30.01.2026

Jak to z sadzawką było…

Niezbyt typowa sadzawka wiejska, kilka lat po wykopaniu, północne Mazowsze.
 

Z sadzawką w tle żyłem przez całe niemal moje życie. Jako dziecko kąpałem się w wiejskiej sadzawce, potem takowe wielokrotnie widywałem w czasie wyjazdów terenowych i wycieczek mniej lub bardziej planowanych. W moich poczynaniach hydrobiologicznych wiele miejsca zajęły badania małych zbiorników wodnych, tych naturalnych i tych zbudowanych lub przekształconych przez działalność człowieka. Wielokrotnie stykałem się z różnymi klasyfikacjami takich zbiorników, ale w swoich pracach chyba nigdy nie posłużyłem się pojęciem i słowem „sadzawka”. W języku gdzieś istniała, w terenie się z takimi obiektami spotykałem, ale … nie dostrzegałem. Ani pojęciowo ani eksploracyjnie. Jakiś byt równoległy i utajony. Nauka, dla opisania ogromnej różnorodności zjawisk przyrodniczych, nie raz korzysta z potocznego słowotwórstwa by wykorzystać do budowania nowych pojęć i czytelnej klasyfikacji.

Hydrobiolodzy często mają problem z nazwaniem małych zbiorników z wodami stojącymi. Zwłaszcza z tymi naturalnymi. Bo ani to oczko (polodowcowe, wytopiskowe), ani staw. Bo staw to coś sztucznego, antropogenicznego. Okresowe zbiorniki wodne, te w krajobrazie pojeziernym i w dolinach rzecznych, też wymagają kilku słów opisu (wiosenny zbiornik okresowy śródpolny). Ogromna różnorodność genezy i wykorzystywania. Nawet z jeziorem nie jest sprawa łatwa. Ale to już zupełnie inna opowieść

O sadzawce usłyszałem niedawno w czasie ciekawego webinarium o zbiornikach pokopalnianych. Słowo „sadzawka” słyszałem w dzieciństwie, ale w typologii w swoich badaniach przeoczyłem i nigdy nie użyłem. Duża różnorodność pól semantycznych, często zachodzących na siebie. Dlatego trudno o wyrazistą i jednoznaczną klasyfikację. Skojarzyło mi się z dużymi modelami językowymi i sieciami neuronowymi, w których tokeny to wektory w wielowymiarowej przestrzeni znaczeń. Może nasze mózgi też posługują się pojęciami i słowami w jakiejś wielowymiarowej przestrzeni, tak jak te sieci neuronowe?

Zanim przejdę do sadzawek wspomnę jeszcze o jednym, hydrologicznym terminie. Kanał, kanałek jako nazwa wiejskiego stawku, sadzawki. Słyszałem tylko na Mazowszu Płockim, w Łukoszynie. Lokalna nazwa o niezrozumiałym dla mnie rodowodzie. Skąd ta nazwa „kanał” dla owalnego wiejskiego małego stawu? Były cztery, ułożone w linii prostej. Wyglądały na wykopane przez człowieka, zapewne dla celów hodowli ryb lub jako poidła dla bydła. W czasach mi znanym dwa z nich znajdowały się na posesjach prywatnych a dwa użytkowane były wspólnie przez całą wieś. Jeden, ten przy dawnym dworze, był mocno zanieczyszczony, pływały w nim tylko kaczki. Jakiś czas temu został zasypany i zamieniony w rabatę. W drugim, też mocno zeutrofizowanym, bez roślinności szuwarowej i typowo wodnej, o wodzie latem zielonej od zakwitów sinic, latem kąpała się wiejska dzieciarnia. Najmłodsi. Bo starsi chodzili na nieodległe jezioro w Józefowie (jakieś 3-4 km pieszo przez las). Te na posesjach prywatnych były czystsze, z roślinnością wodną (pamiętam rdestnice). Na zimę w jednym zatapiano beczki z ogórkami a latem łowiono ryby. Można je śmiało było nazwać wiejskimi stawami lub sadzawkami. Termin „kanał” ma już swoje pole semantyczne w hydrobiologii i hydrologii więc nie da się tej lokalnej nazwy wykorzystać. Pozostanie więc lokalną ciekawostką słowną o tajemniczej genezie.

Starym zwyczajem sięgnąłem do swojej podręcznej biblioteczki by sprawdzić co piszą o sadzawkach. Brak tego pojęcia w słowniku hydrobiologicznym i w kilku innych książkach z tej tematyki. Może by w rybackich jakichś była ta sadzawka? Ale takich książek nie miałem. Weekend, a więc biblioteki nieczynne. Pozostaje szukanie internetowe i wykorzystanie AI jako ulepszonej przeglądarki internetowej.

W krajobrazie Polski - od pojezierzy po doliny rzeczne, od torfowisk po dawne wyrobiska - istnieje niezwykłe bogactwo małych zbiorników wodnych. Choć często mijamy je bez większej refleksji, każdy z nich ma własną historię, genezę i potencjalnie różną rolę ekologiczną. Wspólnie tworzą mozaikę siedlisk, która wymyka się prostym definicjom i klasyfikacjom. Woda stojąca, choć pozornie statyczna, okazuje się światem dynamicznym, zróżnicowanym i pełnym subtelnych niuansów. Przynajmniej niuansów kulturowych.

Sadzawka to niewielki, zwykle sztuczny zbiornik, w którym wg niektórych interpretacji „osadza się” woda. Jej geneza tkwi w dawnych praktykach gospodarskich gromadzenia wody dla zwierząt, potrzeb gospodarskich (np. moczenie lnu), hodowli ryb, zbieraniu deszczówki (a więc mała retencja). To woda w przenośni udomowiona, wpisana w rytm wiejskiego obejścia. Choć prosta, stanowiła ważny element dawnego krajobrazu kulturowego. Taki kaczy dołek, najczęściej po latach silnie zeutrofizowany i o ubogiej roślinności.

Słowo „sadzawka” oznacza niewielki, płytki zbiornik wodny, zwykle sztuczny, wykopany przez człowieka. To pojęcie ma dość swojski, tradycyjny charakter i często kojarzy się z małym oczkiem wodnym przy domu lub w ogrodzie, płytkim zbiornikiem, w którym trzyma się ryby lub przebywa ptactwo domowe, miejscem, gdzie gromadzi się woda deszczowa, niewielką wodą stojącą, czasem naturalną, ale najczęściej utworzoną przez ludzi. Można powiedzieć, że sadzawka jest mniejsza i prostsza niż staw, a większa niż kałuża. O różnicach ze stawem napiszę nieco dalej.

Jaka jest etymologia słowa „sadzawka”? Rdzeń słowa to „sad-”, dokładnie ten sam, który mamy w czasowniku „sadzić”. W językach słowiańskich istniało dawne znaczenie czasownika sadzić w sensie „osadzać”, „umieszczać”, „wkładać”, a także „gromadzić wodę”. Usadówmy w stawie ryby, a będziemy mieć sadzawkę. Warto zauważyć, że w polszczyźnie mamy całą rodzinę wyrazów z tym rdzeniem. Osad – to, co „osiada” na dnie, osada – miejsce, gdzie ludzie się „osadzili”, sadzić – wkładać coś w ziemię, „osadzać” roślinę, sadza – osad z dymu. Wszystkie te słowa krążą wokół idei osadzania, zatrzymywania, gromadzenia. Można wywodzić od prasłowiańskiego *sěsti ‘siąść’, o pierwotnym znaczenie - powodować, że ktoś/coś gdzieś siedzi.

Można więc powiedzieć, że sadzawka to zagłębienie w gruncie, do którego zbierano wodę (przede wszystkim deszczową) po to, by można było „zasadzić” czy „posadzić” tam ryby, a więc umieścić je w utworzonym w ten sposób stawie. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że staw to coś zastawionego. To może być staw młyński (zastawiona woda by powstał zbiornik z woda, napędzającą koło młyńskie), staw rybny. W stawach hodowlanych ważny jest przepływ wody przez taki staw. Najczęściej więc jest to zbiornik „zastawionej” rzeczki czy strumienia lub rowami z takimi wodami bieżącymi połączony. Bobry też robią tamy i zastawiają przepływ wody, powstają więc stawy bobrowe. Funkcjonuje także pojęcie staw naturalny, czyby mały zbiornik wodny, o naturalnej genezie. Gdybyśmy chcieli wykorzystać te niuanse, wtedy sadzawka bałaby „stawem” bezodpływowym i bez zasilania ciekami (jako mały zbiornik wód stojących, zasilanych głównie deszczówką). A staw to zastawiony ciek wodny. Oba powiązane z hodowlą ryb i wykorzystaniem gospodarczym na wsi: poidło dla zwierząt, miejsca dla gęsi i kaczek.

Czasownik „sadzić” miał niegdyś znacznie więcej znaczeń niż dzisiaj. Obecnie kojarzy nam się z ogrodnictwem i rolnictwem. Sadzenie to umieszczanie sadzonych roślin zielnych lub drzew w gruncie. Jednak dawniej oznaczał nie tylko „zasadzać rośliny” (sad to miejsce, gdzie zasadzono drzewa owocowe), lecz także sadowić kogoś gdzieś. Stąd ludzka osada (osadzeni osadnicy). Mówi się także o sadzaniu kwoki czyli umieszczeniu kury na jajkach do wysiedzenia (wylęgnięcia się). Można także sadzać gości za stołem i chleb do pieca. Można zasiadać na urzędzie.

Sadzawka byłaby więc tym, co „osadza” wodę - zatrzymuje ją w jednym miejscu. I ma to związek z praktyką gospodarczą. W dawnych gospodarstwach sadzawki były: wykopanymi dołami, w których gromadzono wodę, miejscami do pojenia zwierząt, płytkimi zbiornikami do hodowli ryb, rezerwuarami wody deszczowej, miejscem dla pływania kaczek i gęsi domowych. Warto jeszcze wspomnieć o kontekście literaturowym z Biblii, np. Sadzawka Siloe, Sadzawka Ezechiasza czy Sadzawka Owcza (Betesda) w Jerozolimie. Niektórzy za synonimy sadzawki uważają: stawek, oczko wodne, jeziorko, bajoro. Ja upierałbym się, że są to terminy bliskoznaczne o zachodzących częściowo polach semantycznych.

Współcześnie małe przydomowe zbiorniki wodne mają znaczenie dekoracyjne i służą celom małej retencji oraz ochrony siedlisk wodnobłotnych. W miastach powstają ogrody wodne a przy domach jednorodzinnych, także w krajobrazie wielskim i podmiejskim, przydomowe, ozdobne oczka wodne, niewielkie z ogrodową hodowlą roślin, karpiami koi itp. Czasem specjalnie zakładane jako siedlisko rozrodu dla płazów. Ze wszystkich korzysta także przyroda.

Staw to raczej większy krewny sadzawki i powiązany z zastawieniem wody płynącej w celu spiętrzenia wód i utworzeniu większego zbiornika wodnego. Staw jest bardziej formalny i użytkowy. Może być rybny, parkowy, retencyjny a nawet bobrowy (czyli utworzony przez bobry). Zwykle sztuczny, ale często tak wtopiony w krajobraz, że wydaje się naturalny. W przeciwieństwie do sadzawki ma wyraźniejszą funkcję i większą skalę.

Kolejnym terminem, zbliżonym znaczeniowo do sadzawki jest oczko wodne, zarówno te polodowcowe (a więc powstałe naturalnie), jak i te ogrodowe, w zasadzie o pochodzeniu antropogenicznym. Oczko przydomowe to dekoracyjny element ogrodu: płytkie, niewielkie, zaprojektowane. Tymczasem oczko polodowcowe to naturalny relikt epoki lodowcowej - zagłębienie po bryle martwego lodu, wypełnione czystą wodą, często głębsze i trwałe czyli nie wysychające w ciągu lata. Małe jeziora też mogą mieć takie pochodzenie. Za jezioro uważa się ze względów utylitarnych zbiornik trwały o powierzchni powyżej 1 hektara. Oczko naturalne byłoby więc zbiornikiem o mniejszej powierzchni.

Mniejsza i mniej trwała od sadzawki jest kałuża czyli efemeryczny, mały zbiornik okresowy. Tworzy się po deszczach lub w czasie wiosennych roztopów. Kałuża jest najmniejsza (jeśli nie liczyć fytotelm z lasu deszczowego) i najbardziej ulotna. Powstaje po deszczu, znika po kilku godzinach lub dniach. Jej etymologiczne powiązanie z błotem (kal - pierwotnie w znaczeniu małe, błotniste miejsce z wodą) dobrze oddaje jej charakter: to woda chwilowa, mętna, zabłocona bo najczęściej widzimy ją na polnych drogach. Czasem także efemeryczny, podeszczowy lub roztopowy zbiorniczek śródpolny lub śródleśny. A jednak nawet kałuże bywają ważne dla owadów wodnych, ptaków, a nawet dla płazów. Z takich kałuż korzystają np. kumaki. Pokrewne słowa to kał – brud, nieczystość; kalać – brudzić, zanieczyszczać; kalny – mętny, brudny; kalec (dawniej) – błoto, brud. Wszystkie te formy krążą wokół obrazu mętnej, brudnej wody lub błota, co idealnie pasuje do kałuży jako niewielkiego, często błotnistego zbiornika po deszczu.

Jeziorko czyli miniatura jeziora. Mniejsze od jeziora, wielkości oczka wodnego czy stawu ale większe od sadzawki a tym bardziej od kałuży. Jeziorko jest naturalne, głębsze i bardziej malownicze. To małe jezioro, ale z pełnym zestawem cech: linią brzegową, roślinnością wopdną. W przeciwieństwie do stawu nie jest dziełem człowieka, uznajemy, że powstało naturalnie.

Bajoro to mała woda stojąca o złej reputacji. Bajoro to zbiornik naturalny, ale nacechowany pejoratywnie. Mętna, stojąca woda, muliste dno, zapach zastoju. Język zdradza tu ludzką ocenę: bajoro to „niechciana” woda, choć przyrodniczo może być cennym siedliskiem. A jeśli do bajora "posadzić” ryby, to czy stanie się automatycznie sadzawką?

Jest jeszcze jedne termin – młaka, mokradło bez tafli wody. Młaka nie jest zbiornikiem w klasycznym sensie. To miejsce, gdzie woda przesącza się przez podłoże, tworząc miękką, nasiąkniętą przestrzeń. Związana jest ze źródłami, źródliskami. Miejsce wysięku wód podziemnych. Teren jest podmokły, woda jest tu obecna, ale nie jest widoczna w formie lustra otwartej wody. Ma jednak specyficzną florę i faunę źródliskową.

Rozlewisko to woda w ruchu, choć stojąca. Rozlewisko powstaje, gdy rzeka wylewa poza swoje koryto. Może być płytkie, szerokie, sezonowe lub trwałe. To woda stojąca tylko pozornie i okresowo, w rzeczywistości jest częścią dynamicznego systemu doliny rzecznej. Ale pojawia się zazwyczaj okresowo. Z kolei starorzecze można w przenośni nazwać pamięcią dawnej rzeki. Starorzecze to dawne zakole rzeki, odcięte od nurtu. Zazwyczaj na kształt podkowy, własną hydrologię i bogactwo życia. Ma charakter stały (woda jest przez cały rok, jak w stawie czy oczku wodnym). To naturalny zbiornik, który powstał dzięki meandrowaniu rzeki. Z czasem zarasta, torfieje, zmienia się. Jest żywym archiwum procesów fluwialnych.

Wróćmy do małych zbiorników wodnych o pochodzeniu antropogenicznym. Glinianka to zalane wyrobisko gliny. Zbiornik antropogeniczny, często głęboki, o stromych brzegach. Z czasem naturalizuje się, stając się siedliskiem płazów, ptaków i roślin wodnych. To przykład, jak przyroda potrafi odzyskać przestrzeń. Sporo takich zbiorników na obrzeżach dawnych miast średniowiecznych, na terenach wiejskich lub w pobliży dawnych cegielni. Jeśli są na wsi, to mogą pełnić funkcje także sadzawki z rybami, poidłem dla zwierząt czy być wiejskim kaczym dołkiem. Należy do zbiorników poeksploatacyjnych, obok zbiorników po wydobyciu kredy jeziornej, torfianek, zbiorników w żwirowniach, kamieniołomach itp.

Torfiankę moglibyśmy poetycko nazwać siostrą glinianki z krainy torfowisk. Torfianka powstaje po wydobyciu torfu. Woda wypełnia zagłębienie w podłożu torfowym, tworząc kwaśny, ubogi w składniki odżywcze zbiornik. To mikrosiedlisko torfowiskowe, często z rosiczkami, wełniankami i torfowcami.

Nie wyczerpałem całej różnorodności słownej jak i zróżnicowania przyrodniczego oraz genezy małych zbiorników wodnych. Można by przecież wspomnieć o basenach, zbiornikach przeciwpożarowych, małych zbiornikach retencyjnych przy autostradach i drogach szybkiego ruchu. Na koniec wspomnę jeszcze o naturalnych zbiornikach okresowych krajobrazu pojeziernego. Można je nazwać oczkami wiosennymi, śródpolnymi i śródleśnymi z charakterystycznymi skorupiakami takimi jak przekopnice, zadychry czy dziwogłówki. W krajobrazie pojeziernym i dolinach rzecznych wiosną pojawiają się zbiorniki, które latem znikają. To oczka wiosenne — efemeryczne, ale kluczowe dla płazów i bezkręgowców. Ich istnienie jest krótkie, lecz powtarzalne, wpisane w rytm roku.

Wśród opisanych form część jest naturalna (jeziorko, starorzecze, młaka, bajoro, oczko polodowcowe, rozlewisko), a część antropogeniczna (sadzawka, staw, glinianka, torfianka, oczko ogrodowe, basen). Jednak granice te bywają płynne. Glinianki i torfianki szybko stają się siedliskami o wysokiej wartości przyrodniczej. Stawy mogą dziczeć, a naturalne oczka mogą być pogłębiane lub regulowane przez człowieka.

Ta wielka różnorodność wymyka się prostej klasyfikacji. Próba uporządkowania tych form pokazuje, jak bardzo złożony jest świat małych wód. Każdy zbiornik ma własną historię, dynamikę i rolę ekologiczną. Niektóre są trwałe, inne efemeryczne. Jedne powstały naturalnie, inne dzięki pracy człowieka, ale wszystkie podlegają tym samym procesom: zarastaniu, zamulaniu, parowaniu, sukcesji. Wielka różnorodność tych obiektów sprawia, że żadna prosta klasyfikacja nie oddaje ich bogactwa. Woda stoi, ale życie w niej i wokół niej jest w ciągłym ruchu. To właśnie ta zmienność i niejednoznaczność czynią małe zbiorniki wodne jednym z najbardziej fascynujących elementów krajobrazu.

27.01.2026

Z AI jest jak z podróżami – kształcą, ale tylko przygotowanych i wykształconych

 

Znacie powiedzenie, że podróże kształcą? A znacie rozszerzenie i ciche dopowiedzenie, że kształcą tylko przygotowanych, ciekawych świata i już wykształconych? Bo ten, który już coś wie, jest przygotowany na doświadczenia, na nowość, na dostrzeganie tego, co pozornie zwykłe, na połączenie nowości z tym, co już w swojej głowie ma. Podróże kształcą, gdy włączają nowe informacje do już istniejącej struktury. Tylko tę strukturę trzeba już mieć. Czyli trzeba już być choć trochę wykształconym. Do każdej podroży warto się przygotować, wcześniej poczytać, zbudować sobie już jakąś podstawową wiedzę. Temu, który już coś ma, będzie dodane. Podobnie jest z wykorzystaniem AI w dydaktyce. Sztuczna inteligencja pomaga, ale tylko tym przygotowanym i już co nieco wykształconym. Od zera nic szybko i dobrze nie powstanie. To tylko iluzja, że jest jakieś cudowne narzędzie (stoliczek „nakryj się”), które za nas wszystko zrobi.

Zacznijmy jednak od podróży. Powiedzenie „podróże kształcą” to jeden z tych frazesów, które słyszymy tak często, że czasem przestajemy zastanawiać się nad ich głębią. W rzeczywistości nie chodzi tylko o oglądanie ładnych zabytków, ale o fundamentalną zmianę w sposobie myślenia. Oto jak możemy rozumieć to stwierdzenie na kilku płaszczyznach. Po pierwsze to nauka przez doświadczanie. To zupełnie co innego przeczytać o rzymskim Koloseum w podręczniku, a co innego stanąć w jego cieniu. Czym innym jest przeczytać o mandragorze a czym innym jest ją zobaczyć, rosnącą w ziemi. Podróże zamieniają suchą teorię w żywą wiedzę. Wtedy historia i sztuka stają się namacalne. Także przyroda i jej rozumienie. Kształcimy się również w aspekcie języka. Nauka „w locie”, gdy musisz zapytać o drogę lub zamówić posiłek, jest wielokrotnie skuteczniejsza niż w szkolnej ławce wkuwanie gramatyki. Bo jest to wykorzystanie w praktyce, od zaraz.

Po drugie to rozwój kompetencji miękkich. Podróżowanie (zwłaszcza niskobudżetowe lub w pojedynkę) to nieustanny trening umiejętności życiowych. Uczy zaradności. Rozwiązanie problemu odwołanego lotu czy zgubienia się w obcym mieście uczy opanowania. Szybkie dostosowywanie się do nowych warunków, walut i zwyczajów buduje psychiczną elastyczność. Uczy adaptacji do aktualnych warunków. I uczy rozmowy z innymi, dostrzega nie ich, poznawanie.

Po trzecie jest to rewizja własnych przekonań. Na przykład w ubiegłe wakacje byliśmy we Francji. Jechaliśmy z przekonaniem (stereotypem), że Francuzi nie mówią po angielsku i trudno będzie z płatnością mobilną z wykorzystaniem kart bankomatowych. Było zupełnie inaczej, wszędzie sie dogadaliśmy bez znajomości francuskiego a kartą płaciliśmy nawet na lokalnym ryneczku. To chyba najcenniejszy aspekt edukacyjny podróży. Kiedy opuszczamy swoją „bańkę”, zauważamy, że nasz sposób życia nie jest jedynym właściwym, że stereotypy o innych narodach często mijają się z prawdą i że empatia rośnie, gdy widzimy codzienne zmagania ludzi w innych częściach świata.

Jest jeszcze po czwarte. Dotyczy poznawania samego siebie. W nowym otoczeniu, gdzie nikt nas nie zna i nie ma oczekiwań wobec nas, łatwiej jest odkryć, kim naprawdę jesteśmy, łatwiej jest odkryć nasze mocne i słabe strony. Podróże pokazują nam nasze granice – co nas fascynuje, a co przeraża, jak jesteśmy wytrzymali lub wręcz przeciwnie. Czy potrafimy poradzić sobie bez smartfonu, który akurat się zepsuł?

Czy podróże zawsze kształcą? Warto dodać małe „ale”. Podróże kształcą tylko wtedy, gdy jesteśmy na to otwarci. Trzeba więc chcieć. Turysta widzi to, co chce zobaczyć (często nie wychodząc poza hotelowy bufet). Podróżnik patrzy, słucha i próbuje zrozumieć. Świat jest książką i ci, którzy nie podróżują, czytają tylko jedną stronę”  (św. Augustyn). Podróże uczą nas pokory i uświadamiają nam, jak ogromny jest świat i jak mały (choć ważny) jest nasz wycinek rzeczywistości.

Tradycyjne porzekadło „podróże kształcą” jest uproszczeniem, które w dobie masowej turystyki niemal straciło na aktualności. Aby podróż stała się procesem edukacyjnym, a nie tylko konsumpcją przestrzeni, widoków i "punktów obowiązkowych", musi zaistnieć synergia między otwartością poznawczą a uprzednim przygotowaniem. Można przejechać cały świat i wrócić z niego z dokładnie tym samym zestawem uprzedzeń, z którym się wyjechało. Można podróżować daleko i zapamiętać tylko lotnisko oraz hotelowy basem. Można podróżować blisko a zobaczyć i doświadczyć bardzo wiele.

Kształcenie w podróży przypomina proces nakładania nowej wiedzy na już istniejącą siatkę pojęciową. Jeśli podróżnik nie zna kontekstu historycznego odwiedzanego miejsca, wtedy dla niego architektura pozostanie dla niego jedynie „ładnymi budynkami”. Jeśli nie posiada w sobie ciekawości, czyli gotowości do zadawania pytań „dlaczego?” i „jak?” – każda inność kulturowa będzie postrzegana jako dziwactwo, a nie jako alternatywne rozwiązanie ludzkich problemów czy pragnień.

Przygotowanie to swoisty „fundament pod budowę”. Pozwala ono dostrzec niuanse: zrozumieć, że barok w Wilnie różni się od tego w Rzymie z konkretnych przyczyn politycznych czy surowcowych. Tak jak zamki na Loara od zamków w dawnym państwie krzyżackim. Ciekawość z kolei jest silnikiem, który pcha nas poza główne szlaki turystyczne. Podróż kształci tylko wtedy, gdy staje się dialogiem między naszą wiedzą a nowym doświadczeniem. Bez tego dialogu pozostaje jedynie monologiem naszych dotychczasowych przekonań na tle egzotycznej scenografii.

Podobnie jest z narzędziami sztucznej inteligencji, o których słyszymy jakie to cudowne narzędzia, wszystko-potrafiące-i robiące-za-ciebie. Niczym turystyczne wieże Eiffla i egipskie piramidy. Wszyscy tam jeżdżą. Także jako nauczyciele (nie tylko akademiccy) stoimy dziś przed nowym rodzajem podróży – eksploracją możliwości, jakie daje generatywna sztuczna inteligencja (AI, gen AI). Tutaj analogia do podróżowania jest uderzająco trafna. AI kształci, ale tylko przygotowanych, pomaga, ale tylko już wykształconym. To nie jest cudowna lampa Aladyna z magicznym dżinem.

Podobnie jak wyjazd do obcego kraju nie zrobi z nas ekspertów bez znajomości podstaw geografii, tak samo AI nie stworzy za nas wartościowego scenariusza zajęć, jeśli sami nie rozumiemy materii dydaktycznej. Potrzebny jest fundament merytoryczny, Aby AI pomogło nam w dopracowaniu instrukcji do ćwiczeń, musimy najpierw wiedzieć, jaki efekt uczenia się chcemy osiągnąć. AI potrafi generować treści przekonujące, ale błędne (tzw. halucynacje). Tylko „przygotowany podróżnik” – czyli nauczyciel z solidną wiedzą – jest w stanie wyłapać te nieścisłości i skierować dialog na właściwe tory.

AI może być efektywnym partnerem w procesie ideacji. Może zaproponować dziesięć różnych metafor wyjaśniających trudne zagadnienie fizyczne lub zasugerować nieoczywiste case study do analizy na jakimś biologicznym przedmiocie nauczania. Jednak to nasza ciekawość pozwala nam drążyć temat głębiej. Zamiast prosić o „plan zajęć”, prosimy o „zaproponowanie kontrargumentów do tezy X, które zmuszą studentów do krytycznego myślenia”. Zamiast gotowca, szukamy inspiracji do stworzenia autorskiej instrukcji, którą AI pomoże nam jedynie sformatować, uprościć lub wzbogacić o brakujące ogniwa logiczne.

W podróży to, co wyniesiemy z rozmowy z lokalsem, zależy od tego, jak sformułujemy pytanie. W pracy z modelem językowym (LLM) jest identycznie. W pracy z AI trzeba umieć zadawać właściwe pytania. Na przykład „Przygotuj mi zadania” to złe pytanie. „Stwórz zestaw zadań problemowych dla studentów II roku medycyny, uwzględniając najnowsze wytyczne dotyczące etyki badań klinicznych” – to pytanie przygotowanego wykładowcy. Praca z AI to nie wypełnianie formularza, lecz proces sokratejski. Dopytywanie, korygowanie, proszenie o zmianę tonu czy perspektywy to klucz do uzyskania materiałów, które realnie podniosą jakość naszych zajęć. A na końcu i tak pozostaje nasza ocena uzyskanych materiałów.

Dopiero po trzech latach czytania, próbowania i eksperymentowania zauważyłem, że AI pomaga mi pisać i przygotowywać narzędzia dydaktyczne. AI, podobnie jak podróż, nie zastąpi myślenia – ona je multiplikuje. Dla nauczyciela nieprzygotowanego będzie jedynie „generatorem papki tekstowej”, ubranej w ładnie wyglądające zdania. Dla nauczyciela przygotowanego, ciekawego i potrafiącego prowadzić dialog, stanie się wydajnym laboratorium dydaktycznym.

AI nie jest cudownym i magicznym artefaktem, gdzie po wypowiedzeniu magicznego zaklęcia „Sezamie otwórz się” lub „stoliczku nakryj się”, szybko i bez wysiłku dostaniemy unikalny skarb. Bez pracy nie ma kołaczy, a bez wysiłku nie na efektów. Gdyby było inaczej to 8 miliardów ludzi szybko by z AI skorzystało i bylibyśmy zasypani genialnymi opowieściami, scenariuszami i instrukcjami ćwiczeń czy podręcznikami. Zawsze jest jednak kontekst miejsca i czasu. Można marzyć o tym, że AI zrobi szybko i łatwo za nas. Ale i tak kończymy na żmudnej i trudnej pracy. Wszystko co proste i łatwe już zostało zrobione. Dla nas pozostały te trudniejsze rzeczy.

26.01.2026

Podanie o ocenę, czyli mój kolejny krok we wdrażaniu oceny kształtującej

Podróże kształcą, ale tylko tych przygotowanych i wykształconych.
 

Przez lata wystawianie ocen było dla mnie czymś tak oczywistym jak budowanie domku przez chruścika, czyli procesem nieco tajemniczym, ale niepodlegającym negocjacjom. Nie lubię wystawiania ocen, egzaminów czy kolokwiów w formie testów itp. Dlaczego? Bo mam wątpliwości czy jestem wzorcem z Sevres, czyli czy moja wiedza jest najlepszym punktem odniesienia. Bo przecież czy to w układaniu testu, czy sprawdzaniu pisemnych, czy ustnych odpowiedzi studencką wiedzę porównuję z tym, co ja sam wiem i co wcześniej sam zawarłem w sylabusie oraz sformułowanych efektach kształcenia. Jestem samokrytyczny i nie uważam, że to ja mam 100% racji. Świat się bardzo szybko zmienia, zarówno w zakresie wiedzy jak i metod dydaktycznych. Student robi, ja oceniam, wpisuję do systemu, klikam „zatwierdź” i gotowe. W papierach wszystko się zgadza i jest poprawnie do wszelkich sprawozdań. A jednak ja zostaję z wątpliwościami. Bo wiem, że nie jest łatwo obiektywnie ocenić aktualną wiedzę studenta z danej dyscypliny jak i to, że ważna jest nie tylko wiedza lecz i umiejętności oraz postawy (kompetencje). Nie wszystko da się łatwo i szybko zmierzyć.

Dlatego właśnie poszukuję nowych metod. Już nie wiem gdzie i jak spotkałem się z pomysłem oceniania kształtującego i tego, by student sam się ocenił. By pracował nie dla ocen lecz dla siebie i swojej wiedzy. Wtedy nie będzie oszukiwał, ściągał ani inaczej kombinował dla uzyskania krótkotrwałego i powierzchownego efektu. Gdy usłyszałem o takich pomysłach z samooceną, to sam spróbowałem, po raz pierwszym dwa lata temu. Kiepsko mi wyszło. Rok się nad tym zastanawiałem analizowałem i po przemyśleniach postanowiłem ponownie spróbować, tyle tylko że lepiej przygotowany. Żadna metoda nie działa jak cudowne zaklęcie, po wypowiedzeniu którego wszystkim nagle się zmienia. Potrzebny spory wysiłek i dobre przemyślenie wszystkich elementów.

I w przypływie tej dydaktycznej refleksji, postanowiłem, że może warto zapytać samego zainteresowanego: „A Ty, drogi studencie (studentko), jak oceniasz swoją pracę i swój rozwój?” I tak oto, nieświadomie, odkryłem coś, co inni robią od dekad, a ja, jak bohater Moliera w sztuce „Mieszczanin szlachcicem”, doznałem olśnienia, że mówię prozą. W moim przypadku,  że oceniam w sposób refleksyjny. I to, co próbuję robić, nie jest takie nowatorskie (jeśli wyjrzeć poza swoje własne, lokalne akademickie podwórko).

Czytanie podręczników i artykułów postanowiłem poszerzyć z wykorzystaniem narzędzi sztucznej inteligencji, działających z jednej strony jako wyspecjalizowane wyszukiwarki internetowe a z drugiej jako kreatywny partner w ideacji pomysłów. Coś/ktoś wspomagający proces kreatywnego planowania.

Pierwszy prompt dla Copilota (który to program już pamięta wiele innych moich z nim konwersacji i jak zauważyłem nawiązuje do wcześniej poruszanych tematów), brzmiał tak: „Chciałbym wprowadzić na zajęciach wystawianie ocen w formie podania (wniosku), który student na zakończenie zajęć pisze i uzasadnia proponowaną ocenę. Czy znasz jakieś przykłady takich rozwiązań dydaktycznych?". Czasem warto poszukać i nie odkrywać samemu Ameryki po raz kolejny. Pojawiły się pierwsze odpowiedzi a ja zadawałem kolejne pytania i polecenia. Co i rusz myślałem: „O, to ciekawe, może warto spróbować.” A potem, jak to zwykle bywa, odkryłem, że to nie żadna nowość, tylko praktyka znana i stosowana od lat w różnych zakątkach świata. Poczułem się jak mieszczanin, który z dumą oznajmia, że właśnie nauczył się mówić prozą, choć robił to całe życie. Tylko że ja nie mówiłem – ja oceniałem. I to zazwyczaj prozą.

Zrozumiałem, że podanie o ocenę to nie tylko formalność, ale narzędzie dydaktyczne. Uczy argumentacji, samoświadomości, a czasem nawet pokory. I z pomocą AI, szybko przygotowałem potrzebne mi narzędzia (wzór takiego podania, kryteria ocenia, przykłady). Dam studentce i studentowi głos, a sobie samemu wgląd w to, jak student postrzega swoją drogę edukacyjną.

Tak oto, jako biolog z zamiłowaniem do dydaktycznych eksperymentów, odkryłem coś, co inni znają od dawna. Ale czyż nie na tym polega piękno nauki i samego uniwersytetu? Na odkrywaniu rzeczy oczywistych na nowo, z własnym błyskiem w oku i nutą autoironii. I choć nie jestem szlachcicem, a tylko mieszczaninem akademickim, to od dziś wiem, że moje oceny zaczną mówić prozą, pisaną przez studentów. I będzie to mój kolejny mały krok we wdrażaniu oceniania kształtującego.

Jak dowiedziałem się z ideacyjnej konwersacji a AI to, co opisałem w zakresie podania o ocenę, ma już swoje miejsce w dydaktyce i to w kilku nurtach. Wbrew pozorom nie jest to egzotyczny pomysł, tylko jedna z bardziej dojrzałych form oceny negocjowanej i oceny refleksyjnej, stosowanej zwłaszcza w edukacji akademickiej, projektowej i artystycznej.

Niżej kilka rozwiązań, podesłanych przez Copilota. Nie chciałem już dokładniej sprawdzać i dopominać się o źródła (musiałby by być inny prompt i inny sposób konwersacji), bo zależało mi przede wszystkim na procesie ideacji i kreowaniu rozwiązać. Nie musiały już faktycznie zaistnieć, aby się nad nimi zastanowił i wybrać coś dla siebie do przetestowania.

1. Grade Justification Letter – model anglosaski

W wielu uczelniach w USA i Kanadzie funkcjonuje praktyka, w której student pisze list uzasadniający ocenę, często nazywany grade justification letter lub self‑assessment letter.
Typowe elementy:

  • student wskazuje ocenę, którą uważa za adekwatną,
  • uzasadnia ją przykładami z pracy semestralnej,
  • odnosi się do kryteriów podanych przez prowadzącego,
  • opisuje, czego się nauczył i jakie widzi braki.

To bardzo bliskie mojemu pomysłowi, różnica polega tylko na formie „podania”.

2. Self‑evaluation request – w postaci formalnego wniosku

W niektórych kursach (szczególnie w projektowaniu, edukacji artystycznej, pedagogice) stosuje się formalny wniosek o ocenę, który:

  • ma strukturę dokumentu urzędowego,
  • wymaga powołania się na konkretne osiągnięcia,
  • bywa podpisywany „pod odpowiedzialnością akademicką”.

To rozwiązanie ma dwa cele:

  1. uczy studentów języka formalnego i argumentacji,
  2. przenosi część odpowiedzialności za ocenę na studenta.

3. Contract Grading – ocena kontraktowa

To system, w którym student na początku semestru deklaruje, na jaką ocenę pracuje (stawia sobie cele), a na końcu składa raport/wniosek potwierdzający wykonanie warunków kontraktu. Wniosek ma zwykle formę:

  • opis działań,
  • dowody wykonania zadań,
  • refleksja nad procesem,
  • wniosek o zatwierdzenie oceny.

W wielu kursach kontraktowych wniosek jest obowiązkowy – bez niego ocena nie zostaje wystawiona.

4. Ocena portfolio - Portfolio Assessment z wnioskiem końcowym

W ocenie portfolio student często przygotowuje „cover letter”, który pełni funkcję wniosku:

  • wskazuje, które elementy portfolio świadczą o spełnieniu kryteriów,
  • argumentuje, dlaczego zasługuje na daną ocenę,
  • opisuje rozwój kompetencji.

W niektórych programach (np. edukacja nauczycielska, sztuki wizualne) ten list ma formę półformalnego podania.

5. Refleksyjny esej końcowy z propozycją oceny

W dydaktyce humanistycznej i społecznej stosuje się esej refleksyjny, który kończy się: „Proponuję ocenę X, ponieważ…”. To rozwiązanie jest mniej formalne, ale mechanizm identyczny: student musi uzasadnić ocenę, powołując się na kryteria.

6. Przykłady z polskich uczelni

W Polsce takie praktyki pojawiają się coraz częściej, choć nie zawsze w formie „podania”. Spotyka się je m.in. (nie sprawdziłem czy to halucynacja czy rzeczywiste działania):

  • w kursach projektowych na ASP,
  • w dydaktyce akademickiej opartej na refleksji (np. pedagogika, animacja kultury),
  • w kursach akademickich z elementami tutoringu,
  • w zajęciach z komunikacji i pisania akademickiego.

Niektóre kierunki stosują „autoewaluację semestralną”, która ma formę krótkiego wniosku z propozycją oceny.

Dlaczego to działa? Taka forma oceny:

  • wzmacnia sprawczość studenta,
  • uczy argumentacji i samooceny,
  • zmniejsza konflikt wokół ocen,
  • pozwala prowadzącemu zobaczyć, jak student rozumie kryteria,
  • buduje kulturę odpowiedzialności i refleksji.

Nie sprawdziłem źródeł i nie zweryfikowałem kreatywności AI czy rzeczywiście przedstawione sformułowania wynikają to z przeprowadzonych badań czy jest tylko założeniem lub luźną refleksją. W każdym razie brzmi wiarygodnie, jeśli porównuję ze swoją wiedzą dotyczącą procesów edukacji.  Wskazane dane traktuję jako punkt wyjścia przy opracowaniu szczegółów w formie dopasowania modelu do konkretnego przedmiotu, instrukcji dla studenta oraz kryteriów oceniania. Ideacja pomocna w planowaniu działania. I nic więcej.

Za jakiś czas zapewne na swoim blogu, traktowanym jako formą refleksyjnego dziennika rozwoju, pokażę efekty i podzielę się refleksją z realizacji kolejnego etapu wdrażania. Będzie więc sprawdzenie w praktyce tych pomysłów. W ujęciu metodologii badań będzie to falsyfikacja. 

21.01.2026

WOŚP 2026 w Olsztynie czyli pisanie przyrodniczych opowieści z Panem Neuronem i AI

W czasie WOŚP 2025, rok remu.

Jak co roku, wraz z Wydziałem Biologii i Biotechnologii, gram w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. I tym razem towarzyszyć będzie mi maskotka Pan Neuron czyli wielki pożeracz smutków. Z pomocą kilku innych przytulanek, tak jak z widocznym na zdjęciu wyżej Felkiem - niezwykłą zieloną muchą. 25 stycznia 2026 roku, Olsztyn, Galeria Aura, w godzinach 12.00-17.00 obok innych grających popularyzatorsko stanowisk.

Co tym razem będzie? Rozdawanie serotoniny w sposób analogowy i cyfrowy. Będzie opowiadanie i pisanie przyrodniczych opowieści z Panem Neuronem oraz (dla chętnych) z AI czyli narzędziami sztucznej inteligencji.

Będzie to przyrodnicza i twórcza zabawa dla dużych i małych. Pisanie opowieści o zwierzętach, grzybach, roślinach orz mikroorganizmach z Panem Neuronem. Można pytać o wszystko, co w wodzie i trawie piszczy i dlaczego jemioła klei się do butów oraz ptasich dziobów. Pan Neuron na wszystkie pytania odpowie. Ja mu pomogę oczywiście. Można będzie także pozyskać małą porcję serotoniny w czasie przytulania się do pluszaka Pan Neuron. On pożera wszelkie smutki. I można wspólnie z Panem Neuronem oraz sztuczną inteligencją napisać krótką opowieść o przyrodzie.

Najważniejsze są pytania i ciekawość. W czasie mini warsztatów kreatywnego pisania można będzie napisać lub zrobić wideo (w ramach nowej mówioności i komunikacji postpiśmiennej) o tematyce przyrodniczej. Efekty wspólnej pracy zostaną zebrane w formie ilustrowanego e-booka pt. „Co Pan Neuron u czasie WOŚP usłyszał i zapamiętał”. Na najciekawsze przyrodnicze pytania odpowiedzi padną w czasie radiowych felietonów „Tłumaczymy Świat” w Radiu Olsztyn oraz na blogu „Profesorskie Gadanie”. Powstały e-book zlicytujemy na kolejnym WOŚP.

Pan Neuron serotoninę będzie rozdawał analogowo i za darmo. Będzie też pisanie analogowe i z wykorzystaniem narzędzi sztucznej inteligencji. Porozmawiamy także o AI i przyszłości.

A tak było w 2025 roku: https://profesorskiegadanie.blogspot.com/2025/01/pan-neuron-i-sztuczna-inteligencja.html

Migawka z 2025 roku

Nie interesuje mnie, kto wspiera, a kto nie - mam to gdzieś. Nie interesują mnie hejterzy, którzy „nie dają dla Owsiaka” i tylko klikają lub piszą wredne komentarze. Ja pomagam, bo ma to wielki sens materialny i pozamaterialny. I Pan Neuron też pomaga w WOŚP.

20.01.2026

Student jako asystent zajęć, w dwóch odsłonach

 

Funkcja asystenta zajęć ma długą tradycję (tak jak kiedyś dyżurny w szkolnej kasie) a w nowoczesnej dydaktyce przeżywa renesans. W wielu uczelniach funkcjonuje pod różnymi nazwami: student assistant, peer tutor, teaching assistant (TA), lider grupy, moderator, mentor rówieśniczy, a nawet facylitator. W Polsce nie jest to jeszcze tak sformalizowane jak w krajach anglosaskich, ale praktyki są znane i coraz częściej stosowane – zwłaszcza w zajęciach projektowych, laboratoryjnych, seminaryjnych i warsztatowych. Funkcja znana pod pojęciem starosta grupy (dydaktycznej) i starosta roku. Angażowanie studentów w organizację studiowania jest jakimś powrotem do średniowiecznych korzeni uniwersytetów.

Dwa lata temu stawiałem pierwsze kroki. Wyszło marnie i bez zadowalających efektów. Tym razem spróbuję ponownie, ale będę już dużo lepiej przygotowany. Poczynając od dokładnego wyjaśnienia co i dlaczego proponuję, poprzez klarownie przygotowane regulaminy, karty pracy dla studentów i ze scenariuszem zajęć (to dla mnie). Dlaczego informacje o asystencie zajęć umieszczam na blogu? Są dwa powody. Pierwszy to łatwy do podlinkowana tekst ze wszystkimi informacjami dla studenta (zamiast wysyłać obszerny tekst w liście do studentów, umieszczę tylko link). Po drugie traktuję to jako otwartą dyskusję i liczę na to, że i inni podzielą się swoimi refleksjami czy doświadczeniami. Co dwie głowy to nie jedna. Po trzecie, może i ja kogoś zainspiruję. A wiadomo, że razem jest i przyjemniej i łatwiej zmieniać świat dydaktyki akademickiej.

W odniesieniu do asystenta zajęć znalazłem kilka różniących się nieco modeli. Nawet nie przypuszczałem, że jest tak duża różnorodność. Niżej sześć rozwiązań, które nie wyczerpują zapewne jeszcze wszystkim możliwości.

1. Asystent–facylitator (model „peer-led learning”)

Student pełni rolę osoby, która:

  • pomaga grupie w organizacji pracy,
  • moderuje dyskusje,
  • pilnuje czasu i dynamiki,
  • wspiera osoby mniej aktywne.

To nie jest „mini-wykładowca”, tylko katalizator procesu. Podobno dobrze działa na zajęciach projektowych, terenowych, kreatywnych.

Zalety:

  • wzmacnia poczucie sprawczości studentów,
  • odciąża prowadzącego w zadaniach organizacyjnych,
  • buduje kulturę współpracy.

2. Asystent merytoryczny (model „teaching assistant light”)

Wybrany student:

  • przygotowuje krótkie wprowadzenia do tematów,
  • zbiera pytania od grupy,
  • pomaga innym w zrozumieniu trudniejszych fragmentów materiału,
  • prowadzi fragment zajęć (np. 5–10 minut).

Ten model sprawdza się na zajęciach, gdzie studenci mają różne poziomy przygotowania.

Zalety:

  • rozwija kompetencje prezentacyjne,
  • wzmacnia uczenie się przez nauczanie,
  • pozwala prowadzącemu skupić się na bardziej złożonych interakcjach. 

3. Asystent–koordynator (model „organizacyjny”)

Student odpowiada za:

  • komunikację grupową (np. ustalenia, przypomnienia),
  • zbieranie materiałów,
  • pilnowanie terminów,
  • organizację pracy w podgrupach.

To szczególnie przydatne w kursach długoterminowych, projektowych, z tworzeniem  e-booków jako jednym z rezultatów uczenie się.

4. Asystent kreatywny/medialny

Model do zajęć łączących nauki ścisłe (np. biologię), sztukę i komunikację. Student może:

  • dokumentować zajęcia (zdjęcia, notatki wizualne),
  • przygotowywać krótkie podsumowania na Instagram/Teams,
  • tworzyć grafiki lub infografiki,
  • wspierać innych w narzędziach cyfrowych. 
Zastanawiam się czy ten model nie będzie szczególnie przydatny w pracy z pokoleniem Alfa.

5. Rotacyjny asystent zajęć

Każde zajęcia mają innego „asystenta tygodnia”. Takie rozwiązanie:

  • demokratyzuje rolę,
  • pozwala każdemu spróbować, czyi angażuje większą liczbę studentów,
  • eliminuje ryzyko faworyzowania jednej osoby,
  • wprowadza element grywalizacji i świeżości.

6. Asystent refleksyjny

Student przygotowuje krótkie (2–3 min) podsumowanie każdych zajęć:

  • co było najważniejsze,
  • jakie pytania pozostały,
  • co warto przenieść na kolejne zajęcia.

To rozwiązanie wspiera metapoznanie i moją filozofię uczenia się jako procesu. Nad takim rozwiązaniem się zastanawiam. Lecz zostawię dużo wyboru samym studentom, który z tych modeli najbardziej będzie im odpowiadał. A że chce spróbować na trzech różnych kierunkach i trzech wydziałach, to ten wybór jest niezbędny. By współtworzyli a nie tylko wypełniali szczegółowo opracowane instrukcje.

Plan to jedno, a wykonanie w konkretnych warunkach i w kontekście społecznych to drugie. Ważne jest pytanie „Jak to wprowadzić, żeby działało?” We współpracy z AI udało mi się zebrać kilka praktycznych wskazówek, które podobno sprawdzają się w dydaktyce akademickiej. Jako przyrodnik sprawdzę to eksperymentalnie ("w praniu"). Czego mi potrzeba?

1. Jasne ramy

Krótki opis roli studenta: co robi, czego nie robi, ile czasu to zajmuje. To się znajdzie także w regulaminie (informacje dla studentów, podejmujących się funkcji asystenta zajęć).

2. Dobrowolność

Najlepiej działa, gdy studenci sami się zgłaszają lub wybierają spośród siebie. Nic na siłę. Będzie można zgłosić się poprzez wniosek/podanie, tak jak w każdej rekrutacji na stanowisko. A więc pełny wolontariat.

3. Rotacja lub kadencja

Np. jedna osoba na 2–3 tygodnie, albo rotacja co zajęcia. Wprowadzę dwa rozwiązania: asystent semestralny (czyli na całe zajęcia w semestrze, czas trwania jednego przedmiotu) oraz asystent tygodniowy z zadaniem tylko na jedne zajęcia.

4. Mini-szkolenie

5 minut na początku zajęć „Jak być dobrym asystentem”. Z wyjaśnieniem co i dlaczego.

5. Feedback

Po każdej zrealizowanej roli planuję  krótkie podsumowanie: co zadziałało, co można poprawić. To ważne dla mnie jako prowadzącego, ale myślę, że ważne także dla studentów, którzy podejmą się takiej roli.

6. Symboliczne docenienie

Nie musi to być ocena, może być:

  • pochwała,
  • certyfikat (takowy przygotuję)
  • wzmianka w podsumowaniu semestru (dla tej formy nie widzę przestrzeni)
  • możliwość wpisania roli do portfolio (będę rekomendował a certyfikat będzie wygodnym artefaktem).

Model asystenta zajęć – wersja dwupoziomowa (asystent semestralny i asystent tygodniowy)

Poziom 1: Asystent semestralny (AS)

Jedna osoba na cały przedmiot, pełniąca rolę stałego partnera dydaktycznego. To ktoś, kto zna rytm zajęć, pomaga w planowaniu, komunikacji i spójności całego kursu. Główne cele roli:

  • wspiera prowadzącego w organizacji i komunikacji,
  • dba o przepływ informacji w grupie,
  • pomaga w dopracowaniu programu i efektów kształcenia,
  • utrzymuje ciągłość między kolejnymi zajęciami,
  • wspiera tygodniowych asystentów.

Zakres obowiązków AS

1. Konsultacje programowe (początek semestru)

  • przegląd wstępnego programu i harmonogramu,
  • zgłoszenie uwag z perspektywy studenckiej,
  • pomoc w doprecyzowaniu efektów kształcenia (czy są zrozumiałe, realistyczne, mierzalne),
  • wskazanie potencjalnych trudności lub „wąskich gardeł”.

2. Organizacja komunikacji

  • pomoc w  konfiguracji zespołu MS Teams (kanały, zakładki, struktura),
  • przygotowanie krótkiego przewodnika „Jak korzystamy z Teams na tym kursie”,
  • moderowanie kanałów i pilnowanie porządku,
  • zbieranie pytań od grupy i przekazywanie ich prowadzącemu zajęcia (czyli mi) w uporządkowanej formie.

3. Wsparcie w przebiegu zajęć

  • krótkie podsumowania po każdych zajęciach (bullet points, punktory),
  • pilnowanie terminów i przypomnień,
  • koordynacja pracy tygodniowych asystentów.

4. Współpraca z prowadzącym

  • cotygodniowe 10–15 minut konsultacji (przed lub po zajęciach),
  • sygnalizowanie nastrojów grupy, trudności, potrzeb,
  • pomoc w przygotowaniu materiałów (np. checklist, instrukcji).

Poziom 2: Asystenci tygodniowi (AT)

Rotacyjna rola, zmieniająca się co zajęcia. Każdy student ma szansę spróbować, ale nie musi. Główne cele roli:

  • wesprzeć prowadzącego w realizacji jednych zajęć,
  • zadbać o dynamikę, czas i aktywność grupy,
  • przygotować krótkie podsumowanie i refleksję.

Zakres obowiązków AT

1. Przed zajęciami

  • kontakt z asystentem semestralnym (AS) w celu ustalenia planu,
  • przygotowanie 2–3 pytań otwierających lub rozgrzewających,
  • pomoc w ustawieniu sali czy rozdaniu materiałów (jeśli potrzebne).

2. W trakcie zajęć

  • pilnowanie czasu poszczególnych segmentów,
  • moderowanie małych grup lub dyskusji,
  • zbieranie pytań i wątpliwości od studentów,
  • wsparcie techniczne (Teams, prezentacje, dokumenty).

3. Po zajęciach

  • krótkie podsumowanie (3–5 punktów),
  • refleksja: „co było najważniejsze, co warto poprawić lub zmienić”,
  • przekazanie notatek AS.

Tabela współdziałania obu ról asystenckich. AS dba o strukturę i ciągłość, AT o dynamikę i jakość pojedynczych zajęć.

Obszar

Asystent semestralny (AS)

Asystent tygodniowy (AT)

Planowanie

konsultuje program, efekty kształcenia, harmonogram

przygotowuje się do jednych zajęć

Komunikacja

tworzy i moderuje kanały Teams

przekazuje krótkie komunikaty dotyczące swoich zajęć

Wsparcie zajęć

dba o ciągłość i organizację całego kursu

wspiera realizację jednego spotkania

Podsumowania

tworzy tygodniowe (spotkanie i dyskusja online) i semestralne syntezy

tworzy podsumowanie jednych zajęć

Koordynacja

wspiera i instruuje AT

współpracuje z AS

Relacja z prowadzącym

stały kontakt i konsultacje

kontakt jednorazowy, operacyjny

 

To był mój, wykładowcy punkt widzenie. A co student zyskuje jako asystent?

1. Doświadczenie, które można wpisać do CV

To nie jest „pomoc na zajęciach”. To jest realna funkcja organizacyjno-facylitacyjna, którą można opisać tak, że rekruterzy zrobią pozytywnie wielkie oczy. Przykładowe wpisy do CV:

  • „Koordynacja komunikacji i pracy zespołu w projekcie akademickim”
  • „Moderowanie dyskusji i facylitacja pracy grupowej”
  • „Współtworzenie programu zajęć i konsultacja efektów kształcenia”
  • „Zarządzanie kanałami komunikacji (MS Teams)”
  • „Organizacja i prowadzenie krótkich segmentów zajęć”

To jest konkret, który robi wrażenie.

2. Kompetencje miękkie, które są złotem w świecie AI (sztucznej inteligencji)

  • organizacja pracy,
  • komunikacja,
  • facylitacja,
  • moderowanie dyskusji,
  • praca z grupą,
  • zarządzanie czasem,
  • rozwiązywanie problemów,
  • odpowiedzialność i samodzielność.

To są umiejętności, które pracodawcy cenią bardziej niż wiedzę encyklopedyczną.

3. Poczucie wpływu i współtworzenia zajęć

Studenci uwielbiają, kiedy:

  • ich głos ma znaczenie,
  • mogą coś zmienić,
  • mogą współdecydować o przebiegu kursu.

Rola asystenta daje im realny wpływ, a nie symboliczny.

4. Lepszy kontakt z prowadzącym

To działa jak mini-mentoring:

  • krótkie konsultacje,
  • rozmowy o dydaktyce,
  • wgląd w proces projektowania zajęć,
  • możliwość zadania pytań „zza kulis”.

Dla wielu studentów to jest duża wartość (rzadko dostępna, a więc ekskluzywna).

5. Bezpieczna przestrzeń do ćwiczenia wystąpień i facylitacji

Nie muszą prowadzić wykładu. Nie muszą być „mini-nauczycielem”. Ale mogą:

  • poprowadzić 5 minut dyskusji,
  • zadać pytania otwierające,
  • moderować grupę,
  • zrobić krótkie podsumowanie.

To jest idealny poziom trudności - rozwijający, ale nie stresujący.

6. Lepsze zrozumienie materiału

Uczenie innych to najlepszy sposób na uczenie siebie. Na to wskazują badania neurobiologiczne i doświadczenia wielu dziesięcioleci pracy nauczycieli. Asystenci, tak jak korepetytorzy, często mówią: „dopiero teraz to naprawdę zrozumiałem”. Ucząc innych sami jeszcze bardziej się uczą przez częste przetwarzanie i powtarzanie materiału.

7. Certyfikat/dyplom z opisem zadań

Coś fizycznie namacalnego ale i do przedstawienia w formie elektronicznej (na e-portfolio). Co może zawierać certyfikat?

  • zakres obowiązków,
  • kompetencje,
  • czas pełnienia funkcji,
  • podpis prowadzącego.

To jest dokument, który można:

  • dołączyć do portfolio (i e-potrfoli),
  • pokazać w czasie rozmowy o pracę,
  • wrzucić na LinkedIn (i inne media społecznościowe, traktowane jako przestrzeń kompetencji zawodowych).

Na polskich uczelniach funkcja asystentów zajęć też już istnieje, choć jej nazewnictwo, prestiż i zakres obowiązków różnią się w zależności od konkretnej uczelni oraz wydziału. Osobiście się nie spotkałem w wersji sformalizowanej, ale AI takie zrobił mi przegląd:

1. Asystent Studencki (lub "Starosta Grupy Dydaktycznej")

To najpopularniejsza forma. Student (zazwyczaj wyższych lat lub studiów II stopnia) pomaga prowadzącemu w realizacji przedmiotu. W czasie mojego studiowania istnieli starości grupy lecz rola ich była ograniczona.

  • Zadania: Pomoc w przygotowaniu materiałów, obsługa platform e-learningowych (np. Moodle), sprawdzanie obecności lub pomoc młodszym kolegom w trakcie laboratoriów/projektów.
  • Korzyści: Zazwyczaj jest to praca wolontariacka, za którą student otrzymuje punkty do stypendium rektora, wpis do suplementu dyplomu lub po prostu cenne doświadczenie i lepsze relacje z katedrą.

2. Udział w projektach badawczych

Na uczelniach technicznych i medycznych studenci czasem są angażowani do projektów realizowanych przez granty (np. z NCN lub NCBR).

  • Zadania: Wsparcie w badaniach laboratoryjnych, zbieranie danych, a czasem prowadzenie fragmentów zajęć praktycznych pod nadzorem profesora.
  • Wynagrodzenie: W tym przypadku często przewidziane są stypendia naukowe lub wypłaty z grantu.

3. Koła naukowe i tutoring rówieśniczy

Wiele uczelni promuje model, w którym najlepsi studenci z kół naukowych prowadzą tzw. warsztaty wyrównawcze lub repetytoria dla studentów pierwszego roku. Nie jest to formalna funkcja "asystenta pracownika", ale realne wsparcie dydaktyczne usankcjonowane przez władze wydziału.

4. Oficjalne stanowisko Asystenta

W polskim prawie o szkolnictwie wyższym "Asystent" to zazwyczaj stanowisko naukowo-dydaktyczne wymagające posiadania co najmniej tytułu magistra. Student (osoba bez magisterium) nie może więc być zatrudniony na pełnoprawnym etacie asystenta, ale może pełnić tę rolę w ramach:

  • Umowy zlecenia (rzadziej).
  • Praktyk pedagogicznych (obowiązkowe dla doktorantów, ale czasem dostępne dla wyróżniających się magistrantów).

Czy to wygląda tak jak w USA (Teaching Assistant - TA)? Nie do końca. W USA system TA jest mocno sformalizowany i często wiąże się z opłaceniem czesnego. W Polsce system ten jest bardziej rozproszony i opiera się głównie na inicjatywie kół naukowych lub indywidualnych zaproszeniach od profesorów do współpracy. Najczęściej rola asystenta zajęć spotykana bywa na kierunkach obleganych i trudnych (matematyka, informatyka, prawo, medycyna), gdzie prowadzący potrzebują wsparcia w moderowaniu dużych grup projektowych.

19.01.2026

Inwazja czy ekspansja - orzech włoski jako potencjalny gatunek w ekspansji

Grafika Autorstwa Franz Eugen Köhler, Köhler's Medizinal-Pflanzen - List of Koehler Images, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=255358

Orzech włoski (Juglans regia) jest jednym z tych gatunków, które wymykają się prostym klasyfikacjom. Z jednej strony to drzewo o długiej historii uprawy, głęboko wpisane w krajobraz kulturowy Europy i Polski. Z drugiej – gatunek obcy, którego obecność w Polsce jest efektem wielowiekowej działalności człowieka. W ostatnich latach, w kontekście zmian klimatycznych i obserwowanych przesunięć zasięgów wielu roślin, pojawia się pytanie: czy orzech włoski może stać się gatunkiem ekspansywnym? A jeśli tak, to czy jego ekspansja może zagrozić rodzimej florze? Obserwacje terenowe z ostatnich lat wskazują, że orzech włoski pojawia się samoistnie w miejscach poza ogrodami i plantacjami. Dwa pytania są ważne, czy ten zwiększający się areał geograficzny i siedliskowy wynika z ocieplenia klimatu? Jeśli uznać za gatunek obcy to zmiany liczebności i zasięgu traktowalibyśmy jako inwazyjność. Ale jeśli uznać za gatunek rodzimy (lub tylko zadomowiony) to należałoby mówić o ekspansji. I nie chodzi tu tylko o terminologię. Trzecim aspektem, poruszonym w niniejszym tekście, jest „ucieczka" do środowiska gatunków wykorzystywanych rolniczo i ogrodniczo.

Naturalny zasięg Juglans regia obejmuje: Azję Mniejszą, Kaukaz, Iran, zachodnie Himalaje. To właśnie tam, w strefie klimatu kontynentalnego i górskiego, gatunek wykształcił swoje cechy ekologiczne: odporność na suszę, wysokie wymagania świetlne i zdolność do przetrwania chłodnych zim. Do Europy Środkowej trafił prawdopodobnie dzięki Rzymianom (dlatego nazwaliśmy - włoski), którzy cenili jego owoce, drewno i właściwości lecznicze. W Polsce obecny jest od średniowiecza, początkowo jako drzewo sadownicze przy klasztorach i dworach, później jako element wiejskich siedlisk i ogrodów. Smaczne orzechy uczyniły z tego drzewa cenną roślinę hodowlaną, konkurującą z rodzimymi orzechami laskowymi.

Orzech włoski pełni w Polsce kilka ról. Jest to drzewo owocowe, cenione za smaczne, wartościowe orzechy. Jest to drzewo użytkowe, bo jego drewno jest wysoko cenione w stolarstwie. W końcu jest to drzewo ozdobne sadzone w ogrodach, parkach i na terenach wiejskich, a także drzewo „domowe” tradycyjnie sadzone przy zagrodach jako symbol dobrobytu i ochrony. Wrosło w krajobraz Polski przez wieki. Sam w młodość dziwiłem się, dlaczego te orzechy nazwane bywają włoskimi, kiedy w polskich ogrodach są zbierane. W ogrodnictwie docenia się jego majestatyczną koronę, szybki wzrost po okresie młodzieńczym oraz odporność na suszę. Jednocześnie ogrodnicy dobrze znają jego „ciemną stronę”: silną allelopatię (o tym niżej).

Orzech włoski ma dość specyficzne wymagania. Potrzebuje dużo światła i nie toleruje zacienienia, wymaga żyznej gleby, przepuszczalnej, najlepiej wapiennej o umiarkowanej wilgotności. Jest wrażliwy na późne przymrozki, które mogą niszczyć młode pędy. To właśnie te cechy sprawiają, że w warunkach naturalnych nie konkuruje skutecznie z rodzimymi gatunkami lasotwórczymi. Do niedawna polskie zimy skutecznie ograniczały ucieczkę z ogrodów i kolonizowanie siedlisk leśnych. W zwarciu leśnym przegrywa, a w siedliskach ruderalnych pojawia się głównie dzięki człowiekowi lub wiewiórkom.

Wróćmy do allelopatii. Allelopatia to zjawisko biologiczne polegające na tym, że jedna roślina wytwarza związki chemiczne wpływające na wzrost, rozwój lub przeżywalność innych organizmów, najczęściej innych roślin, ale także grzybów czy mikroorganizmów. Allelopatia obejmuje wydzielanie substancji chemicznych (np. fenoli, terpenów, alkaloidów, juglonu u orzecha włoskiego). Substancje te mogą działać hamująco (najczęściej) lub stymulująco. Ogrodnicy wiedzą by nie dodawać liści orzecha włoskiego do kompostu, bo utrudni to potem wzrost innych roślin. Łatwo zauważyć, że pod drzewem orzecha włoskiego niewiele innych roślin jest w stanie wyrosnąć. Podobno takich miejsc unikają także komary, co wykorzystywane jest w naturalnych sposobach ograniczania niedogodności tych owadów.
 Oddziaływanie może zachodzić przez: korzenie, liście i ich rozkład, łupiny owoców, lotne związki w powietrzu. Allelopatia jest mechanizmem konkurencji międzygatunkowej, ale nie jest równoznaczna z inwazyjnością. W przypadku orzecha włoskiego juglon ogranicza rośliny rosnące bezpośrednio pod koroną, lecz nie zwiększa zdolności gatunku do ekspansji w skali krajobrazu. Orzech włoski produkuje juglon, związek chemiczny hamujący wzrost wielu roślin, zwłaszcza: pomidorów, jabłoni, niektórych traw, roślin ozdobnych. Juglon działa lokalnie, głównie w obrębie korony i strefy korzeniowej, powoli, uwalniając się z liści, korzeni i łupin. Wiele opinii wskazuje, że allelopatia orzecha włoskiego nie prowadzi jednak do ekspansji populacji. To raczej mechanizm obronny, który ogranicza konkurencję w najbliższym otoczeniu drzewa, ale raczej nie zwiększa jego zdolności do kolonizowania nowych siedlisk.

Czy ocieplenie klimatu może sprzyjać ekspansji orzecha włoskiego? To pytanie jest dziś szczególnie istotne. Zmiany klimatu wpływają na przesuwanie się zasięgów wielu gatunków ku północy. W przypadku orzecha włoskiego można wskazać kilka potencjalnych konsekwencji. Czynnikami sprzyjającymi jego potencjalnej ekspansji są łagodniejsze zimy zwiększą przeżywalność siewek. Dłuższy sezon wegetacyjny poprawi wzrost młodych drzew,  natomiast częstsze susze mogą faworyzować gatunki odporne na niedobór wody, takie jak Juglans regia.

Czynnikami ograniczającymi ekspansję są: wysokie wymagania świetlne, brak zdolności do kolonizacji lasów (tak przynajmniej na razie wskazują dane), ciężkie nasiona ograniczające naturalne rozprzestrzenianie (roznoszone są przez zoochorię, np. przez wiewiórki i ptaki z rodziny krukowatych) oraz konkurencja ze strony rodzimych gatunków pionierskich (brzoza, osika, wierzby). W efekcie ocieplenie klimatu może zwiększyć częstość spontanicznych siewek, zwłaszcza w miastach i na terenach ruderalnych, ale nie musi prowadzić do ekspansji w sensie ekologicznym.

Czy orzech włoski może zagrozić rodzimej florze? Na podstawie obecnych danych wydaje się, że nie stanowi zagrożenia. Nie tworzy masowych populacji, nie wypiera gatunków rodzimych, nie wkracza do siedlisk cennych przyrodniczo. W przyszłości, przy dalszym ocieplaniu klimatu, może częściej pojawiać się w krajobrazie, być bardziej odporny na zimowe uszkodzenia (łagodniejsze zimy), lokalnie dominować w miejscach silnie przekształconych przez człowieka. To ostatnie wydaje się już występować, jak wynika z wstępnych i rozproszonych informacji botaników i dendrologów. Jednak nawet w takim scenariuszu trudno wyobrazić sobie, by stał się gatunkiem inwazyjnym w sensie prawnym czy ekologicznym. Jego biologia nie sprzyja agresywnej ekspansji.

Orzech włoski to gatunek obcy, ale od wieków zadomowiony w Polsce. Jego obecność jest silnie związana z człowiekiem – zarówno historycznie, jak i współcześnie. Choć zmiany klimatu mogą sprzyjać jego częstszemu pojawianiu się, nie ma przesłanek, by uznać go za gatunek ekspansywny lub potencjalnie inwazyjny. Jego wpływ na rodzimą florę jest ograniczony i lokalny, a ewentualne zmiany w przyszłości będą dotyczyć raczej krajobrazu kulturowego niż ekosystemów naturalnych.

Warto jeszcze na chwilę zatrzymać się przy problemie terminologii gatunków obcych. W ekologii inwazji istnieje kilka pojęć, które wydają się klarowne na papierze, ale w praktyce prowadzą do sporów: gatunek obcy, gatunek inwazyjny, gatunek zadomowiony, gatunek powracający czy gatunek reliktowy. Największe napięcia pojawiają się tam, gdzie historia zasięgów jest dynamiczna, a klimat – zmienny. Wtedy proste kategorie przestają działać.

Orzech włoski (Juglans regia) mógł występować w Polsce w poprzednich interglacjałach, ma długą historię kulturową i reaguje na współczesne ocieplenie klimatu. To stawia pytanie: czy ich współczesne pojawianie się należy traktować jako ekspansję gatunków rodzimych, czy jako inwazję gatunków obcych? Rodzimy czy obcy? To problem czasu i pamięci ekologicznej. W klasycznej definicji:
  • gatunek rodzimy to taki, który dotarł na dany obszar bez udziału człowieka,
  • gatunek obcy to taki, którego obecność wynika z działalności człowieka.
Ale ta definicja zakłada, że znamy pełną historię zasięgu. A przecież zasięgi roślin zmieniały się wielokrotnie. W plejstocenie i holocenie wiele gatunków miało populacje reliktowe, które wyginęły, część gatunków mogła naturalnie powrócić, ale aktywność człowieka je „wyprzedziła”. To prowadzi do paradoksów. Przykładem jest jodła, która była w Polsce w poprzednich interglacjałach. W holocenie wróciła naturalnie, ale jej współczesne rozmieszczenie jest częściowo wynikiem nasadzeń. Czy jest rodzima? Tak, mimo że człowiek ją sadził, jej naturalna historia w Polsce jest udokumentowana.

Orzech włoski mógł występować w Europie Środkowej w cieplejszych okresach plejstocenu. Czy to czyni go rodzimym? Nie, bo jego współczesny powrót nie nastąpił naturalnie, lecz dzięki człowiekowi. Być może jest spóźnionym „powracającym gatunkiem”. Widać więc, że rodzimość nie jest kategorią absolutną, lecz historyczną i kontekstową.

Zmiany klimatu powodują przesuwanie się zasięgów wielu roślin ku północy. W efekcie gatunki, które kiedyś tu rosły, mogą wracać, gatunki południowe mogą pojawiać się naturalnie, granice zasięgów stają się płynne. To rodzi pytanie: jeśli gatunek pojawia się naturalnie dzięki zmianom klimatu, to czy jest obcy? W ekologii inwazji odpowiedź brzmi: nie – jeśli jego migracja jest naturalna, nie jest gatunkiem obcym. Ale w praktyce trudno to udowodnić. Czy nasiono przyniosła wrona? Czy przyjechało z transportem drewna? Czy klimat po prostu „otworzył drzwi”? Dlatego współczesna nauka coraz częściej mówi o gatunkach powracających, gatunkach przesuwających zasięg oraz o gatunkach klimatycznych migrantów. To próba wyjścia poza sztywny podział „rodzimy–obcy”.

A co z orzechem włoskim? Ekspansja czy inwazja? Załóżmy hipotetycznie, że wraz z ociepleniem klimatu orzech włoski zaczyna pojawiać się w lasach liściastych, odnawiać się w siedliskach naturalnych oraz tworzyć stabilne populacje. Jak to interpretować? Czy byłby to powrót gatunku rodzimego? Raczej nie, bo jego współczesna obecność w Polsce jest wynikiem wielowiekowej uprawy, a nie naturalnej migracji. Czy byłaby to ekspansja gatunku obcego? Tak – ale nie inwazja, dopóki nie spełni kryteriów inwazyjności: szybkie rozprzestrzenianie oraz wypieranie gatunków rodzimych. Orzech włoski nie wykazuje takich cech. Czy moglibyśmy mówić o „ekspansji klimatycznej”? To najbardziej precyzyjne określenie. Gatunek obcy, zadomowiony, reagujący na ocieplenie klimatu, ale raczej nie inwazyjny. Choć w literaturze przedmiotu można spotkać się z określeniem, że orzech włoski w ostatnich latach stał się gatunkiem inwazyjnym w Polsce. Pierwsze oznaki jego intensywnego i samorzutnego rozprzestrzeniania się poza uprawami w Polsce zaobserwowano dopiero w latach 90. XX wieku. W drugiej dekadzie XXI zaczął zajmować nowe stanowiska głównie na gruntach porolnych w pobliżu osad ludzkich, rzadziej natomiast pojawiał sie w żyznych buczynach.

Czy orzech włoski może zagrozić rodzimej florze? Nawet jeśli zacznie częściej pojawiać się w naturze to nie wkracza do lasów o zwartym drzewostanie, nie konkuruje skutecznie z gatunkami pionierskimi, jego allelopatia działa lokalnie, jego nasiona nie rozprzestrzeniają się na duże odległości. Dlatego nawet w scenariuszu ocieplenia klimatu nie przewiduje się, by stał się gatunkiem inwazyjnym. Czy te prognozy sprawdzą się? Być może ujawnią się inne procesy, do tej pory niezauważone?

Dlaczego terminologia jest tak trudna? Po pierwsze historia zasięgów jest dynamiczna, a definicje często sztywne. Po drugie zmiany klimatu rozmywają granice między gatunkami rodzimymi a obcymi. Po trzecie gatunki powracające i gatunki przesuwające zasięg wymykają się klasycznym kategoriom. Po czwarte orzech włoski pozostaje gatunkiem obcym zadomowionym, nawet jeśli zacznie częściej pojawiać się w naturze. I po piąte jego ewentualne rozprzestrzenianie należy traktować jako ekspansję klimatyczną.

Poniższe podsumowanie syntetyzuje wnioski z kilku różnych publikacji. 1. Zasięg historyczny – gdzie orzech włoski występował naturalnie? Naturalny zasięg Juglans regia obejmuje Azję Mniejszą, Kaukaz, Iran i zachodnie Himalaje. W plejstocenie i interglacjałach gatunek mógł okresowo występować szerzej w Europie, ale brak dowodów na trwałe populacje w Polsce. Rozprzestrzenienie kulturowe - do Europy Środkowej trafił dzięki człowiekowi, prawdopodobnie już w czasach rzymskich. W średniowieczu był szeroko sadzony przy klasztorach, dworach i gospodarstwach. Orzech włoski nie jest gatunkiem rodzimym Europy Środkowej, choć jego obecność ma wielowiekową tradycję. 2. Zasięg współczesny – gdzie występuje dziś? W Europie występuje powszechnie jako drzewo sadownicze i ozdobne. Spontaniczne siewki pojawiają się głównie w miastach, na siedliskach ruderalnych, w pobliżu upraw i gospodarstw.

Badania terenowe i fenologiczne (Słowacja, Pakistan, Himalaje) wskazują, że gatunek nie kolonizuje lasów naturalnych, nie tworzy samoodnawiających się populacji w siedliskach półnaturalnych, jego rozprzestrzenianie zależy od człowieka i wiewiórek. Ale ważnym czynnikiem umożliwiającym rozprzestrzenianie orzecha włoskiego są ptaki z rodziny krukowatych, przenoszące jego nasiona na odległości nieraz przekraczające 500 m.  W niektórych regionach Polski uznany został niedawno jako zadomowiony (kenofit). Na początku XXI wieku orzech włoski został klasyfikowany przez niektórych autorów za gatunek inwazyjny w początkowej fazie ekspansji. 

Zmiany klimatu a przyszły zasięg – co mówią modele i dane empiryczne? Najważniejszym źródłem jest modelowanie SDM Paź‑Dyderskiej i współautorów (2021), które pokazuje silny sygnał przesunięcia zasięgu ku północy. Modele przewidują zwiększenie klimatycznej przydatności siedlisk w Europie Środkowej i Północnej. Jednocześnie południe Europy traci odpowiednie warunki (susza, stres cieplny). Polska, Niemcy, kraje bałtyckie i południowa Skandynawia mogą stać się bardziej sprzyjające dla wzrostu i owocowania. orzecha włoskiego. 

Badania dendroklimatologiczne (Bhutan, Pakistan, Słowacja) pokazują: wysoką wrażliwość na temperaturę i opady, dobrą tolerancję na suszę (przy odpowiedniej głębokości gleby) oraz przyspieszenie fenologii w cieplejszych latach. To oznacza, że gatunek dobrze reaguje na cieplejszy klimat, co zwiększa jego potencjał do pojawiania się w nowych regionach.

Czy orzech włoski może zwiększać swój areał w Europie? Tak, klimatycznie może. Modele i dane empiryczne wskazują, że ocieplenie klimatu zwiększa liczbę siedlisk odpowiednich, ponadto gatunek może pojawiać się częściej w krajobrazie a jego potencjalny zasięg klimatyczny przesuwa się na północ. Ale ekologicznie jego ekspansja jest ograniczona. Mimo sprzyjającego klimatu ciężkie nasiona ograniczają naturalne rozprzestrzenianie. Ponadto gatunek wymaga dużo światła i nie wkracza do lasów, allelopatia działa lokalnie, nie wspiera ekspansji oraz brak cech typowych dla gatunków inwazyjnych.

Najbardziej prawdopodobny scenariusz jest taki, że więcej siewek pojawi się w miastach i na siedliskach ruderalnych oraz częstsze będą spontaniczne pojawy w krajobrazie kulturowym. Na razie  brak jest doniesień o masowej ekspansji w ekosystemach naturalnych.

Gatunek pochodzi z Azji, w Europie Środkowej jest obecny dzięki człowiekowi. Obecnie jest szeroko uprawiany, lokalnie dziczejący, ale nie ekspansywny. W przyszłości ocieplenie klimatu może zwiększyć jego potencjalny zasięg klimatyczny, ale nie ma dowodów, że stanie się gatunkiem inwazyjnym lub zagrożeniem dla miejscowej flory. Na koniec dodam jeszcze, że hipotezy naukowe weryfikowane są przez... fakty. I oczywiście eksperymenty. Zatem nowe dane terenowe mogą zmienić nasze opinie o orzechu włoskim.