![]() |
| Widać dziurki, by wpiąć do segregatora formatu A5. |
Robiąc porządki znalazłem stare kartki, przygotowane do powielenia na ksero. Są widoczne na ilustracji wyżej. Dwie wersje z różnych lat. Łączy je to, że mają po 30-40 lat. Początek mojej pracy dydaktycznej na uczelni, gdy dostałem do prowadzenia zajęcia pt. „ćwiczenia terenowe ” dla studentów biologii. Głównym celem było pokazanie zoologii bezkręgowców i ekologii, by studenci zobaczyli obiekt biologiczny w jego naturalnym środowisku i dostrzegli zachodzące procesy. Było to jeszcze w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Olsztynie (w ubiegłym wieku). Chciałem czegoś więcej niż tylko wyjść ze studentami w teren i pokazywać im co żyje w wodzie, lesie i na łące. Chciałem im pokazać także to, jak notować. Tak jak ja notowałem i zbierałem informacje poznając świat biologiczny. Miał to być notatnik, który „myślał” razem z nami. Rodziła się modułowość i chciałem ją pokazać. Żeby poznali nie tylko tradycyjny notatnik w zeszycie. Jako świeżo wykształcony pedagog chciałem wdrażać karty pracy do zajęć terenowych. Wtedy to się zaczynało rozwijać i było modne i świeże.
Jest to więc opowieść o analogowych narzędziach terenowych i o tym, co warto ocalić. Na starych kartkach, które dziś wyglądają jak artefakty z innej epoki, widać cały ekosystem dawnej edukacji terenowej. Nie cyfrowy, nie zautomatyzowany, nie „w chmurze”. Bardziej „w plecaku”, „w kieszeni”, „w błocie”. Ilustracja, którą kiedyś narysowałem, była próbą uchwycenia tego świata. Świata, w którym notatnik terenowy był nie tylko narzędziem, ale sposobem myślenia. Była to też próba wdrażania notatek graficznych i to na długo zanim modne stały się skecznotki (rysnotki) i notowanie wizualne. I była to próba świadomego tworzenia swojej własnej pamięci zewnętrznej o modułowym charakterze.
Na pierwszej stronie widać coś w rodzaju mapy mentalnej: instrukcje, zeszyty, koperty, kartoteki, wycinki z gazety. Wszystko połączone strzałkami, jakby wiedza była żywym organizmem, który trzeba karmić, przewietrzać i czasem przyciąć. To graficzna instrukcja jak zbierać różne formy zapisanych kartek-notatek w jeden magazyn wiedzy terenowej. Jest więc deska z klipsem, wygodna do pracy terenowej i do notowania, są wycinki z gazet (wtedy nie było jeszcze ani Wikipedii ani powszechnie dostępnego internetu) a nawet gromadzone okazy, zbierane w terenie. Na rysunku zaznaczone są rośliny zielnikowe i liście. Ale to tylko przykład. Bo w terenie znaleźć można znacznie więcej. Jest wskazanie na kategoryzowanie notatek różnymi przekładkami oraz powiązanie z innymi zajęciami. Bo ćwiczenia terenowe nie miały być zajęciami dla samych siebie, ale miały łączyć różne działy biologii: botanikę, zoologię, fizjologię, ekologię itp. Jest i miejsce na wpinanie notatek otrzymywanych od prowadzącego w postaci treści powielonych na ksero. Wystarczy zrobić dziurkaczem dziurki i włożyć do swojego segregatorowego notatnika. A wykorzystać można także koperty (wygodne do gromadzenie niewielkich eksponatów) oraz foliowe koszulki jako swoiste pojemniki na drobiazgi.
Na drugiej kartce, wyraźnie już nieco późniejszej, widoczny jest komputer i drukarka. To wskazówka, że można dodawać treści znalezione w internecie lub przygotowane na komputerze. I widać nawet dyskietkę komputerową. Teraz to zabytek, znany jedynie z muzeów. To nie był chaos. To była modułowa logistyka analogowa. Taki roboczy prototyp terenowego zeszytu do ćwiczeń. Zanim dopracowałem, dostałem przydział na inne zajęcia. Po wielu latach znowu prowadzę ćwiczenia terenowe z zoologii bezkręgowców. Próbuję więc wrócić do starych pomysłów i przystosować je do współczesności. Do czasów, gdy studenci mają telefony komórkowe i łatwiej mogą notować przez robienie zdjęć.
A obok różnych kartek - koperta. Zwykła, papierowa, ale pełniąca rolę mobilnego archiwum na liście, pióra, próbki gleby, czasem coś, co miało być owadem, ale okazało się grudką błota, na muszle mięczaków, by zabrać i potem sprawdzić w domu lub bibliotece, posiłkując się specjalistycznymi książkami. Zeszyt do ćwiczeń - modułowy, elastyczny, żywy. Pomysł, który pozostał jedynie w początkowej wersji prototypowej. Co z tego warto zatrzymać w pierwszej połowie XXI wieku? Chyba ideę konektywizmu, która wtedy nieśmiało kiełkowała.
Na tych ilustracjach widać główny zamysł - techniczna anatomia narzędzia: kartki papieru (także papier makulaturowy lub kartki tylko z jednej strony zapisane), zeszyt z dziurkami, instrukcje, moduły, zestawy, testy. Cała infrastruktura dydaktyczna, która nie była gotowym produktem, lecz materiałem do budowania. Ten segregator (wtedy nowość) działał jak dzisiejszy system operacyjny: można było dopinać nowe moduły, usuwać nieaktualne, wstawiać własne schematy, doklejać artykuły z gazet, dodawać karty pracy z terenu, modyfikować wszystko według potrzeb nauczyciela i studenta. To była edukacja open source, zanim ktokolwiek wymyślił to pojęcie.
Notatnik terenowy nie miał GPS-u, ale miał pamięć miejsca. Nie miał synchronizacji w chmurze, ale miał ślady rzeki i zapach lasu. Nie miał backupu, ale miał drugą kopię w głowie. Był ciężki, czasem nieporęczny, ale dzięki temu - obecny. Towarzyszył w terenie, w autobusie, na schodach uczelni. Był częścią procesu, nie tylko jego zapisem. A przynajmniej taki był mój zamysł
Co warto ocalić z tej analogowej epoki? Nie chodzi o to, by wracać do papierowych zeszytów i dziurkaczy. To zadanie dla historyków nauki i szkoły. Chodzi o filozofię pracy, którą one reprezentowały: myślenie modułowe, a nie liniowe, tworzenie wiedzy, a nie tylko jej odbieranie, proces, a nie gotowy PDF, kontakt z rzeczywistością, a nie tylko z ekranem, notatki jako narzędzie refleksji, a nie tylko archiwizacji.
Bo notatki, te prawdziwe, żywe, tworzone w ruchu uczą nas czegoś, czego nie da się kliknąć. To refleksja, że wiedza powstaje stopniowo, warstwowo, w dialogu z miejscem, czasem i doświadczeniem. I to chyba wartko upgradejdować do rzeczywistości smartfonowej i ejajowej (z narzędziami AI). Modułowej notatki były przykładem myślenia, które istniała zanim przyszły komputery. Warto przypomnieć po raz kolejny, że notatki to nie tylko archiwizacja, lecz i sposób myślenia. To esencja epoki, w której segregator był naszym laptopem, a dziurkacz - kluczem do wiedzy budowanej samodzielnie. W czasach przedcyfrowych, gdy teren był bardziej błotnisty niż zmapowany, a student bardziej zmarznięty lub zmoknięty niż zalogowany, notatki powstawały stopniowo. Nie jako plik .docx, ale jako fizyczna struktura - modułowa, mobilna, żywa. Segregator z wpinanymi kartami był czymś więcej niż zbiorem papierów. To był "organizm" dydaktyczny, który rósł razem z nami. I był jakąś nowością w porównaniu do zwykłego zeszytu z niezapisanymi jeszcze kartkami. Tradycyjny zeszyt to liniowość i chronologia dodawanych zapisków. W segregatorze w każdym momencie można było reorganizować i dodawać w dowolnym miejscu. Jest więc w pewnym sensie nieliniowy.
Każda karta miała swoją historię. Jedna powstała na kolanie, druga na plecaku, trzecia w schronisku, gdzie herbata była gorąca, ale długopis już nie pisał. Za to zatemperowany ołówek sprawdzał się w każdych warunkach. Były tam schematy z zajęć, często rysowane na szybko, z błędami, które potem stawały się legendą grupy. Były artykuły z prasy, wycinki z gazet, kserówki, czasem z dziwnych źródeł, które dziś trudno zidentyfikować. Były i uzupełnione karty pracy z ćwiczeń terenowych, z zadaniami, które miały sens tylko w kontekście konkretnego lasu, rzeki czy koperty (tak, koperty też były narzędziem dydaktycznym). I były własne notatki z marginesami pełnymi dygresji, rysunków owadów, cytatów z wykładowców i osobistych komentarzy typu „tu było zimno i były pokrzywy”. I z zapamiętanymi anegdotami.
To nie był chaos. To był prekursor myślenia wielozadaniowego (multitasking) i konektywnego, system budowany warstwami, z przepływem informacji, z miejscem na korekty, uzupełnienia, refleksje. Każdy segregator był inny. Tak jak jest inny każdy notatnik studenta. Każdy był mapą myślenia, nie tylko zbiorem danych. Nie było „zapisz jako” - było „dopnij kartę”. Nie było „ctrl+f” - było „przekartkuj i przypomnij sobie, gdzie to było”. Nie było „backup w chmurze” - był „drugi segregator u kolegi i koleżanki, na wszelki wypadek”. Kiedyś mobilność była analogowa. Segregator jeździł z nami. Albo został w domu, a po powrocie był uzupełniany terenowymi notatkami z zajęć. Być może był ciężki, nieporęczny, ale prawdziwy. Nie rozładowywał się. Nie tracił zasięgu. Za to chłonął wilgoć, zapach lasu i zarodniki grzybów z plecaka.
Ten prototyp segregatorowego notatnika mocno przypomina mi, że edukacja to proces, a nie produkt. Dziś notatki często są gotowym PDF-em, który student pobiera, czasem nawet nie czytając. Wtedy były procesem twórczym, bo nie dało się inaczej. Każda karta była efektem myślenia, rozmowy, błędu, poprawki. To była dydaktyka w ruchu - nie tylko przekaz wiedzy, ale jej konstruowanie. I być może to właśnie warto ocalić od zapomnienia i ubrać w nowe, współczesne szaty. Szukam pomysłów by je wdrożyć już wiosną tego roku. Już nie segregator a smartfon i terenowy dziennik refleksji online. Można by powiedzieć, że to już przeszłość. Ale może warto wrócić do tej idei - nie jako nostalgii, ale jako metody myślenia. Bo notatki to nie tylko archiwizacja. To sposób, w jaki uczymy się świata.
Wyszedł mi tekst nieco nostalgiczny. Ale w moim odczuciu jest ważny dla historii dydaktyki terenowej. Te notatki‑wkładki do segregatorów były przecież czymś więcej niż tylko nośnikiem informacji. Tworzyły cały mikroświat praktyk: zapach papieru po deszczu, szybkie szkice wykonane w terenie, ślady błota na marginesach, a do tego poczucie, że wiedza powstaje tu i teraz, w kontakcie z rzeczywistością.
Teraz myślę jak przejść od segregatora do smartfona, czyli o nowej odsłonie tego samego procesu. Dziś nasz notatnik nie musi już szeleścić papierem. Może świecić ekranem. Może być w smartfonie, tablecie, laptopie. Zawsze pod ręką, zawsze zsynchronizowany, zawsze gotowy na kolejną myśl, zdjęcie, szkic, link czy nagranie głosu. Ale jego rola pozostanie ta sama: ma pomaga nam myśleć, porządkować, tworzyć i wracać do tego, co ważne. Współczesny notatnik cyfrowy to nie tylko miejsce zapisu. To narzędzie poszukiwania, przestrzeń pracy koncepcyjnej, laboratorium idei.
I być może znowu zostanie na etapie prototypu? Dawniej dopinaliśmy kartki do segregatora. Dziś dopinamy moduły cyfrowe: część do uzupełnień - czego chcemy się nauczyć, jakie pytania zadać, jakie kompetencje rozwijać, definicje - własne, przetworzone, nie te z podręcznika, zadania do wykonania - checklisty, mapy myśli, mikroprojekty, linki do artykułów, filmów, baz danych, prompty czyli współczesne odpowiedniki dawnych „instrukcji”, które pomagają nam myśleć, analizować, tworzyć. To wszystko układa się w cyfrowy segregator, który tak jak dawniej powstaje stopniowo, warstwowo, w rytmie naszej nauki i ciekawości.
Być może warto pomyśleć o notatniku jako osobistym dzienniku refleksji? Zapoczątkować proces poznawania tajników biologii. W świecie, w którym wszystko jest szybkie, notatnik cyfrowy może być miejscem spowolnienia. Można w nim: zapisywać refleksje po zajęciach, robić notatki z wykładów metodami aktywizującymi, tworzyć własne pytania, dokumentować proces uczenia się, prowadzić dziennik terenowy w wersji multimedialnej, z mapą, zdjęciem, nagraniem dźwięku. To nie jest już tylko zapis faktów. To osobisty ekosystem myślenia.
Tak jak kiedyś segregator był magazynem kserówek, szkiców i wycinków, tak dziś notatnik cyfrowy może stać się: repozytorium linków, zbiorem własnych definicji, katalogiem pomysłów, szkicownikiem projektów, archiwum zdjęć i nagrań z terenu, miejscem, gdzie wiedza jest nie tylko przechowywana, ale i przetwarzana. To nadal będzie praca modułowa - tylko medium się zmieni. Taki terenowy dziennik refleksji muszę wymyślić w szczegółach i go sprawdzić w działaniu. Nie, nie muszę. Chcę! Najbliższa okazji już w maju lub czerwcu. Mam czas na przygotowania.
Paradoksalnie, cyfrowy notatnik często kończy jako… analogowy. Kiedy projekt dojrzeje, kiedy moduły się ułożą, kiedy refleksje nabiorą kształtu to można: wydrukować, oprawić, zilustrować (cyfrowo lub analogowo) i nawet stworzyć e‑booka. Tak jak dawniej segregator stawał się osobistą kroniką, tak dziś cyfrowy notatnik może stać się książką własnego uczenia się. To samo motto, które prowadzi nas przez obie epoki: notatki to nie tylko archiwizacja, lecz i sposób myślenia. Niezależnie od tego, czy piszemy ołówkiem na kartce, czy rysikiem na tablecie czy stukamy w ekran, to notatki są narzędziem, które pomaga nam widzieć więcej, rozumieć głębiej i uczyć się świadomie.
Kiedy patrzę na dawne szkice notatników terenowych i zestawiam je z dzisiejszymi cyfrowymi narzędziami, widzę nie dwie epoki, lecz ciągłość jednego procesu. Zmieniają się formaty, zmieniają się media, ale potrzeba porządkowania świata jest ta sama. Dawniej robiło się to ołówkiem na papierowej kartce, dziś robi się to w aplikacji, która potrafi pomieścić tysiące stron. Jednak w obu przypadkach chodzi o to samo: o uważność, o refleksję, o własny sposób myślenia.
Notatnik - czy to segregator, czy smartfon - jest tylko narzędziem. Najważniejsze dzieje się między obserwacją a zapisem, między doświadczeniem a interpretacją. To tam rodzi się wiedza. Dlatego warto pielęgnować tę praktykę, niezależnie od technologii. Warto tworzyć moduły (tokeny?), dopinać kolejne warstwy, wracać do starych kart i budować nowe. Warto pozwolić, by notatnik - analogowy czy cyfrowy - był żywym organizmem, który rośnie razem z nami.
Bo na końcu i tak zostaje to samo przesłanie: notatki to nie tylko archiwizacja, lecz i sposób myślenia. A sposób myślenia jest czymś, co zawsze warto rozwijać - kartka po kartce, moduł po module, refleksja po refleksji.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz