10.01.2026

Uprawa ogrodu, czyli o tym, jak starzeją się pomysły dydaktyczne



Z dydaktyką jest trochę tak, jak z uprawą roli czy pielęgnacją przydomowego ogródka. Z boku może się wydawać, że to jedynie powtarzalne cykle takich samych pór roku. Jednak każdy, kto choć raz ubrudził sobie ręce ziemią wie, że co roku trzeba orać i siać od nowa. Dydaktyka akademicka i szkolna to niby kontynuacja tej samej opowieści, ale jednak za każdym razem zaczynamy w zupełnie innych warunkach "pogodowych”. Na dodatek ciągle zmienia się klimat, powoli ale jednak, za sprawą globalnego ocieplenia Ziemi. W odniesieniu do dydaktyki zmienia się  globalny "klimat" cywilizacyjny. Zmienia się pogoda intelektualna naszych studentów, mamy do dyspozycji inne "nasiona" technologii, a i „gleba” (kontekst społeczny), na którą padają nasze słowa jest inaczej użyźniona przez kulturę popularną. W zawodzie akademika najgorszym doradcą jest poczucie, że skoro raz coś zadziałało, będzie działać wiecznie. Że skoro już coś dopracowałem po kilku próbach i udoskonaleniach, to teraz będzie już znakomicie i „z górki”. Rutyna bywa bezpieczna, ale w edukacji jest ona często pierwszym krokiem do nudy i wyjałowienia relacji z uczniem czy studentem.

Wiele lat temu, mój kolega z czasów studenckich uczący w liceum, Przemek Kubiński opowiedział o swoim pomyśle wykorzystania wchodzącego wtedy na ekrany filmu „Park Jurajski”. W ramach lekcji biologii zabierał uczniów do kina na tenże właśnie film. Dlaczego? Bo uznał, że jest to dobra motywacja do nauki biologii. Od kina do lekcji w szkole. Kiedyś ten motyw był niczym świeży powiew wiatru, otwierał drzwi do wyobraźni młodych ludzi, sprawiając, że budowa zwierząt, ekologia i ewolucja, a nawet skomplikowane łańcuchy DNA stawały się namacalne i ekscytujące. Dzisiaj jednak ten pomysł dawno już spowszedniał i najzwyczajniej w świecie się wypalił. Dinozaury, niegdyś ekscytujące i groźne, stały się elementem codziennego szumu informacyjnego – od bajek na dobranoc, przez tysiące artykułów, aż po powtarzalne do znudzenia gry komputerowe. Dla dzisiejszego ucznia szkoły średniej, a tym bardziej studenta, odwołanie do Spielberga może brzmieć równie archaicznie, co dla mojego pokolenia wykład o budowie gramofonu. To, co niegdyś było genialnym wytrychem do głów młodzieży, dziś bywa postrzegane jako coś oklepanego, nudnego i wielokrotnie przetrawionego przez popkulturę. Po prostu pomysły się starzeją, tak jak rośliny w ogródku. Jest czas nowalijek, czas dojrzewania i czas zasychania.

To bolesna, ale konieczna lekcja pokory dla każdego dydaktyka. Musimy pogodzić się z faktem, że nasze najbłyskotliwsze metafory też mają swój termin przydatności do spożycia. Nie wystarczy raz sformułować dobry przykład i odcinać od niego kupony przez całą karierę. Uczniowie i studenci przychodzą do nas już „nasyceni” pewnymi obrazami, które dla nas wciąż wydają się nowoczesne, a dla nich są już elementem krajobrazu z dzieciństwa, który zdążyli porzucić. Dlatego właśnie bycie nauczycielem akademickim to stan ciągłego niepokoju twórczego. Wymaga on od nas nieustannego skanowania rzeczywistości i szukania nowych punktów styku z wrażliwością kolejnych roczników. Musimy być gotowi na to, by co sezon porzucać nasze ulubione narzędzia na rzecz tych, które być może mniej nam odpowiadają, ale za to potrafią przebić się przez mur obojętności współczesnego świata. Zawód nauczycielski wymaga nieustannej kreatywności. A to jest wyczerpujące.

Ten imperatyw ciągłego poszukiwania nie jest mi przecież obcy, ponieważ jako badacz wyrastałem w takim klimacie kreatywności i poszukiwania niepowtarzalnej oryginalności. W pracy ściśle naukowej przywykłem do tego, że nowość i kreatywność to nie wybór, ale warunek codziennej pracy i stylu zawodowego. Dlatego nawet nauczycielom szkolnym zalecać warto aktywność naukową, choćby w formie citizen science. Na każdą konferencję muszę przecież jechać z czymś świeżym i oryginalnym, a każda publikacja w czasopiśmie wymaga dostarczenia nowych danych lub przynajmniej świeżych, nieoczywistych interpretacji znanych już faktów. Nie można jechać na konferencję z raz już wykorzystanym referatem czy posterem. Tak jak nie można wysyłać do druku raz już opublikowanej pracy. Oryginalność jest duchem nauki, jej tlenem i paliwem, bez którego cały ten mechanizm po prostu by stanął. To właśnie z tego naukowego rygoru czerpię siłę do dydaktyki, choć obie te sfery – badawcza i nauczycielska – rządzą się nieco inną dynamiką. W nauce gonię za nieznanym, w dydaktyce muszę to nieznane ubrać w formę, która poruszy drugiego człowieka. Bo jak krzesać ma nauczycielka klas początkowych swój entuzjazm i swoje odkrywanie gdy po raz kolejny, w nowej klasie, wprowadza literę O? Lub gdy opowiada o prostych zjawiskach przyrodniczych? Ona to już doskonale zna, a dla uczniów jest to nowość i odkrycie. I oczekują spójności treści z emocjami nauczyciela. I spójności ze swoimi emocjami i swoją ciekawością.

To przekonanie towarzyszy mi za każdym razem, gdy staję przed wyzwaniem stworzenia nowego przedmiotu, czy to nowych dla mnie wykładów z przydzielonego urzędowo przedmiotu. Nigdy nie idę na skróty, zawsze buduję koncepcję od podstaw, starając się, by fundamenty były osadzone w tym, co tu i teraz. Nawet te „stare” przedmioty, które wykładam od lat, wymagają ode mnie regularnego wietrzenia i wpuszczania do nich nowego powiewu myśli. Czasem gruntownego przebudowania treści wykładów lub ćwiczeń. Nie da się uczyć o świecie, używając pożółkłych notatek czy starych prezentacji multimedialnych, bo studenci natychmiast wyczują brak zaangażowania. A jak zaciekawiać innych, gdy samemu nie jest się zaciekawionym? Udawać jak aktor na scenie? To wielka sztuka. Chyba prościej jest być oryginalnym i dzielić się najnowszymi odkryciami lub pomysłami dydaktycznymi. To odświeża tak jak jak nowa sukienka czy nowa koszula. Dydaktyka, podobnie jak nauka, musi czuć, czym aktualnie żyje świat, a my, wykładowcy, musimy być w tej teraźniejszości (kulturowej i poznawczej) głęboko zanurzeni.

Najważniejsze jest jednak to, by to zanurzenie było autentyczne i wynikało z bycia czynnym uczestnikiem debaty naukowej, a nie jedynie biernym czytelnikiem popularnych portali czy mediów społecznościowych. Różnica między akademikiem a „nauczycielem” polega właśnie na tym, że my bierzemy udział w procesie tworzenia wiedzy u źródła. Tylko będąc wewnątrz trwających właśnie badań, projektów i sporów metodologicznych, możemy przekazać studentom coś więcej niż suchy fakt – możemy przekazać im puls żywej nauki. To właśnie ta aktualność, poparta rzetelnym warsztatem badawczym, jest najlepszą odtrutką na starzejące się pomysły dydaktyczne i pozwala nam budować autorytet oparty na byciu „na bieżąco” w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Tyle, że trudno z nowościami zmieścić się we wcześniej opracowanych efektach kształcenia….

Ostatecznie więc dydaktyka okazuje się sztuką nieustannego pożegnania z tym, co jeszcze wczoraj wydawało się błyskotliwe. Naszym zadaniem nie jest budowanie pomników z wiedzy, lecz podtrzymywanie ognia, który wymaga ciągłego dokładania świeżego drewna. Jeśli sami przestaniemy płonąć ciekawością badacza, jeśli pozwolimy, by nasze metafory pokryły się kurzem wygodnictwa, staniemy się jedynie kustoszami w muzeum nieaktualnych idei. Prawdziwe nauczanie dzieje się w szczelinie między solidnym fundamentem teorii a drgającym tętnem współczesności. Tylko tam, gdzie nasza naukowa pasja spotyka się z autentycznym „teraz”, mamy szansę zasiać ziarno, które nie tylko wykiełkuje, ale przetrwa w umysłach studentów znacznie dłużej niż jeden sezon. Bo dydaktyka jest jak praca w ogrodzie z corocznym sianiem...

Być może w dydaktyce akademickiej ważniejsza jest nowość i aktualność niż utrwalone programy nauczania. Powinno być więcej wykładów i zajęć autorskich a mniej usztywnienia listą przedmiotów o ładniej brzmiących nazwach. Chyba największą wartością, nawet w XXI wieku, jest kontakt z autentycznym odkrywaniem niż encyklopedyczna wiedzą. Tę drugą łatwo znaleźć w książkach i internecie, a tej pierwszej nie znajdzie się nawet z narzędziami AI...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz