15.01.2026

O tym, jak polskie uczelnie mogą powtórzyć błąd Poczty Polskiej

Dokąd teraz? I czy postój nie potrwa zbyt długo?


Inspiracją do napisania niniejszego eseju był niedawno opublikowany na Facebooku tekst dr Piotra Wasyluka o pokoleniu Alfa na uczelniach. I dyskusja na Facebooku, która się pod nim wywiązała. Dr Wasyluk jest filozofem z wykształcenia i pracy naukowej, długo pracował na uniwersytecie, zna problem a teraz zajmuje się szkoleniami i kreowaniem trendów. Można powiedzieć, że mocno zanurzony jest także w szeroko rozumianej edukacji.

W historii instytucji są momenty, które z perspektywy czasu wydają się oczywiste. Wszyscy widzimy, że należało działać inaczej, szybciej, odważniej. Że sygnały były czytelne, a zmiana wisiała w powietrzu. Ale duże organizacje - zwłaszcza te przyzwyczajone do swojej pozycji - mają niezwykły talent do ignorowania nadchodzących rewolucji. Dopiero gdy fala przejdzie, zaczynają nerwowo uczyć się i gonić stracony czas i szanse. Retrospektywnie wszystko widać lepiej i wyraźniej, ale okazuje się, że i w czasach możliwego wyboru byli sygnaliści wskazujący na szanse, zagrożenia i możliwe rozwiązania. Ich głos był jednak wołaniem na puszczy.

Jednym z najbardziej symbolicznych przykładów takiej przegapionej szansy jest historia Poczty Polskiej i paczkomatów. To opowieść o instytucji, która miała wszystko, by stać się liderem nowej epoki: infrastrukturę z licznymi punktami pocztowymi w całej Polsce, zaufanie społeczne, skalę działania, mnóstwo klientów. Zabrakło tylko jednego - zdolności, by zobaczyć, że świat właśnie skręca w inną stronę. Że przyszłość nie jest przedłużenie teraźniejszości a zwłaszcza wczorajszości. Paczkomaty to innowacja, której Poczta Polska nie zauważyła.

Przez dziesięciolecia Poczta Polska była monopolistą. Listy płynęły szerokim strumieniem, paczki również, a rynek wydawał się stabilny. Sam wysyłałem w dzieciństwie i młodości wiele listów i kartek świątecznych. Ale gdy handel elektroniczny (e‑commerce - kupowanie i sprzedawanie towarów lub usług przez internet, za pomocą urządzeń elektronicznych, takich jak komputery, smartfony czy tablety, zamiast tradycyjnych sklepów stacjonarnych) zaczął rosnąć, zmieniły się potrzeby klientów: chcieli odbierać przesyłki o dowolnej porze, bez kolejek, bez czekania na kuriera, bez stania w kolejce przy pocztowym okienku. To był moment, w którym instytucja publiczna mogła wykorzystać swoją przewagę. Jeszcze wcześniej sukcesywnie ale konsekwentnie papierowe listy zastępowane były pocztą elektroniczną. A potem komunikacja w mediach społecznościowych i z wykorzystaniem telefonicznych smsów. To działo się powoli i długo. Kierunek był jednak widoczny i przewidywalny. To nie stało sie nagle jak uderzenie planetoidy.

Poczta Polska nie była instytucją o dużym (lub nawet średnim) potencjale innowacyjności. Paczkomaty powstały poza Pocztą - w firmie, która nie miała ani tradycji, ani infrastruktury, ale miała coś innego: wyobraźnię i gotowość do ryzyka. Gdy Poczta Polska zorientowała się, że świat poszedł w inną stronę, było już za późno. Konkurencja zdążyła zbudować sieć, przyzwyczajenia klientów i cały ekosystem usług.

To nie jest historia o złej woli. To historia o instytucji, która nie potrafiła zobaczyć, że jej świat właśnie się kończy. Czy uniwersytety powtórzą ten sam błąd? Dziś podobny moment nadchodzi dla polskich uczelni wyższych. Na korytarzach jest już pokolenie Zetek a powili pojawia się zupełnie nowa generacja - pokolenie Alfa. Studenci, którzy:
  • dorastali w świecie natychmiastowego dostępu do wiedzy,
  • uczą się poprzez działanie, nie poprzez bierne słuchanie,
  • oczekują interaktywności, personalizacji i sensu,
  • traktują technologię jak naturalne środowisko,
  • a edukację jak usługę, a nie rytuał.
Tymczasem wiele uczelni wciąż działa tak, jakby nic się nie zmieniło. Jakby studenci nadal byli tacy sami jak dwadzieścia lat temu. Jakby wykład ex cathedra był nieśmiertelną formą, a sylabus — świętym dokumentem. Jakby świat nie przyspieszył. Możemy narzekać, że studenci są niedojrzali i nie gotowi na wysiłek, że powinni mieć większa motywację. Tak, tylko to tak samo nieskuteczne jak narzekanie, że ludzie teraz nie piszą listów tak jak kiedyś. A powinni, bo przecież pismo odręczne bardziej rozwija mózg. 

To właśnie tutaj zaczyna się ryzyko przegapienia szansy. Bo jeśli uczelnie nie dostrzegą, że zmienia się model uczenia się, to powstaną inne rozwiązania. Już powstają: platformy edukacyjne, bootcampy, mikrokursy, społeczności uczące się, hybrydowe modele mentoringowe, mikropoświadczenia. Przyroda nie znosi pustki, a edukacja tym bardziej. Spośród wielu uczelni wyższych nieliczne już coś zmieniają. Ponadto powstają zupełnie nowe inicjatywy pozauczelniane. Warto przypomnieć, że współczesne uniwersytety wyrosły po rewolucji humboldtowskiej. Wilhelm von Humboldt był człowiekiem spoza środowiska uniwersyteckiego. Być może teraz też zasadniczy impuls do zmian przyjdzie z zewnątrz?

Na początku XIX wieku Europa była w stanie głębokiego wstrząsu. Wojny napoleońskie, upadek dawnych porządków, narodziny nowoczesnych państw. Wszystko to tworzyło atmosferę, w której stare instytucje zaczynały tracić swoją oczywistość. W Prusach, osłabionych militarnie i politycznie, pojawiła się potrzeba gruntownej reformy państwa. Właśnie wtedy na scenę wchodzi Wilhelm von Humboldt - lingwista, filozof, polityk, a przede wszystkim wizjoner edukacji.

Humboldt nie chciał jedynie ulepszyć istniejących szkół wyższych. On chciał je wynaleźć na nowo. W 1810 roku powołał do życia Uniwersytet Berliński, który stał się laboratorium nowej idei - uniwersytetu jako wspólnoty wolnych badaczy. To była rewolucja nie tyle organizacyjna, ile mentalna. W centrum tej wizji stała jedność badań i nauczania. Student nie miał być biernym odbiorcą wykładów, lecz uczestnikiem procesu odkrywania. Profesor nie miał być urzędnikiem przekazującym wiedzę, lecz badaczem, który zaprasza młodych ludzi do wspólnego poszukiwania prawdy. To właśnie wtedy narodziły się seminaria, doktoraty, nowoczesne laboratoria, czyli wszystko to, co dziś uważamy za oczywiste elementy życia akademickiego.

Drugim filarem była wolność: wolność nauczania (Lehrfreiheit) i wolność uczenia się (Lernfreiheit). Humboldt wierzył, że prawda nie rodzi się w systemie nakazów i kontroli, lecz w przestrzeni swobodnej debaty. Uniwersytet miał być miejscem, gdzie myśl może rozwijać się bez presji politycznej, ekonomicznej czy ideologicznej. To idea, która do dziś stanowi fundament autonomii akademickiej.

Trzecim elementem była koncepcja kształcenia całościowego (Bildung). Uniwersytet nie miał produkować specjalistów, lecz ludzi zdolnych do samodzielnego myślenia, odpowiedzialności i rozumienia świata. W tym sensie Humboldt stworzył model edukacji, który wykraczał daleko poza pragmatykę rynku pracy. Chodziło o formowanie człowieka, nie tylko fachowca. Rewolucja Humboldta szybko rozprzestrzeniła się po Europie i świecie. Stała się wzorcem dla nowoczesnych uniwersytetów - od Warszawy po Harvard. Przez ponad dwieście lat to właśnie humboldtowski ideał wyznaczał kierunek rozwoju szkolnictwa wyższego.

Dziś, w epoce gwałtownych przemian technologicznych i społecznych, coraz częściej mówi się o kryzysie tego modelu. Choć w pogoni za korporacyjnością sporo straciliśmy z wolności otwartej debaty i formowania człowieka zamiast tylko fachowca. Ale niezależnie od tego, jak będą wyglądały przyszłe instytucje edukacyjne, jedno pozostaje pewne: Humboldt stworzył uniwersytet, który po raz pierwszy w historii uczynił wolność, badania i rozwój człowieka swoim rdzeniem. I to właśnie ta idea, choć wielokrotnie reinterpretowana, wciąż stanowi punkt odniesienia, gdy zastanawiamy się, czym edukacja powinna być w świecie, który nieustannie się zmienia

Uniwersytet Humboldtowski pojawił się na początku epoki przemysłowej. Teraz pojawia się kolejna zmian cywilizacyjna i gospodarcze, zmienia się cały świat i forma edukacji. I tu pojawia się perspektywa sygnalisty. Kogoś, kto widzi zmianę wcześniej, ale mówi w próżnię. „Jako sygnalista czuję, że moje wołanie to wołanie na puszczy. W wielu miejscach toczy się dyskusja, podejmowane są różne próby. Jedne uczelnie próbują śmielej i szybciej, inne mniej. Moja marnie. Czuję się jak szykanowany sygnalista. Bo po co piszę i mówię, przecież zły to ptak, co gniazdo swe kala itp.”

To doświadczenie nie jest jednostkowe. W wielu uczelniach osoby, które mówią o potrzebie zmian, są traktowane jak kłopotliwi marzyciele. Jak ci, którzy „psują atmosferę”, bo przypominają, że świat nie stoi w miejscu. Zamiast otwartej debaty pojawiają się mniej lub bardziej zawoalowane  ostrzeżenia, że „w rektoracie pilnie śledzą te wypowiedzi”. Zamiast przestrzeni do rozmowy pojawia się cisza, w której łatwo o zniechęcenie. a na pewni nie jest to klimat rodzący innowacyjność. A przecież uniwersytet powinien być miejscem, gdzie dyskusja jest nie tylko możliwa, ale wręcz konieczna. Miejscem, gdzie różne wizje ścierają się w twórczym sporze. Tymczasem brakuje przestrzeni, zarówno analogowych, jak i cyfrowych, w których można rozmawiać o przyszłości edukacji bez lęku i autocenzury.

W biznesie sprawa jest prosta: jeśli rynek odchodzi od butów i chce sandałów, firma ma wybór - dostosować się albo zniknąć. W edukacji mechanizm jest podobny, choć wolniejszy. Uniwersytety przeszły już jedną wielką transformację na początku epoki przemysłowej. Teraz nadchodzi kolejna. I znów jedne instytucje się przekształcą, inne zwiędną, a jeszcze inne zostaną zastąpione przez zupełnie nowe formy uczenia się. I znów będzie Poczta Polska i InPost oraz spóźnieni naśladowcy z paczkomatami.

To nie jest katastroficzna wizja. To naturalny proces. Przyroda nie znosi pustki. W tej wolnej luce wyrośnie coś nowego. Jeśli uczelnie sensownie nie zareagują, powstaną edukacyjne „paczkomaty” - rozwiązania, które wypełnią lukę szybciej, taniej i skuteczniej. I wtedy tradycyjne instytucje będą próbowały gonić rynek, tak jak Poczta Polska próbuje dziś gonić InPost.

Czy jeszcze mamy czas? Tak. Ale nie dużo. Edukacja ma wymiar globalny i dzięki internetowi można studiować daleko, bez częstego ruszania się z miejsca. To w czasie pandemii na dużą skalę odkryliśmy, że można być w miejscu pięknym przyrodniczo i realizować pracę zdalną gdzieś w metropolii, zwłaszcza w zakresie zarządzania i nadzoru. Odnosi się to także do edukacji i rozrywki.

Zmiana nie polega na kupieniu nowej platformy e‑learningowej ani na wprowadzeniu obowiązkowych szkoleń z metodyki. Chodzi o głęboką przemianę kultury dydaktycznej:
  • od transmisji do współtworzenia,
  • od hierarchii do partnerstwa,
  • od kontroli do zaufania,
  • od stabilności do eksperymentowania.
Nie na co po próżnicy wylewać łez nad „wyciekaniem” studentów. Pokolenie Alfa nie będzie czekać, aż uczelnie się obudzą. Jeśli nie znajdzie sensu i jakości w tradycyjnych instytucjach, pójdzie tam, gdzie ten sens i jakość będą dostępne. Tak jak klienci poszli do paczkomatów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz