkolnej i rozbudzania kreatywności u dzieci. I umiejętności wypowiadania się. Można wcześniej czytać dzieciom bajki edukacyjne lub już z gotowymi kamykami próbować wspólnie z dziećmi układać nowe bajki edukacyjne.

Do wykorzystania: https://profesorskiegadanie.blogspot.com/2024/02/gadajace-kamienie-ktore-czasem-szeptem.html

7.02.2024

Skąd się biorą śmieci w mieście i co z nimi zrobić

Osiedlowy śmietnik, pojemnik na ubrania, wystawiona po świętach choinka, stare meble. Wszystko wygląda mało estetycznie. Nasz recykling codzienny. A w zasadzie jego brak. 
 
Zauważyliście kiedyś, jak wiele śmieci leży na trawnikach, nad jeziorem, w parku? Jak brzydko jest wokół naszych osiedlowych śmietników? Tak trudno właściwie posegregować odpady do recyklingu i trafić do kosza? Skąd się biorą te śmieci wokół nas? Niby proste i banalne pytanie, ale takim nie jest. Te śmieci to nie tylko dyskomfort estetyczny - przynajmniej dla części mieszkańców. Są również szkodliwe dla środowiska. Z tych plastikowych do środowiska, a potem do naszych organizmów, dostaje się mikroplastik. Prędzej czy później wraca więc do nas. A leżące butelki i puszki są śmiercionośnymi pułapkami dla małych bezkręgowców. Łatwo wejść, lecz trudno z nich wyjść. I giną w środku. Przyczynia się to do spadku bioróżnorodności w naszym otoczeniu. Zapełnienie niepotrzebne i bezsensowne straty.

Wielu z nas zauważa problem śmieci znajdujących się na terenach miejsckich, wiejskich i w dzikiej przyrodzie. Oczywiście, każdy z nas chciałby, aby takie miejsca były czyste i przyjemne dla oka. Ale czy coś z tym robimy? Często odsuwamy ten problem od siebie, mówiąc “niech inni to zrobią, niech ktoś tym się zajmie”. Nie chcemy wysiłku i uczenia się nowego. To jest podobne do naszego podejścia do globalnego ocieplenia i emisji dwutlenku węgla. Ale czy naprawdę chcemy zostawić ten problem naszym dzieciom? Tak, brak kosza w każdym miejscu to wysiłek, żeby śmieć przenieść dalej. Ale pusta butelka, puste opakowanie są lżejsze niż wtedy, gdy były pełne. Zatem odniesienie pustego wymaga mniej wysiłku niż przyniesienie pełnego. Rzucam pod nogi, bo nie ma kosza i to czyjaś wina, niech ktoś inny to posprząta. Podrzucam problem komuś innemu. Taki cwany jestem. A co! Tak, ktoś może posprząta a koszty finansowe i tak poniesiemy my sami. Bo to z naszych podatków. Podobnie z globalnym ociepleniem - dostosowywanie się do nowych warunków i zmniejszenia emisja dwutlenku węgla wymaga wysiłku, czasu i pieniędzy. Więc dlaczego ja, dlaczego my? Lepiej niech inni to zrobią. Protestuje przemysł samochodowy, protestują rolnicy, protestują zwykli obywatele. Odsuwamy na później a w tym czasie nawarstwiają się problemy związane z globalnym ociepleniem. W rezultacie i tak ponosimy koszty. I tak nas "boli". Stare przysłowie mówi: kto nie wyda na kucharza, wyda na lekarza. Jeśli nie wydamy pieniędzy i swojego wysiłku na zapobieganie ocieplaniu klimatu i dostosowaniu się do zmian, to poniesiemy koszty klęsk żywiołowych, masowych migracji i zmian w gospodarce czy rolnictwie. I będą to znaczeni większe koszty. Nikogo nie ominą, nawet tych najbardziej cwanych. Podobnie ze śmieciami, to się nie rozejdzie po kościach. Samo się nie rozwiąże.

To, co często staje się barierą w rozwiązaniu tego problemu, to nasze własne przyzwyczajenia i wygodnictwo. Brak myślenia perspektywicznego i myślenia o przyszłości. To życie chwilą. Jak dzieci. Podobnie jak w przypadku zmian klimatycznych, gdzie mówimy: "Niech rządy się tym zajmą", również w kwestii śmieci często odkładamy odpowiedzialność na innych. Ale czy to wystarczy?

Śmieci nie tylko są nieestetyczne, ale również szkodliwe dla środowiska. Mikroplastiki i odpady dostają się do ekosystemów, zagrażając życiu w wodach i na lądzie. To już nie tylko kwestia naszego komfortu estetycznego, ale także zdrowia naszej planety. A przede wszystkim zdrowia nas samych.

Jak możemy zaradzić śmieciowemu problemowi? Po pierwsze, indywidualnie. Nasze codzienne wybory, począwszy od zakupów, a skończywszy na segregacji odpadów, mają ogromne znaczenie. Wybierając produkty o mniejszym opakowaniu lub te, które można wielokrotnie wykorzystać, możemy zmniejszyć ilość generowanych odpadów. Każdego dnia decydujemy o świecie na zakupach w sklepie i naszymi codziennymi nawykami.

Oczywiście, istnieją również rozwiązania instytucjonalne, takie jak system kaucji, który motywuje do zwrotu opakowań, czy mechanizmy wspierające recykling. Ale aby te rozwiązania działały, potrzebujemy również zaangażowania jednostek. Czy butelki na napoje nie mogą być wystandaryzowane i wszystkie podlegać kaucjonowaniu? Tak, to kłopot dla sklepów i dla producentów. Wymaga dopracowania logistycznego. Wspomóc może odpowiednie ustawodawstwo i konkretne przepisy. Tych, jako obywatele i wyborcy, możemy się domagać. Jeśli nie zadziałamy to potem protestujemy, bo nie chcemy obok siebie wysypiska śmieci, spalarni odpadów itp. Niech będą gdzieś indziej. Ale tam tez ktoś mieszka i też protestuje. A więc wojna?

Musimy systematycznie rezygnować z kultury jednorazowości i szybkiej konsumpcji. Ta zmiana filozofii życia powoli się dokonuje. Zbyt wolno do potrzeb i wyzwań. Mniej opakowań jednorazowych to mniej energii na produkcję jednorazowych opakowań i mniejsza emisja gazów cieplarnianych. Wymaga jednak od nas wysiłku. I z tym jest problem. Bo nie chcemy w zmian i wysiłku. Po drugie, potrzebujemy rozwiązań instytucjonalnych. Kaucjonowanie, mechanizmy motywacyjne, opakowania wielorazowego użytku - to wszystko może pomóc. Ale wtedy część z nas będzie protestowała, że musi butelki odnosić do sklepu...

W końcu, pytanie brzmi: Czy chcemy naprawdę działać, czy po prostu zostawić ten problem dla przyszłych pokoleń? Pamiętajmy, że to, co dziś uznajemy za niepotrzebne, może być kluczowym elementem dla naszej przyszłości. Dlatego nie wyrzucajmy problemów "na kogoś innego". Jeśli są potrzebne działania, to dlaczego by nie zacząć od siebie? Tu i teraz. Nie później, nie ktoś inny. My tu i teraz. Od dzisiaj. 

Na koniec, pamiętajmy, że wyrzucamy tylko to, co jest niepotrzebne. Więc niech nasze odpady stają się potrzebne! Może to oznaczać kompostowanie, tworzenie mebli z recyklingu, a nawet tworzenie sztuki z odpadów. A jeszcze lepiej, gdy będą to opakowania wielokrotnego użytku. Wydłużymy ich cykl życiowy a zmniejszymy produkcję odpadów. Pamiętajmy, że każda mała zmiana ma znaczenie. Razem możemy zrobić różnicę!

Dlaczego kolejny raz o tym piszę? Bo poproszono mnie o kilka słów dla telewizji. Do wypowiedzi na kilkanaście sekund przygotowywałem się ponad godzinę. Musiałem zastanowić się i przemyśleć co i jak powiedzieć by miało sens i znaczenie. Wiedząc, że będzie to coś krótkiego na antenie, wkomponowane w nieznaną mi większa całość. A skoro musiałem się przygotować, to może wykorzystać w pełni? Dołożyć drugą godzinę lub więcej na napisanie testu, w którym sam tak jak chcę, opowiem. I sam zdecyduje co się ukaże. 

Śmieci i nas styl życie. To historia tocząca się ponad 30 lat. Mówienie, pisania, wspólnego ze studentami i uczniami sprzątania świata wiosną i jesienią. Wiele dyskusji i ciągle efekty niezadowalające. Wystarczy zobaczyć w sklepie czy zajrzeć do osiedlowego śmietnika z pojemnikami do segregacji. Aż tak jest trudno papier wrzucić do makulatury, plastik do plastiku a butelki do szkła? I by w pojemnikach na odpady zmieszane tego nie wrzucać. Lub do pojemnika na odpady organiczne nie wrzucać worków foliowych? To przekracza zdolności intelektualne wielu z nas? A może to kwestia motywacji?

Kto nie chce, szuka powodu, kto chce, szuka sposobu. Jedni więc wymyślają, ze to nie ma sensu, że to ściema ekoterrorystów, że i tak potem smieciarka wszystko do jednego wrzuca itd. Ileż energii wielu z nas  traci na wymyślanie różnych uzasadnień dla swoich postaw nic-nie-robienia? Codziennie się z tym spotykam. 

A tak materiał wygląda na antenie TVP3 Olsztyn, ok. 7 minuty materiału https://olsztyn.tvp.pl/1787280/informacje (wiadomości o 16.30, 6.02.2024)

oraz wyodrębniony materiał o śmieciach https://olsztyn.tvp.pl/75789906/problem-olsztyna-zasmiecone-miasto-ogrod

6.02.2024

Na szczęście minęły czasy, gdy strach było wymawiać słowo konstytucja

Zdjęcie ze streetartowej akcji malowania kamyków, Olsztyn.


Polityka wpływa na życie codzienne i nawet na sztukę. Bo przecież artyści nie są samotną i wyizolowaną wyspą na oceanie społeczeństwa. PiS-owskie władze za swoich rządów szykanowały ludzi, wypowiadających słowo "konstytucja",  bo oznaczało to niezgodę na poczynania tamtej władzy i na łamanie zasad konstytucji, stanowiło przejaw sprzeciwu. Obywatele różnie byli szykanowali. Pojawiła się nawet autocenzura - skoro są nieprzyjemne reakcje, to może tego słowa nie używać? Może lepiej unikać? Tak jak w Rosji ciągle jest strach przed użyciem słowa "wojna". Zamiast tego używa się "specjalna operacja wojskowa" Z czasów Polski Ludowej znamy wiele podobnych przykładów o różnej skali represyjności władz. 

Przykład sprzed kilku lat, z czasów gdy PiS i Zjednoczona Prawica rządziły niepodzielnie. Jedno z wielu małych działań artystycznych, gdzieś na prowincji. Działania streetartowe, które lubię. Bo streetart to publicznie dyskutowana sztuka. Oczywiście, warto tu dodać, że nie każdy bazgroł czy napis od razu jest sztuką streetartowa czy jakąkolwiek inną.

Wtedy w przestrzeni publicznej pojawiło się zaproszenie do malowania kamieni, a w zasadzie pisania słów na kamieniach. Lub tylko wysłanie słów, które artystka sama umieści na kamieniach. Prosiła by "pomóc mi zapełniać kamienie napisami, to będę wdzięczna. Jeśli jednak nie możecie, to może spróbujecie w komentarzu napisać jakie słowo/słowa są istotne dla Was. Dla nas wszystkich na pewno ważna jest miłość, rodzina, przyjaźń, ale co jeszcze? Sztuka, las, teatr, tlen, śmiech, czułość? Podzielcie się słowami ważnymi dla Was ze mną i całym Olsztynem." (wytłuszczenie S.Cz.)

Internauci aktywnie odpowiedzieli. To znak, że przynajmniej w części inicjatywa artystki spotkała się z uznaniem i aprobatą. Animacja wspomagana internetowo okazała się skuteczna. Pośród wielu słów padło i "konstytucja". I szybko pojawił się sprzeciw autorki. Po głosach zdziwienia takie wyrosło wyjaśnienie:  "(...) polityka dzieli, a konstytucja aktualnie jest to słowo mocno związane z polityką. Ja chcę, żeby każdemu słowa z kamieni kojarzyły się dobrze. Nie zaprzeczam absolutnie, że konstytucja, państwo, władza to ważne słowa. Ktoś napisał WOLNOŚĆ, może to wystarczy?"

A potem dalsze wyjaśnienie: "A ja jestem zaskoczona, że nie można odpuścić. Jak w polityce. Politycy też nie odpuszczają. Nawet tu pod miłą akcją tworzą się podziały :(. Słowa miały być uniwersalnie dobre, dobre dla wszystkich. Moje poglądy nie mają tu nic do rzeczy. Kolejnym etapem akcji miała być propozycja przyniesienia kamienia z napisem i dołożenia do instalacji. Stos kamieni można też dowolnie modyfikować, przekładać kamienie. Proszę przynieście kamień z napisem Konstytucja i połóżcie wśród innych kamieni. Ja nie mam nic przeciwko. Pozdrawiam ciepło i skończmy już proszę tę dyskusję, bo naprawdę nie taki był cel tej zabawy. Miała przekazywać dobre emocje..."

Inny głos w dyskusji "Jeśli mianujesz siebie Artystą, swoje działania Instalacją, a to co robisz ogólnie Sztuką, to niestety w przestrzeni publicznej ma wymiar IDEOLOGICZNY. W mieście gdzie jest dozwolone ubranie Bab Pruskich w koszulki "Konstytucja" wolno jeszcze mówić głośno co się myśli. A wykreślenie z akcji słowa "Konstytucja" jeśli ktoś by je chciał położyć jest niczym innym tylko najtańszą formą cenzury." Słowa pisane dużą literą wskazują na dużą wartość dla osoby piszącej. Najwyraźniej w tym czasie Konstytucja, przynajmniej dla części mieszkańców Olsztyna, miała wartość. Było to słowo istotne.

Streetartowa sztuka wywołała reakcję społeczną już na etapie powstawania. To artystka zrobiła niechcący z tego słowa "politykę". Pojawiały się wcześniej i później różne słowa, ale tylko przy jednym jedynym - konstytucja zareagowała na nie i dopatrzyła się w tym polityki, jakichś nieczystych intencji, a nie ważnego słowa. To artystka, swoją zaskakującą reakcją, nadała mu sens, z którym później musiała walczyć. Pośród wielu było słowo "destylacja", które też można ocenzurować i zakazać, bo to wiąże się z rozpijaniem, nałogiem i nielegalnym bimbrownictwem. Albo "miłość" - toż to seks i ruja-poróbstwo, w przestrzeni publicznej? Zakazać. I do każdego słowa można przypisać jakieś złe znaczenie, doszukać się prowokacji czy ukrytego, drugiego dna. Głupio wyszło z tą reakcją na konstytucję. Rozumiem intencje, że ma to być działanie kulturalne. Wystarczyło tylko nic nie pisać, nie komentować (najwyżej po cichu uznać, że tego słowa artystka nie napisze - skoro wewnętrznie uznała, że może być odczytane jako akcja polityczna). Tak samo jak w odniesieniu do innych słów, całkiem niby neutralnych a zaproponowanych przez publiczność. I nikt by nie zwrócił uwagi, że któregoś ze zgłoszonych słów brakuje. Ludzie piszą to, co uznają za ważne. Dla nich ważne. Jeśli jakiś artysta w taki strachliwy sposób ocenzuruje, to zostaną tylko banały i fałsz. Ludzie napiszą to, co wypada. Będzie nieprawdziwe. Mnie zasmuca ta wybiegająca do przodu autocenzura i wyprzedzający koniunkturalizm. To smutne bo powszechne. W czasach PiSu takim słowem było na przykład konstytucja (było ich oczywiście więcej) .

Tamta reakcja w jakimś stopniu oddaje prawdę o naszym społeczeństwie. Czy gdy wtedy pojawiło się słowo "konstytucja" na Facebooku, to artystka przestraszyła się, że komuś przez to podpadnie? A w tamtych czasach PiS nie przebierał w różnych represjach. Sam tego doświadczyłem, np. dziennikarze z TVP Olsztyn mieli zakaz robienia ze mną wywiadów, czy w jakikolwiek sposób pokazywania na antenie. Lub inny przykład - telefon z ministerstwa, że nie mogę mieć wykładu inauguracyjnego w projekcie, który mi przyznano (projekt edukacyjny dla uczniów - Uniwersytet Młodego Odkrywcy) - konkurs "społeczna odpowiedzialność nauki". Ktoś z ministerstwa dzwonił do rektora z takim zaleceniem. Wywołało to ogromne zdziwienie bo przypomniały się czasy socjalistycznej Polski sprzed 1989 roku.

Wrócę jeszcze do reakcji artystki - że trzeba było od razu dać wyraz swojego stanowiska? Wątpię by ktokolwiek z przełożonych lub przyjaciół zwrócił na to uwagę. Ale może się jednak mylę... Słowo pośród wielu innych. Zasmuciła mnie reakcja owej artystki kilka lat temu. Ale widać tak jest. Była spontaniczna, nieoficjalna. A mnie przypomniały się czasy PRL. Wróciłem do młodości. No cóż, najwyraźniej jako społeczeństwo tacy jesteśmy. Nieodosobniona to postawa. Być może powszechna.

I ulga, że znowu można w Polsce mówić i pisać "konstytucja" i do niej się odwoływać. Zło mija, prędzej czy później. Wydaje się, że mniej mamy autorytaryzmu i partyjnego, centralnego sterowania. Ale na pewno są inne niemile widziane słowa i inne przejawy wewnętrznej autocenzury. Oby mniej niż więcej. I oby nie brakowało zarówno odważnych artystów jak i odważnego, publicznego komentowania tego, co się dzieje w sztuce. Także tej streetartowej. 

5.02.2024

Nauczanie projektowe (design thinking) w edukacji - podręcznik dla edukatorów


Najpierw zetknąłem się z lakonicznymi wzmiankami, potem sam uczestniczyłem w procesie (na warsztatach) a potem dotarła do mnie książka, będąca dobrym poradnikiem. Od doświadczenia, przez refleksje do myślenia. Teraz czas na czwarty element cyklu czyli praktyczne działanie. Już oczywiście wypróbowałem na zajęciach, przynajmniej częściowo. Były więc kolejne doświadczania, refleksje i przemyślenia. W tych ostatnich bardzo pomagają poradniki i podręczniki, czyli w jakimś sensie teoria. Po co wszystko samemu od nowa odkrywać i wymyślać jak zrobili to już inni?

Piotr Grocholiński, Monika Just, Małgorzata Kołodziejczak, Beata Michalska-Dominiak, Agnieszka Michalska-Żyła,  Design thinking dla edukatorów, Wydawnictwa Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2021, 214 str.

Trochę odleżał się tekst w szkicu (wersja robocza na blogu) zanim przysiadłem i dokończyłem spisywanie refleksji czytelniczych. Książka bardzo przydatka, przeczytałem "od deski do deski". I będę do niej wracał by przypominać sobie różne szczegóły. Bo powtarzanie jest matka uczenia się. Powtarzanie i działanie.

Design thinking dla edukatorów to bardzo przydatny podręcznik, dla tych, którzy zaczynają. Dobrze opisany proces. Przykłady nierówne, jedne lepiej i dokładniej opisane, inne dość powierzchownie. Ale wszystkie dają dobre wyobrażenie o tym jak można wykorzystać metodę design thinking w praktyce akademickiej i trenerskiej. Dla mnie bardzo przydatne było odniesienie do dydaktyki akademickiej. 

Będę wracał do tej książki by przypominać sobie niektóre kwestie. By własne doświadczenia uzupełniać teorią i doświadczeniem innych osób. Ciągle przetwarzanie informacji i wzbogacane o kolejne praktyczne działania. Pora by wypróbować w nowym semestrze, z nowymi grupami. I oczywiście jako wybór z kilku opcji. Bo do motywacji studenta potrzebne jest także jego poczucie wpływu i sprawstwa. Program realizowanych zajęć to wypadkowa moich pomysłów i dążeń oraz celów i potrzeb samych studentów. Wspólne projektowanie a nie tylko sztywna realizacja wcześniej ustalonych scenariuszy.

Dlaczego nieustannie próbuję coś zmienić w dydaktyce akademickiej? Bo świat się zmienił oraz potrzeby rynku pracy. To, co było dobre i ważne 20 lat temu, nie jest już w pełni aktualne. Po drugie ważne są i moje emocje. Rutyna wpływa na znudzenie zawodowe oraz na wypalenie zawodowe. Prowadzący zajęcia musi się sam czuć emocje i entuzjazm. Dlatego warto próbować czegoś nowego. Uniwersytet to dobre miejsce na odkrywanie wspólnie ze studentami. Odkrywanie wiąże się z ryzykiem błędów, porażek. Ale także z przyjemnością uczenia się i zaspakajania ciekawości poznawczej.

Desing thinking potrzebne jest pojekczycielowi (więcej także tu oraz tu), bo nauczyciel, także ten akademicki, coraz bardziej staje się nie przekazującym treść nauczycielem a bardziej projektantem środowiska i przestrzeni edukacyjnej. By stworzyć dobre warunki dla studentów w ich procesie uczenia się. I by zmotywować do poszukiwania i odkrywania przyszłości. A w zasadzie teraźniejszości. 

Polecam Design thinking dla edukatorów. Sam przeczytałem i w części już wypróbowałem. Jest przydatnym poradnikiem. Jednak niewiele warta jest wiedza, jeśli od zaraz nie zastosować jej w praktyce. 

Nowy semestr, nowe pomysły i nowe okazje by wypróbować. Pomysłów mam zbyt wiele, by wszystkie zastosować jednocześnie. A każdy trzeba przecież starannie przygotować. Pośród kilku nowych pomysłów jest i metoda design thinking. 

Zatem zabieram się do projektowania. Bo to proces cykliczny: empatyzowania, projektowania, sprawdzania prototypu,  nanoszenia poprawek i kolejnego sprawdzania. 

4.02.2024

Kiedy zmysły stają się twoim wrogiem (książka)

 

Zajmująca opowieść o ludzkich zmysłach, opowiedziana przez eksperta - lekarza (co zaznaczono już na okładce, wskazując że autor na tytuł naukowy). Pełna rzetelność naukowa i medyczne fakty lecz bardzo ciekawie przedstawione. Na początku jest ludzki przypadek, zmagania człowieka z niedogodnością własnych zmysłów. A potem wyjaśnienie, odwołujące się do budowy mózgu i układu nerwowego. Z licznymi dygresjami, dotyczącymi historii nauki i techniki. 

Kobieta, która widziała zombie to bardzo dobra książka popularnonaukowa i jednocześnie dobra literatura faktu. Fabuła konstruowana jest wokół konkretnych osób, ich zmagań z chorobą i ze zmysłami. Każdy rozdział to samodzielna historia lecz wszystkie układają się w pełną i spójną kompozycję o ludzkich zmysłach. Jest to książka, która może zainteresować biologią, ludzkim mózgiem i układem nerwowym. Sporo w niej najnowszych odkryć naukowych, podanych w bardzo przystępnej formie i ubranych w zajmującą fabułę. Znajdzie uznanie osób o sporej wiedzy biologicznej jak i poczatkujących adeptów wiedzy o mózgu i zmysłach.

Niektóre fragmenty były dla mnie trudne. Na przykład te, opisujące osoby, które nie odczuwają bólu. Jak bardzo niebezpieczne jest to dla organizmu! A ja empatycznie wyobrażałem sobie wszystkie te urazy. Trudne było w czytaniu. Musiałem książkę odkładać by wrócić dopiero za jakiś czas. 

Zmysły takie jak wzrok, słuch, węch, czucie i ból wydają się nam takie oczywiste. Ale gdy na skutek wrodzonych wad lub nabytych uszkodzeń coś nie działa, świat dla takiego człowieka jest zupełnie inny. Przez te różne deficyty pełniej poznajemy działanie naszego mózgu i układu nerwowego. Czy potrafilibyście żyć bez zmysły węchu? I jaki związek ma węch z pamięcią oraz emocjami? A gdyby wszystkie zapachy odbierane były jako odrażający smród padliny i ścieków? Jak tu żyć? 

Książkę gorąco polecam wszystkim tym, którzy interesują się medycyną, biologią i ewolucją, człowiekiem i układem nerwowych. Jest jak lustro naukowca, w którym lepiej widać otaczający nas świat. Zachęca by już w innych źródłach dokładniej poznać budowę mózgu ludzkiego i działanie układu nerwowe. Dobry początek do ekscytującego uczenia się.

Na tle opisywanych przypadków i objaśnień, dotyczących funkcjonowania mózgu i działania komórek nerwowych, pojawiają się odautorskie refleksje ogólne, na przykład takie: 

"Może jednak powinniśmy przybrać postawę bardziej agnostyczną i z mniejszym zapałem ufać naszym zmysłom, kwestionując to, co sugerują nam oczy, uszy, skóra, język i nos."

"Niektóre iluzje demonstrują jednak również coś fundamentalnego na nasz temat. Pozwalają zrozumieć, że mózg nie służy wyłącznie  do pochłaniania informacji. To także maszyna przewidująca. Nasze postrzeganie świata opiera się na przypuszczeniach dotyczących otoczenia, co stanowi konieczne uproszczenie pozwalające sobie radzić z opisanymi powyżej trzema mankamentami: niską przepustowością, nieodłącznym opóźnieniem i wieloznacznością informacji." 

A co z tym widzeniem zombie, znajdującym się w tytule książki? To efekt dojść rzadkiej choroby wzroku. Gdy nie widzimy nic lub prawie nic, mózg sam tworzy obrazy. I człowiek widzi różne dziwne zjawiska. A jednocześnie zdaje sobie sprawę, że to tylko iluzja. Niemniej ciężko jest żyć w realnym świecie z takimi wizjami. 

Premiera książki odbyła się w drugiej połowie stycznia. Nadaje się na marcowy Tydzień Mózgu - wtedy warto do niej ponownie wrócić i przypomnieć.

Prof. Guy Leschiziner, Kobieta, która widziała Zombie - kiedy zmysły stają się twoim wrogiem. Przełożył Marcin Sieduszewski, Wyd. Znak litera nowa, Kraków 2024, 398 str., ISBN 978-83-240-9604-6.


3.02.2024

Gadające kamienie, które czasem szeptem opowiadają





Mój dziadek opowiadał mi taką historię. Szepczące kamienie rodzi ziemia, zwłaszcza ta jałowa, co na niej mało rośnie. Rodzą się nieme i cicho leżą. W trawie, albo między zbożem, albo w redlinach kartofli. I leżą sobie tak dziesiątki lat. Leżą, patrzą i słuchają. Niektóre z nich wiele już w życiu widziały i wiele historii słyszały. To człowiek je zaklina, czasem łzami, czasem złym słowem. Czasem ktoś bierze takiego kamienia i rzuca. By wronę przegonić lub człowieka pogonić, by skrzywdzić, może i niewiernego małżonka, albo pijaczynę. Ale kamienie cały czas milczą. Dopiero gdy ktoś, czy to panna, czy kawaler, czy to singiel czy babcia lub dziadek, czy to pastuch lub turysta, weźmie w dłoń i ... albo położy na stole, na stercie papierów, albo gdzieś rzuci pod płot. Wtedy uczą się mówić. 

Te odważniejsze nazywane bywają gadającymi kamieniami. Żeby gadać, muszą poczuć ciepło dłoni. I muszą być pomalowane. Bo w czasie malowania ludzie rozmawiają, najczęściej życzliwie. To odczarowuje złe zaklęcie jałowej ziemi. Bo tak jak panna na wizytę idzie, czy ona się nie umaluje? To i kamień chce być pomalowany. 

A jak ktoś Go pomaluje, lub inaczej ozdobi, wtedy czar pryska i kamień może przemówić. Opowie wtedy historie, które widział i które słyszał. A te, co są nieśmiałe, to szepczą... Bo boją się głośniej mówić. Po prostu nie wierzą, że ktoś chce ich słuchać... One potrzebują jeszcze więcej troski. I kiedyś przemówią głośniej. 

Nasłucha się taki kamień żalów panienki, albo kawalera. I wtedy znika. Idzie opowiedzieć innej osobie o pannie, lub o kawalerze. A jak opowie tę historię, to poruszy serce i kawaler zapuka do drzwi czekającej panny. Albo rozwódki. 

Tak, kamienie szepczące rodzą się w ziemi. Zwłaszcza tej biednej. I nie potrafią na początku mówić. Przemawiają dopiero wtedy, gdy ktoś je pomaluje. Najczęściej opowiadają historie o przyrodzie. Bo przecież długo leżą w szuwarach, to się napatrzą i na biedronki, i na modraszki i na stokrotki. Opowiadają o grzybach, chwastach i owadach ale tak, jakby o ludziach opowiadały. Poszukaj takiego kamienia, otrzyj z kurzu, pomaluj i posłuchaj jego historii. Każdy kamień ma inną.


Spacerując po Olsztynie lub innych miejscach, rozglądaj się za kamykami. Schowane gdzieś w zakamarku czekają by ktoś je znalazł i wysłucha.


2.02.2024

Jak nie narzekać i nie hejtować a radzić sobie z przyspieszonymi zmianami w edukacji?

Robię zdjęcia, które potem wykorzystuję jako ilustracje na blogu. Czasem się udaje znaleźć dobrze pasującą, czasem mniej. Zdjęcie z Torunia. Spodobały mi się ceramiczne rzeźby, rozmieszczone w przestrzeni miejskiej. Czy pasuje do treści niniejszego tekstu?


Zamiast przeklinać ciemność lepiej zapalić małe światełko nadziei. I coś zrobić. Ja się uczę i pokazuję rezultaty swojego uczenia się. Liczę, że komuś pomogą w jego oswajaniu nowej rzeczywistości. I że zachęcą do zaakceptowania swoich błędów, niedoskonałości. Wczoraj na Facebooku widziałem znakomitą grafikę, udostępnioną przez Joannę Gadomską na profilu Biologia z Blondynką. Na grafice był napis: „nie potrafisz latać – biegaj”. A w tle był biegnący struś i w głębi sylwetki fruwających ptaków.

Pisanie zajmuje sporo czasu. Jeśli zbyt szybko opublikuję to pojawiają się różne błędy literowe, czasem niedopracowane zdania, czasem niezrozumiały wywód. Tyle chciałoby się opowiedzieć a tak mało się udaje. Cyzelowanie podnosi jakość lecz zabiera czas i energię. Warto inwestować w jakość bo zwiększa się komunikatywność przekazu. Najlepiej uczyć się w działaniu, a ja aktualnie eksploruję możliwości sztucznej inteligencji. Próbuję także nauczyć się sensownego wykorzystywania tych narzędzi. Widzę, jak inni opanowują nowe narzędzia i im zazdroszczę. Też bym tak chciał. Spotykam się także z różnym deprecjonowaniem nowych narzędzi edukacyjnych, czy to nowych metod, czy to konkretnych narzędzi cyfrowych. Skąd się bierze to wyśmiewanie i dyskredytowanie?

Najpierw był szkic na papierze, ręcznie i w pełni analogowo napisany. Powstał pod wpływem chwili. Szkic się do niczego jeszcze nie nadawał. Leżał kilka tygodni w teczce, oczekując na przepisanie i dopracowanie. Dzisiaj wziąłem tę kartkę - nie wszystko rozczytałem. Bo moje pismo ręczne jest trochę podobne do lekarskiego – nawet sam siebie nie potrafię się rozczytać. Na dodatek myśli były krótkie, szarpane. Przepisałem na komputerze, modyfikując tekst, trochę dodając. Ale dalej pozostaje to tylko szkicem i wymaga dopracowania. A dlaczego nie wykorzystać tego przypadku do nauki promptowania? Włączyłem Copilota i korzystając z notatek ze szkolenia napisałem (to taka moja praca domowa – powtarzanie przez zastosowanie w praktyce i przez przetwarzanie):
 
Po otrzymaniu tekstu zleciłem Copilotowi wygenerowanie grafiki do tego eseju.
To jest druga próba. Są widoczne błędy w napisie na tablicy, ale i tak efekt jest dobry, bo najczęściej pojawiające się litery nie tworzą logicznych słów (tak było w moich próbach doi niedawna).


Prompt: Działaj jako autor bloga, który dzieli się swoimi wątpliwościami i chce innych nauczycieli podtrzymać na duchu. Popraw i rozwiń poniższy szkic, stwórz esej na blog liczący 3000 znaków ze spacjami. Napisz w tonie refleksyjnym.

„Zmiany zachodzą za szybko i nie nadążamy z adaptacjami do nowych warunków. Niedostosowania w edukacji jednych uwierają innych mobilizują.

Za szybko i za dużo zmian w edukacji, za dużo nowych propozycji edukacyjnych więc niektórych to przeraża. Boją się, że nie nadążają. Może poczucie zapóźnienia, odstawania od „peletonu” i stąd niechęć do „nowinek” i tego, że innym się udaje. Albo tylko się wydaje, że innym się udaje lepiej.

Ja także, widząc to co inni edukatorzy robią, jakich używają narzędzi edukacyjnych, czuję się zakompleksiony, zdystansowany i pozostający w tyle. Kiedy ja się tego wszystkiego nauczę? Za dużo na raz. Brakuje mi czasu a tu trzeba nadganiać tyle rzeczy. Rośnie lista metod i narzędzi, których chcę się nauczyć, np. debata oksfordzka, podcasty, technologie AI. Rodzi się agresja i poczucie wykluczenia, kusi by hejtować i deprecjonować zmiany i nowe narzędzia. Zostać w bezpiecznych Taplarach: po co ta kosa, a sierp nie wystarczy? Przecież dawniej tylko sierpem zboże żęto.

Lepiej chyba zaakcentować swoje ograniczenia: zrób tyle ile możesz. Ze wszystkim nie zdążasz. Nie musisz być najlepszy, mistrzem. Ścigaj się ze sobą a nie z innymi. Każdy jest dobry w czymś innym. To co umiesz tez jest wartościowe.

Nie wszyscy wspierają edukacyjnych zwiadowców, czasem ich hejtują, deprecjonują i ściągają w dół.”

A oto rezultat, umieszczam bez zmian. Były śródtytuły, wypunktowania. Na blogu zmieniłem formatowanie tekstu przede wszystkim z powodów technicznych i ponownie zaznaczyłem śródtytuły i wytłuszczenia. 

Jak radzić sobie z przyspieszonymi zmianami w edukacji?

Żyjemy w czasach, w których zmiany zachodzą coraz szybciej i dotykają wszystkich aspektów naszego życia. Nie inaczej jest w edukacji, która musi się dostosowywać do nowych warunków, potrzeb i wyzwań. Niektórzy nauczyciele traktują to jako szansę na rozwój, inni jako zagrożenie dla swojego komfortu i poczucia wartości. Jak więc radzić sobie z przyspieszonymi zmianami w edukacji? Jak nie dać się przytłoczyć i zniechęcić? Jak zachować równowagę między nowym a starym?

Zmiany w edukacji - co nas przeraża?

Zmiany w edukacji mogą nas przerażać z wielu powodów. Może to być strach przed nieznanym, przed utratą kontroli, przed porażką, przed krytyką, przed porównaniem z innymi. Może to być też poczucie zapóźnienia, odstawania od „peletonu”, nieumiejętności nadążenia za nowymi trendami, metodami, narzędziami. Może to być wreszcie brak czasu, zasobów, wsparcia, motywacji, wiary w siebie.

Zmiany w edukacji mogą nas też przerażać, ponieważ często są one narzucane z góry, bez konsultacji, bez uwzględnienia naszych opinii, potrzeb, możliwości. Czasem są one sprzeczne z naszymi wartościami, przekonaniami, doświadczeniami. Czasem są one niejasne, niekonsekwentne, nieprzemyślane. Czasem są one po prostu zbyt wiele i zbyt szybko.

Zmiany w edukacji - co nas mobilizuje?

Zmiany w edukacji mogą nas też mobilizować, ponieważ dają nam okazję do nauki, do odkrywania, do eksperymentowania, do tworzenia. Mogą nas mobilizować, ponieważ pozwalają nam lepiej odpowiadać na potrzeby naszych uczniów, na wymagania rynku pracy, na wyzwania społeczne. Mogą nas mobilizować, ponieważ sprawiają, że nasza praca jest ciekawsza, bardziej kreatywna, bardziej satysfakcjonująca.

Zmiany w edukacji mogą nas też mobilizować, ponieważ są one częścią naszej misji, naszej pasji, naszej odpowiedzialności. Czasem są one wynikiem naszej inicjatywy, naszej współpracy, naszego wpływu. Czasem są one efektem naszej refleksji, naszej ewaluacji, naszej adaptacji. Czasem są one po prostu konieczne i nieuniknione.
 
Jak radzić sobie z przyspieszonymi zmianami w edukacji?

Jak więc radzić sobie z przyspieszonymi zmianami w edukacji? Nie ma jednej, prostej, uniwersalnej odpowiedzi na to pytanie. Każdy z nas ma swoje własne sposoby, strategie, mechanizmy. Jednak można wyróżnić kilka ogólnych zasad, które mogą nam pomóc w tym procesie.
  • Akceptuj zmiany jako część życia i pracy. Nie próbuj się im opierać, ignorować, unikać. Nie traktuj ich jako zagrożenia, ale jako wyzwania. Nie bój się zmian, ale szukaj w nich możliwości. Nie uciekaj od zmian, ale podejmij je świadomie i odpowiedzialnie.
  • Bądź otwarty na nowe. Nie zamykaj się na nowe pomysły, metody, narzędzia. Nie odrzucaj ich z góry, bez sprawdzenia, bez próby, bez oceny. Nie przywiązuj się do starych schematów, nawyków, rutyn. Nie ograniczaj się do tego, co znasz, co umiesz, co lubisz. Bądź ciekawy, bądź gotowy na naukę, bądź elastyczny.
  • Znajdź swoje tempo i styl. Nie porównuj się z innymi, nie ścigaj się z nimi, nie zazdrość im. Nie daj się przytłoczyć ilością i szybkością zmian. Nie rób wszystkiego na raz, nie rób więcej niż możesz, nie rób tego, co nie pasuje do ciebie. Znajdź swoje priorytety, swoje cele, swoje zainteresowania. Znajdź swoją równowagę, swoją harmonię, swoją satysfakcję.
  • Korzystaj z wsparcia i inspiracji. Nie bądź sam w zmianach, nie bądź izolowany, nie bądź zamknięty. Nie bój się prosić o pomoc, o radę, o feedback. Nie bój się dzielić się swoimi doświadczeniami, swoimi sukcesami, swoimi problemami. Nie bój się współpracować, wymieniać się, uczyć się od innych. Nie bój się też wspierać, inspirować, motywować innych.
  • Doceniaj swoje osiągnięcia i wartość. Nie skupiaj się na tym, czego nie zrobiłeś, czego nie umiesz, czego nie wiesz. Nie krytykuj się, nie obwiniaj się, nie zniechęcaj się. Nie zapominaj o tym, co zrobiłeś, co umiesz, co wiesz. Nie zapominaj o tym, co jest ważne, co jest dobre, co jest piękne. Nie zapominaj o tym, kim jesteś, co robisz, po co robisz.
Podsumowanie

Zmiany w edukacji są nieodłącznym elementem naszej pracy i naszego życia. Nie możemy ich uniknąć, ale możemy się do nich dostosować. Nie musimy się ich bać, ale możemy się z nich uczyć. Nie musimy być w nich najlepsi, ale możemy być w nich sobą. Nie musimy być w nich sami, ale możemy być w nich razem.

Zmiany w edukacji mogą być trudne, ale mogą być też ciekawe. Mogą być stresujące, ale mogą być też satysfakcjonujące. Mogą być wymagające, ale mogą być też nagradzające. Wszystko zależy od tego, jak do nich podchodzimy, jak się z nimi radzimy, jak się z nimi rozwijamy.

Zmiany w edukacji to nie tylko wyzwanie, to też szansa. Szansa na to, by być lepszym nauczycielem, lepszym człowiekiem, lepszym sobą.

Po otrzymaniu tekstu zleciłem Copilotowi wygenerowanie grafiki do tego eseju. Pierwsza wersja. Aby ilustracja bardziej pasowała zleciłem wygenerowanie kolejnej grafiki (tak jak poprzednio z sugestią, że ma być to akwarela, lecz aby był starszy mężczyzna w okularach.

Tekst nie w pełni oddawał to, co chciałem napisać oraz styl w jakim chciałem żeby było napisane. Jakie są moje wnioski? Po pierwsze prompot ma znaczenie. Po drugie przydatny bywa dialog z AI i korygowanie uzyskiwanych rezultatów. Po trzecie narzędzie to oszczędza czas przy dopracowywaniu tekstów. Po czwarte uzyskany tekst trzeba poprawić i dostosować do swoich oczekiwań i zamiarów. Zostawiam w wersji oryginalnej, jako studium przypadku. Sam tekst bym zmieniał (i zmienię a efekt pokaże), by uzyskał formę o jaką mi chodziło. Całkowicie zabrakło odwołania do Konopielki. Może to specyficznie polska lektura? Ciekawe czy młodzi ludzie ją znają i rozumieją aluzje z kosą i sierpem? Muszę więc popracować nad promptem oraz nad dialogiem z AI. Trochę pomaga, bo łatwiej czasem poprawiać niż pisać od nowa. Ale czasem łatwiej napisać od nowa niż uparcie poprawiać otrzymany tekst. 

I jeszcze jedna refleksja z pytaniem: czy moje niezadowolenie z efektu końcowego wynika z ograniczeń (obecnych) AI czy też z moich niskich jeszcze umiejętności pisania instrukcji (promptów) oraz konwersowania z czatami AI? A zatem czy to wina AI (i można wybrzydzać i dyskredytować) czy wina moich umiejętności (a więc trzeba się po prostu uczyć dalej).

Moja praca domowa może nie jest na piątkę lecz czegoś się nauczyłem, bo wypróbowałem. I co ważne miałem motywację by się doskonalić. Która grafika lepsza: własne zdjęcie czy ta wygenerowana przez Copilota? Co mniej zajmuje czasu: przeszukiwanie swojego archiwum czy wybierając z otrzymanych wersji od AI? 

Jeśli chcesz skomentować i wyrazić swoje zdanie, to możesz to zrobić w komentarzach. Być może dialog z człowiekiem ma inną wartość niż z AI.

Ciąg dalszy: Jak przetrwać w świecie nieustannych zmian, czyli uczenie się dialogu z Gen-AI