6.01.2026

Metoda projektu, czyli iść za studentem

Dawno temu, w czasie letniego obozu naukowego ze studenckim kołem naukowym, w poszukiwaniu chruścików i innych wodnych bezkręgowców, okolice Górowa Iławeckiego.

Zbliża się podsumowanie najnowszego projektu studentów „Eko kalendarz adwentowy”, trwał prawie cały grudzień, już po formalnym zakończeniu zajęć (zobacz więcej). Podsumowanie czyli analiza tego, co się udało i tego, co się nie udało w pełni zrealizować. Ta analiza jest ważna bo wszyscy uczymy się na własnych błędach a przez świętowanie wzmacniamy dobre rozwiązania. To na pewno przyda się w kolejnych działaniach.

Po czterdziestu latach pracy na uczelni, patrząc na kolejne roczniki młodych ludzi, dochodzę do wniosku, że najcenniejsze w nauczaniu nie jest przekazywanie gotowych odpowiedzi, ale wspólne wyruszanie w drogę, wspólne odkrywanie a potem wspólna refleksja nad tym co się wydarzyło i dlaczego. Na zajęciach z ochrony środowiska (ale i nie tylko na tych zajęciach) od lat daję moim studentom wybór: możecie zaliczyć ćwiczenia klasycznie, wykonując ćwiczenia wg instrukcji i pisząc sprawozdania, albo wejść w projekt. Wybór tej drugiej ścieżki to dla nich – i dla mnie – rezygnacja z bezpiecznego brzegu na rzecz nieznanych wód. Wychodzimy poza strefę komfortu.

Przez lata realizowałem projekty intuicyjnie. Zaczynało się w kole naukowym (zarówno jako student uczestnik a później jako opiekun koła), potem ucząc ochrony środowiska, włączyłem tę metodę do standardowych zajęć. Dopiero z czasem uświadomiłem sobie, że to, co robię, ma swoją nazwę w teorii edukacji: konstruktywizm. Czułem się trochę jak Molierowski pan Jourdain, który ze zdumieniem odkrył, że całe życie mówił prozą. W konstruktywizmie wiedza nie jest „przelewana” z głowy nauczyciela do głowy studenta. Ona jest budowana (konstruowana) przez samego studenta w procesie działania. Ja nie jestem tu sędzią, ale towarzyszem. Idę za studentem, nawet jeśli jego pomysł nie jest tym, który sam bym wybrał.

Dawniej projekt na ochronie środowiska oznaczał konkret: sprzątanie brzegów jeziora, sprzątanie lasu, budowanie hoteli dla zapylaczy, konstruowanie budek dla jeży. Był pot, realne działanie w terenie i widoczny gołym okiem efekt. Dzisiejsze pokolenie studentów jest inne (pokolenie Z). Widzę to wyraźnie – studenci przenoszą swoją aktywność w sferę cyfrową. Zamiast budować w terenie, budują zasięgi. Tworzą rolki na Instagramie, kampanie społeczne w mediach, edukują rówieśników w sieci. Taki był też projekt „Eko kalendarz adwentowy”.

Zmienił się też ich sposób bycia. Częściej „chowają się w cieniu”, ukrywają za nickami (profilami) lub zgeneralizowaną anonimowością, unikają bezpośredniej ekspozycji nazwisk. Ale to wciąż jest działanie. Uczę się od nich tego nowego świata – mechanizmów mediów społecznościowych, nowoczesnej komunikacji. To fascynująca wymiana: ja daję im doświadczenie merytoryczne, oni uczą mnie języka współczesności.

W opisywanym projekcie, wymyślonym przez studentów, były 24 zadania na kolejne 24 dni. Przesłanie do odbiorcy było takie: „Zrób tyle, ile zdołasz”. Jeśli poczujesz zmęczenie, odpuść jeden dzień, odpocznij, wróć jutro. To zdejmuje paraliżujący lęk przed perfekcją i prokrastynacją.

Jako wykładowca wchodzę w rolę członka zespołu, a nie nadzorcy. Dla wielu studentów to zdziwienie, wręcz szok. Są przyzwyczajeni do modelu kontroli, a tu nagle „profesor” pyta, w czym może pomóc i dzieli się swoimi umiejętnościami jako partner. Razem przechodzimy przez Cykl Kolba:

  1. Doświadczanie: robimy coś konkretnego (zarówno sam projekt jak i pojedyncze zadania).
  2. Refleksja: analizujemy, co się stało. Dlaczego nikt nie skomentował posta? Czy cała akcja spotkała się z zaplanowanym odzewem czy nie? Dlaczego?
  3. Teoretyzowanie: wyciągamy wnioski, osadzamy je w wiedzy o ochronie środowiska i psychologii społecznej.
  4. Praktyka: planujemy następny krok bogatsi o tę wiedzę. Te już będą aktywności poza zajęciami. Wychodzą z zajęć z pewnym doświadczeniem, refleksjami i kompetencjami do wykorzystania w samorządzie studenckim, działaniach różnych NGO czy w przyszłej pracy, po zakończeniu nauki na uczelni.

Ocenianie projektu to duże wyzwanie. A przecież muszą jakąś ocenę do USOS-a wpisać. Studenci często wybierają tematy najtrudniejsze – zmianę postaw społecznych. Jak zmierzyć, czy ktoś zaczął segregować śmieci pod wpływem ich filmu? Koszty rzetelnego pomiaru są ogromne. Wymagają czasu i sporych nakładów. Tego w pełni nie da się zrobić w ramach krótkiego, studenckiego projektu. Dlatego w mojej dydaktyce oceniam nie tylko efekt, ale przede wszystkim proces. Interesuje mnie zmiana, jaka zaszła w studencie. Czy nauczyli się współpracować? Czy potrafią wyjść z kryzysu, gdy zespół się kłóci? Czy potrafią słuchać siebie nawzajem (z czym, zauważam, bywa coraz trudniej)? Czy potrafią rzetelnie ocenić efekty i sam proces? Czy potrafią dostrzec mocne i słabe strony wspólnych działań?

Projekt to ryzyko, które warto podjąć.  Wchodzimy na nieznany grunt i możemy polec. Zarówno ja jako wykładowca, bo wcześniej przygotowany harmonogram zajęć sypie się i trzeba tworzyć od nowa, na bieżąco. I dla studentów, bo co będzie, jak cały projekt nie wyjdzie i nie będzie zaliczenia? Lub niższa od spodziewanej ocena? Ale jeśli tak się stanie – polegniemy razem. Jeśli odniesiemy sukces (naszą małą „wiktorię”), to świętujemy go wspólnie.

Dawniej starałem się mocno zasugerować temat i sposób realizacji projektu. Z czasem nauczyłem się iść za studentami. Zaufać im i pozwolić na błędy. Wspierać ich pomysły, nawet jeśli nie są najlepsze i wiążą się z różnymi zagrożeniami. Co zyskuję idąc za studentem? Zyskuję bezcenną wiedzę o tym, kim są dzisiejsi młodzi ludzie. Poznaję ich wartości, ich lęki i kompetencje społeczne. Projekt pozwala mi nie zardzewieć w profesorskiej katedrze. To żywa, pulsująca nauka, która przypomina mi codziennie, że edukacja to nie wypełnianie wiader, ale zapalanie ognia. Nawet jeśli ten ogień płonie dziś głównie na ekranie smartfona.

Podsumowanie projektu i świętowanie to ważny element zajęć. Jak pójdzie mi tym razem? Dla siebie przygotowałem takie pytania do wewnętrznego rozważenia:

  1. Gdzie kończy się wsparcie, a zaczyna nadzór? Jak w praktyce udaje mi się zachować balans między byciem „członkiem zespołu” a koniecznością bycia „oceniającym”?
  2. Czy „cyfrowa ucieczka” to strata? Jak oceniam zmianę aktywności studentów z działań fizycznych (np. w terenie) na działania w mediach społecznościowych? Czy te kompetencje są równie wartościowe w kontekście ochrony środowiska? W kontekście rozumienia a nie tylko wiedzy faktograficznej.
  3. Prawo do porażki. Czy w dzisiejszym systemie akademickim, nastawionym na wyniki i oceny, jest jeszcze miejsce na „wspólne polegnięcie” w projekcie? Jak reagują na to studenci przyzwyczajeni do wyścigu po oceny?
  4. Pomiar nieuchwytnego. W jaki sposób zweryfikuję zmianę postaw u moich studentów, wiedząc, że tradycyjne testy nie są w stanie uchwycić istoty procesu projektowego? Testu nie robię, bo jak zmierzyć testem umiejętności i kompetencje? I to, że coś w nich (studentach) się zmieniło w czasie zajęć. Po czym poznam, że osiągnęliśmy efekty kształcenia i w jakim zakresie się to udało?
  5. Relacja mistrz-uczeń. Czy pojęcie „pójścia za studentem” nie osłabia autorytetu wykładowcy?
Skończył się jeden projekt a w kolejnym semestrze prawdopodobnie będą kolejne. Dlaczego piszę "prawdopodobnie"? Bo daję studentom wybór sposobu uczenia się i sposobu zaliczania (mierzenia efektów kształcenia).

3 komentarze:

  1. Nie można odmówić studentom wizji, pomysłowości oraz ambicji. Współczuję i rozumiem ból, gdy praca nie zostaje nagrodzona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żadna wykonana praca nie pozostaje bez nagrody :). Nie zapominam o tym.

      Usuń
  2. Takimi sprawami trzeba się zajmować.

    OdpowiedzUsuń