18.09.2025

Refleksje z konferencji "Edukacja w kryzysie wyobraźni?": zaakceptujmy błędy – odkrywanie zamiast potępienia

Zdjęcie z jednego z wielu pikników edukacyjnych poza murami uniwersytetu i poza tradycyjnymi zajęciami dla studentów.
 

Minęła konferencja pt. "Edukacja w kryzysie wyobraźni? Nowe horyzonty pedagogiczne", odbywająca się w Pile w dniach 13-14 września br. a ja jeszcze myślami wracam do debaty, która się wtedy odbyła. Między innymi padło tam pytanie co pomaga a co przeszkadza szkole. Wspomniałem wtedy o akceptacji błędu, w nawiązaniu do odkrywania w ramach szeroko pojętej edukacji w terenie (zobacz więcej). Chciałbym jeszcze raz, w uporządkowany sposób powrócić do głównej myśli wyartykułowanej w Pile. 

Gdyby świat był statyczny, a ludzka cywilizacja nie przechodziła żadnych zmian, moglibyśmy z powodzeniem polegać na metodach edukacji, wypracowanych przez stulecia. Ale nie tylko epoka przemysłowa mocno zmieniała dawną szkołę. Żyjemy w epoce, w której tempo zmian społecznych i technologicznych jest bezprecedensowe. Zmieniła się struktura rodziny z wielopokoleniowej i wielodzietnej na społeczeństwo zdominowane przez jedynaków i singli. Do tego dominują ludzie mieszkający w miastach i ludzie starsi. Z kultury słowa i kultury pisma przechodzimy do kultury postpiśmiennej. Związane są z tym duże zmiany w komunikacji międzyludzkiej. Telefony komórkowe, media społecznościowe i sztuczna inteligencja na zawsze zmieniły sposób, w jaki myślimy, komunikujemy się i pracujemy. W obliczu tej dynamicznej rzeczywistości musimy dokonać głębokiej transformacji także w edukacji i to na każdym jej poziomie.

Tradycyjne podejście do nauczania, które stawiało na bezbłędne odtwarzanie zapamiętanej wiedzy, przestaje mieć rację bytu. I nie dlatego, że to było złe podejście, ale dlatego że jest nieadekwatne do czasów, a jakich żyjemy: społecznych, gospodarczych i technologicznych. Czas na fundamentalną zmianę perspektywy, czas na zmianę paradygmatu edukacyjnego. Tym co, szkole może pomóc to uznanie, że błąd to nie porażka, lecz efekt poszukiwania. W nowej edukacji błąd musi być postrzegany jako nieodłączny element procesu uczenia się i cenna informacja zwrotna, a nie powód do krytyki czy kary. Behawioryzm jako teoria pedagogiczna ma już mniejsze zastosowanie, zwłaszcza w edukacji ustawicznej. Poszerzeniem dawnej (behawiorystycznej) koncepcji psychologicznej i pedagogicznej był najpierw kognitywizm, potem konstruktywizm a teraz konektywizm. Warto szerzej wykorzystywać to w codziennej praktyce edukacyjnej.

Akceptacja błędu musi przeniknąć wszystkie poziomy systemu edukacji, poczynając od relacji uczeń-nauczyciel. Kiedy uczeń popełnia pomyłkę, nie jest to dowód na jego braki, lecz sygnał, że poszukuje, odkrywa i potrzebuje kolejnych prób, innej strategii nauczania lub dodatkowego wsparcia. Nauczyciel, zamiast piętnować, powinien przekształcić błąd w okazję do nauki i refleksji. Taka zmiana podejścia buduje w uczniu odwagę do poszukiwania, eksperymentowania i zadawania pytań bez strachu przed negatywną oceną. A ta odwaga i kreatywność będą mu potrzebne w całym życiu i nieustannym uczeniu się ustawicznym przez całe życie.

Podobnie, relacja szkoła-rodzic wymaga akceptacji błędów, które są nieodłączną częścią wychowania i wspierania w procesie uczenia się. Rodzic, który dostrzega pomyłki wychowawcze, nie powinien traktować ich jako swojej porażki, ale jako naturalny element rozwoju. Akceptacja własnych błędów przez rodziców sprzyja budowaniu zaufania i stwarza przestrzeń do wspólnego rozwiązywania problemów edukacyjnych, a nie szukania winnych. Nie powinniśmy także publicznie piętnować błędów rodzicielskich, akcentując różne traumy. W to miejsce bardziej wskazane jest szeroko rozumiane wsparcie. 

Błąd jest katalizatorem zmian systemowych. Nie tylko uczeń czy rodzic popełniają błędy. Nauczycielskie błędy w metodyce czy dydaktyce również są nieodłącznym elementem pracy w ciągle zmieniającym się świecie, w zmieniających się ekosystemach edukacyjnych. Technologia, kultura i potrzeby uczniów ewoluują w niespotykanym tempie, co zmusza nauczyciela do poszukiwania nowych form i metod dydaktycznych, nowych przykładów, nowych zadań dla ucznia. Na przykład zaakceptować telefony komórkowe w szkole czy też je całkowicie usunąć? Pomyłki w tym procesie nie powinny być traktowane jako skandal, lecz jako naturalny efekt innowacji. Zamiast potępienia i publicznego chłostania potrzebna jest konstruktywna informacja zwrotna i wsparcie w rozwoju zawodowym. Nauczyciele są pod ogromną presją społeczną i szybko się wypalają. Potrzebują więcej akceptacji i społecznego wsparcia. w przeciwnym razie dalej będą licznie odchodzić z zawodu.

Wreszcie, spójrzmy na błędy na poziomie instytucji – od dyrekcji szkoły po ministerstwo edukacji. Programy, koncepcje organizacyjne czy sposoby oceniania nie są doskonałe. Wdrażanie nowych rozwiązań (jak edukacja zdrowotna czy rezygnacja z prac domowych) to często próby, które mogą okazać się niepełne lub wadliwe. Kluczem jest akceptacja, że te błędy są nieuniknione, a jedyną drogą do znalezienia optymalnych rozwiązań jest ciągłe poszukiwanie i refleksyjna praktyka. I oczywiście korygowanie błędów. I ciągłe odkrywanie oraz próbowanie i wdrażanie nowych pomysłów. Eksperymentowanie.

Jeśli nie zaakceptujemy błędu na każdym z tych poziomów – ucznia, rodzica, nauczyciela i systemu – zniechęcimy się do poszukiwania i eksperymentowania. Zostaniemy z archaicznymi rozwiązaniami, które nie pasują już do współczesnych wyzwań. Zostaniemy z niewydolną i niefunkcjonalną edukacją. Uczeń straci odwagę, nauczyciel nie będzie szukał innowacji, a system utknie w stagnacji.

Jeszcze raz przypomnę główną myśl tego tekstu: akceptacja błędu na różnych poziomach:
  • Uczeń. Młodzi ludzie, którzy boją się popełniać błędy, często unikają wyzwań. Aby zmienić to nastawienie, uczniowie muszą zrozumieć, że błąd nie świadczy o braku ich inteligencji, ale jest naturalną częścią rozwoju i poszukiwania. Ważne jest, aby czuli się bezpiecznie w klasie i mogli swobodnie zadawać pytania oraz eksperymentować, nie obawiając się krytyki, aby sami akceptowali swoje błędy i chcieli je korygować a nie unikać szkoły i ryzyka odkrywania.
  • Rodzic. Rodzice często nieświadomie przenoszą na dzieci swoje lęki, karząc je za pomyłki (nawet te urojone). Mogą jednak odegrać kluczową rolę w budowaniu postawy wzrostu, chwaląc wysiłek, a nie tylko rezultat. Zamiast mówić "jesteś mądry", lepiej powiedzieć "ciężko pracowałeś i to przyniosło efekty".
  • Nauczyciel. Nauczyciel ma fundamentalne zadanie w tworzeniu środowiska, gdzie błąd jest mile widziany jako efekt odważnego poszukiwania i autorefleksji. Może to osiągnąć, akceptując własne pomyłki i traktując błędy uczniów jako okazję do nauki. Na przykład, zamiast mówić "to źle", może zapytać "co możemy z tego błędu wywnioskować?". Nauczyciele powinni również koncentrować się na procesie, a nie tylko na końcowym wyniku, promując w ten sposób podejście eksploracyjne. Muszą poszukiwać nowych metod dydaktycznych oraz sposobów współpracy z rodzicami i środowiskiem pozaszkolnym, Nie ma dobrych, sprawdzonych metod a stare są już nieadekwatne. Trzeba eksperymentować ponosząc ryzyko.
  • System. System edukacji, zorientowany na testy i oceny, często promuje unikanie błędów a więc i odważnego próbowania. Zamiast tego, potrzebujemy systemu, który nagradza ciekawość i eksperymentowanie. Zmiana ta wymaga wprowadzenia mniej restrykcyjnych metod oceniania, które pozwolą uczniom na głębszą analizę i refleksję nad własnym procesem uczenia się, zamiast skupiać się na bezbłędnym odtworzeniu informacji. Instytucje także odkrywają i poszukują a przez to popełniają błędy. To nie porażka lecz normalny efekt poszukiwania. Te błędy szybko trzeba dostrzegać i korygować a nie nakręcać społeczne dyskredytowanie i hejt.

Szkoła jest czymś więcej niż tylko miejscem przekazywania wiedzy. To jedno z ostatnich miejsc, gdzie młodzi ludzie uczą się uspołecznienia, współpracy, samodzielności i rzetelności. Aby to osiągnąć, szkoła musi stać się laboratorium społecznym, w którym pomyłki są akceptowane, a proces uczenia się ma większe znaczenie niż bezbłędny rezultat. Tylko w takiej kulturze, budowanej na zaufaniu i refleksji, zyskamy odważne i kreatywne jednostki, gotowe sprostać wyzwaniom przyszłości. Czy jesteśmy gotowi na tę zmianę? Czy mamy odwagę poszukiwać tej zmiany? Czy też strach przed błędem rozumianym jako porażka, sparaliżuje wszelkie działania na każdym poziomie: ucznia, rodzica, nauczyciela, systemu edukacji?

Na naszych oczach zmienia się paradygmat edukacyjny. I dotyczy to także uniwersytetów. Nie tyle nauczać co tworzyć środowisko edukacji, tworzyć dobre warunki do uczenia się. Skoro edukacja jest wspólna (do wychowania jednego dziecka potrzebna jest cała wioska) to i zmienia się rola uniwersytetu, np. w tworzeniu i zarządzaniu projektami citizen science. W nowej roli uniwersytetu mieści się nieco inny odbiorca, już nie tylko tradycyjny student na wykładach w salach uniwersyteckich, ale i słuchacze uniwersytetów trzeciego wieku, dorośli,  stała współpraca ze szkołami i kształcenie ustawiczne. Nie tylko przekazywanie wiedzy lecz i tworzenie nowego ekosystemu edukacyjnego. Tę rzeczywistość dopiero na dobre odkrywamy, dlatego jeszcze wiele razy powrócę do tego tematu na tym blogu. Bo odgrywam, poszukuję i popełniam błędy...

17.09.2025

I rzucili się na certyfikaty jak szczerbaty na suchary, czyli AI dla naukowców




Każde doświadczenie da się wykorzystać, z każdego szkolenia, referatu czy wykładu można wynieść coś wartościowego. Nawet z tego nudnego. Trzeba tylko nastawienia na rozwój i szukanie szerszego kontekstu. Dobra kucharka ugotuję zupę i na gwoździu. Od dawna próbuję i uczę się narzędzi AI. Skoro są wśród nas studenci i uczniowie, którzy na co dzień używają różnych narzędzi AI (sztucznej inteligencji) to nauczyciel akademicki też musi rozumieć to zjawisko i doradzać jak mądrze i sensownie wykorzystywać narzędzia sztucznej inteligencji w uczeniu się i pisaniu prac czy przygotowywaniu prezentacji na zaliczenie. Uczę się sam (wolno lecz systematycznie), ale z chęcią uczestniczę w różnych szkoleniach by uczyć się od innych, od tych, którzy już coś więcej doświadczyli, sprawdzili itp. Bo po co z mozołem odkrywać Amerykę po raz kolejny?

Zacznę jednak od brutalnej szczerości: dałem się nabrać. Widząc w uczelnianej skrzynce mailowej zaproszenie na webinar o AI dla naukowców, poczułem coś, co wielu z nas zna aż za dobrze – nadzieję. Pomyślałem: "w końcu coś rzetelnego, coś od uczelni, a nie kolejny spam". To było jak spotkanie z akwizytorem, który zamiast garnków proponuje wejście do świata cyfrowej nauki. No i rzuciłem się, jak szczerbaty na suchary. Nie ja jeden.

I tak, w środku dnia, usiadłem przed ekranem. A po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że dobra dydaktyka i kompetencje wykładowcy, nawet w świecie technologii, webinarów i AI, ma duże znaczenie i nieocenioną wartość. Ale równie ważne jest to, że jesteśmy świadkami zjawiska, które śmiało można porównać do najazdów akwizytorów na starszych ludzi. Tyle że zamiast garnków z "cudowną" powłoką za 7 tysięcy, oferuje się nam „cudowne” szkolenia z AI dla naukowców. I to wcale nie żart! Oferty te, często partackie i bezwartościowe, lądują na naszych skrzynkach mailowych z częstotliwością comiesięcznej wizyty listonosza z rachunkami. Ops, przepraszam, rachunki przychodzą głównie poczta elektroniczną. Listonosza widzę, tylko wtedy, gdy przynosi list polecony, wymagający podpisu.

O co w tym wszystkim chodzi? O nic innego, jak o ogromną potrzebę i chęć doszkalania się w środowisku akademickim. To akurat cos dobrego. Naukowcy, pracownicy uniwersytetów, wszyscy widzą, że AI to nieuchronna przyszłość. Chcą być na czasie, chcą wiedzieć, jak te narzędzia mogą usprawnić ich pracę. Ta chęć, choć szlachetna, czyni nas łatwą zdobyczą dla "ekspertów" od wszystkiego, którzy obiecują, że po jednym webinarze zostaniesz mistrzem promptowania i pisania publikacji. No bo skoro propozycja przychodzi na uczelnianą skrzynkę mailową, to musi być to coś pewnego i sprawdzonego, prawda? Nic bardziej mylnego. To pierwsza, ale niestety, nie ostatnia pułapka. To taki biologiczny wyścig zbrojeń, analogicznie jak między drapieżnikiem a ofiarą czy między pasożytem a żywicielem. 

Na webinarze było ponad 850 osób, domyślam się, że w większości ludzie ze środowiska akademickiego (ale pewności nie mam, co osłabia niżej zapisane wnioski). Szkolenie rozczarowało mnie w warstwie merytorycznej i dydaktycznej. Było jednak okazją zobaczyć inne aspekty społeczne, pokazujące całe środowisko akademickie. Już po kilku minutach pojawiło się pytanie „czy nagranie z tego webinarium będzie udostępnione” (bo włączono nagrywanie). Wszak studenci także chcą nagranych wykładów. I jest to dobre, bo w wolnym czasie można obejrzeć ponownie lub jak w konkretnym czasie wykładu student nie ma czasu uczestniczyć, to obejrzy asynchronicznie. Niestety, nie obiecano udostępnienia nagrania. Być może nagrywano tylko dla własnych, organizacyjnych celów. Ale znacznie istotniejsze było pytanie „czy będą certyfikaty” potwierdzające udział w szkoleniu? I mimo, że padło szybko zapewnienie, że będą, wystarczy tylko podpisać swój profil imieniem i nazwiskiem (tu dygresja, dlaczego ludzie wpisują jakieś anonimowe ksywki zamiast imienia i nazwiska, gdy logują się na webinarium?) to rozsypał się na czacie worek z komentarzami „poproszę o certyfikat”, z podaniem nawet adresu mailowego. Niczym nauczyciele w czasie szkoleń, gdy najważniejsze jest potwierdzenie udziału. Nawet jeśli tak zareagowało 10-20% uczestników, to przy dużej liczbie na długo czat był zasypany w sumie spamem. Na dodatek ujawniło się, że duży odsetek uczestników nie potrafi czytać i słuchać ze zrozumieniem prostych komunikatów. O czym to świadczy? O nieuważnej obecności, włączyć czat i robić coś innego. A czy nie z takimi samymi problemami borykamy się w czasie zajęć online ze studentami? Przyganiał kocioł garnkowi?

Na początku nie było jeszcze wiadomo, czy webinar jest wartościowy, a już pojawiła się lawina próśb o certyfikaty. Można wyciągnąć wniosek, że środowisko akademie jest stale oceniane, więc zbiera różne świstki do tych ocen. Bardziej przyszli po certyfikat niż po rzeczywistą wiedze. Liczy się papier, bo z papierów jesteśmy rozliczani. Środowisko pod presją i w dużym stresie i to widać między wierszami...

To był bolesny moment, uświadomiłem sobie, że liczy się papier, a nie wiedza. Zmora edukacji na każdym poziomie od szkoły podstawowej po uniwersytet. Nie oszukujmy się – certyfikat to dla nas, pracowników akademickich, to coś w rodzaju trofeum. łatwo zdobyć, połączyć się  z webinarium... i robić coś innego w tym czasie. Można ten certyfikat wpiąć w teczkę i pokazać, że "coś się robi". Jakby w dobie internetu to wciąż miało jakąś wartość. Z tym samym borykamy się w odniesieniu do studentów. Najzabawniejszy był jeden z komentarzy (i bardzo celny), że teraz z każdego spotkania można generować certyfikaty i to jest pomysł na biznes dla kawiarni Starbucks...

To, co działo się dalej, można określić jednym słowem: niska jakość szkolenia i brak dydaktycznego doświadczenia. Ktoś przeczytał jedną książkę, jedną publikację, obejrzał jedno inne szkolenie, coś sam zrobił i już występuje w roli trenera-edukatora. Kiedyś Stańczyk udowodnił, że najwięcej jest lekarzy, teraz można równie dowcipnie wykazać, ze najliczniejszym zawodem jest nauczyciel-edukator. Irytacja z niskiej jakości szkolenia wyraźnie uwidoczniła się w licznych komentarzach na czacie (dobra i szybka ewaluacja). W gruncie rzeczy prezentacja była w dużym stopniu chaotyczna, jakby improwizowana lub przygotowana na kolanie. Albo przez studenta lub AI. Slajdy były przeładowane tekstem. Prelegent patrzył niczym w sufit, jakby szukał tam natchnienia. Patrzył nie w kamerę tylko ponad, w rezultacie uczestniczy odnosili wrażenie, że patrzy w sufit i unika kontaktu wzrokowego z widownią. Do tego doszły drobne problemy techniczne. Ktoś z uczestników zaczął rysować po ekranie, a my, zamiast dowiadywać się o AI, próbowaliśmy rozszyfrować te mazgaje. Gdyby prezentacja była dobrze pomyślana, zajmująca i pełna konkretów, te drobne usterki techniczne w ogóle by były widoczne.

Z samego wykładu dowiedziałem się niewiele, bo dużo było niepotrzebnych rozwlekłości a mało konkretów. Więcej dowiedziałem się z dyskusji na czacie, od innych uczestników. To było prawdziwe środowisko edukacyjne, bo to właśnie tam, w chaosie, tworzyła się przestrzeń do wymiany doświadczeń. Tu pojawiła mi się refleksja, że w dydaktyce często ważniejsze jest zaprojektowanie dobrego środowiska do uczenia się niż sam podający przekaz. W tym przypadku na webinarium było sporo naukowców doświadczonych w pracy z AI. Ale byli też zupełni nowicjusze. Obie te grupy oczekiwały innych treści merytorycznych i innego tempa dyskusji. Czy można bardziej zindywidualizować odbiór? To dla mnie ważne pytanie w kontekście rozpoczynającego się niebawem roku akademickiego. O tych niedostatkach webinarium piszę nie dlatego, żeby komuś wytknąć ale jako autorefleksja dla mnie. Próba zrozumienia co się dzieje po drugiej stronie i jak studenci mogą odbierać moje wykłady i czego tak na prawdę potrzebują. Taniej jest się uczyć na cudzych błedach aniżeli na swoich.

Pod koniec opisywanego szkolenia online okazało się, że najpewniej ten webinar miał być przynętą na płatny kurs w zakresie AI w nauce. Jeśli tak, to był był to strzał w kolano (antyreklama). Po godzinie takiej "nauki", czułem się tak, jakbym zmarnował czas. Przede wszystkim niska jakość dydaktyczna i niskie umiejętności prezenterskie zniechęciły mnie by iść po więcej w tej firmie. Żeby być dobrym edukatorem, to trzeba mieć odpowiednie umiejętności w zakresie przygotowania prezentacji, ułożenia scenariusza i dobrania treści do przekazania. Wielu ludziom wydaje się, że każdy może być nauczycielem i trenerem. Owszem, w edukacji rówieśniczej, gdy uczeń uczy się od ucznia, student od studenta czy nowicjusz od innego nowicjusza, taka forma jest dobra i polecana. Ale nie jako płatny kurs szkoleniowy. Już w średniowieczu w rzemiośle rozróżniało się mistrzów i partaczy. I ten podział nic nie stracił na wartości.

Wniosek jest prosty: widać, że środowisko naukowe chce i potrzebuje wiedzy na temat sztucznej inteligencji. Chcemy się rozwijać, iść z duchem czasu. Problem w tym, że nasz głód wiedzy czyni nas łatwym celem dla partackich firm szkoleniowych. Niestety, w tej "gorączce złota" na certyfikaty łatwo jest paść ofiarą bubli i kursów niskiej jakości. A ja, z perspektywy naiwnego naukowca, mogę tylko ostrzec: uważajcie na darmowe webinary (płatne z reszta też). Nie każdy papier jest wart waszego czasu. I choć chęć posiadania certyfikatu może być komiczna, to za nią stoi realna potrzeba bycia kompetentnym w nowej, technologicznej rzeczywistości. Ważne, aby w przyszłości umieć odróżnić wartościowe szkolenie od taniej podróbki, która zaoferuje nam tylko bezwartościowy papier.

Na koniec kilka wniosków. Tak, czas zmarnowałem, ale każde doświadczenie czegoś uczy. Jeśli tylko podejmiemy wysiłek refleksji i skonfrontujemy z szerszym kontekstem. Moje wnioski są takie:
  1. Środowisko akademickie chce podnosić swoje kompetencje cyfrowe w zakresie wykorzystania AI w prowadzeniu badań, pisaniu sprawozdań z grantów, pisaniu publikacji i prowadzeniu dydaktyki ze studentami.
  2. Nawet i nasza grupa zawodowa narażona jest na bezwartościowy spam i nic nie warte szkolenia i to nawet płatne. Krytyczne myślenie i odporność na spam zawsze w cenie.
  3.  Brakuje dobrych szkoleń wewnątrzuczelnianych (a przecież to może być jedynie zbudowanie środowiska społeczności uczącej się), zapewnianych przez pracodawcę, więc akademicy muszą uczyć się na własną rękę, metodą prób i błędów.
  4. Nie wystarczy przeczytać jedną książkę, jeden artykuł, samemu coś odkryć w niewielkim zakresie by szkolić innych. Liczy się rzetelna i głęboka wiedza oraz własne doświadczenie.
  5. Niezwykle ważne są kompetencje dydaktyczne by przygotować sensowny scenariusz prezentacji, umiejętności w przygotowaniu dobrej prezentacji (by mówić do ludzi a nie tylko w ich obecności).
  6. Nic nie ma za darmo i nie jest łatwe. Nie ma cudownych metod na szybkie uczenie się ani cudownych recept na pisanie publikacji. Podobnie z AI – żeby dobrze wykorzystać to narzędzie trzeba poświęcić wiele czasu by się nauczyć sensownie z niego korzystać. W 5 minut się nie da. To nie czarodziejski rekwizyt typu „stoliczku nakryj się”. Dobra wiedza i umiejętności wymagają wysiłku i czasu, tak czy siak.
PS. Zdjęcie nie jest związane z tematem, dla ozdoby i poprawy estetyki. Próbowałem także napisać ten tekst z AI (Gemini). Napisałem prompt i szkic, ale z efektu nie byłem zadowolony i znacząco zmieniłem oraz rozbudowałem otrzymany od Gemini tekst. Niemniej AI w jakimś stopniu uczestniczyło w pisaniu, jako ktoś, z kim można wymienić pomysły i "pogadać" . Zbyt dużo czasu zajmuje pisanie dobrego promptu i wstawiania szkicu. Prościej już samemu napisać od początku do końca. Bo tłumaczenie co i jak na napisać zajmuje zbyt dużo czasu. Kazał pan, musiał sam...

10.09.2025

Edukacja jako laboratorium wyobraźni - konferencja "Edukacja w kryzysie wyobraźni?"


Poczytuję sobie za zaszczyt uczestniczyć w konferencji pt. "Edukacja w kryzysie wyobraźni? Nowe horyzonty pedagogiczne", konferencji adresowanej do nauczycieli, pedagogów, psychologów, edukatorów i rodziców. Jest mi miło, że mogę się spotkać, nawet jeśli jest to spotkanie zdalne. Choć nic nie zastąpi bezpośredniego kontaktu, to właśnie w takich nietypowych sytuacjach, dzięki nowym technologiom, odkrywamy nowe możliwości komunikacji i edukacji. To symboliczne, że na konferencji zatytułowanej „Edukacja w kryzysie wyobraźni?” możemy także doświadczyć, jak technologia może stać się narzędziem ułatwiającym kontakt i pobudzającym kreatywność oraz otwierającym nowe horyzonty. Choć ja będę przekonywał do bezpośrednich kontaktów z przyrodą, w czasie wakacji i wypadów weekendowych i wycieczek rodzinnych, bez stopni, klasówek, wykuwania na pamięć. Ale za to z ciekawością i wcielaniem się w rolę naukowca. Technologia jest tylko uzupełnieniem, jest wsparciem a nie celem samy w sobie.

Dlaczego rodzice w edukacji? Bo do wychowania jednego dziecka trzeba całej wioski. Edukacja to nasza wspólna sprawa i wspólnie tworzymy możliwie najlepsze środowisko do uczenia się. Nowe sytuacje zmuszają nas do poszukiwania całkiem nowych słów, takich jak nauczeń, nauczeństwo, projekczyciel (czytaj o tym więcej tu, tu, tu i tu). Nauczeń to neologizm, łączący słowa nauczyciel i uczeń, czyli ktoś, kto się uczy od uczniów i jednocześnie ich naucza. Projekczyciel to połączenie nauczyciela i projektanta przestrzeni edukacyjnej, ma zaznaczyć konieczność nie tylko przekazywania wiedzy lecz i projektowania sytuacji i przestrzeni, w której ktoś inny się uczy. 

Nie tylko nowe technologie przynoszą zmiany, ale także globalne ocieplenie oraz głębokie zmiany społeczne. Kryzys (a więc problem) czy szansa? Żyjemy w erze radykalnych i gwałtownych zmian, co stawia przed edukacją ogromne wyzwania. Wiele osób postrzega ten cywilizacyjny i dynamiczny proces jako zagrożenie, a kryzys – jako problem, z którym trudno sobie poradzić. Często rodzi to postawy wycofania sie, negacji, ucieczki do mitycznych, dawnych dobrych czasów (konserwatyzm w najgorszym rozumieniu). Moja propozycja jest inna: potraktujmy te wyzwania jako impuls do działania i szansę na fundamentalną transformację. Do tego oczywiście potrzebna jest nie tylko wiedza lecz i wyobraźnia. Osobiście kładę nacisk na edukację przyrodniczą, wymagającą bezpośredniego kontaktu z przyrodą, obserwacji, notowania i przetwarzania wiedzy. Szeroko rozumiana przyroda nas otacza, nawet w mieście, w budynkach, na wsi. 

Edukacja w obecnym kształcie coraz mniej przystaje do rzeczywistości (ale to nie wina edukacji tylko zachodzących zmian). Ta wielowymiarowa rzeczywistość z dnia na dzień staje się coraz bardziej złożona i nieprzewidywalna. Ograniczanie się do przekazywania gotowych faktów i utartych schematów jest jak próba leczenia nowotworu aspiryną. Lub jak chodzenie w letniej odzieży zimą (niedostosowane ubranie do aktualnych warunków atmosferycznych). To, czego naprawdę potrzebujemy, to nie encyklopedyczna wiedza, którą możemy znaleźć w kilka minut, ale wyobraźnia – zdolność do syntezy, antycypacji i tworzenia nowych rozwiązań. Potrzebujemy także krytycznego myślenia. Bo jak zweryfikować informację uzyskaną w kilka sekund od AI? To samo dotyczy usłyszanej opinii od innego człowieka czy informacji wyczytanej w książce czy czasopiśmie papierowym. 

Przyrodę znamy zazwyczaj z książek (w tym podręczników), telewizji, internetu a teraz nawet z tekstów generowanych przez AI. Więcej wiemy o pingwinach i żyrafach niż o zwierzętach, które żyją wokół nas. W naszym domu, mieście czy pobliskim lesie, rzece i jeziorze. Nie znamy najbliższej przyrody bo więcej czasu spędzamy przed ekranami niż na spacerze i zaciekawionym obserwowaniu tego, co blisko nas. 

Jak poznawać? Weź zeszyt i ołówek, ewentualnie smartfon i idź w teren, obserwuj, dostrzegaj, dokumentuj. Że nie wiadomo jaki to gatunek? Że rodzicowi czy nauczycielowi nie wypada nie znać, nie wiedzieć? Bynajmniej. Odkrywaj świat razem ze swoim dzieckiem, razem ze swoim uczniem. Pokazuj jak się dokumentuje pozyskiwane informacje, jak oznacza gatunki, jak weryfikuje wnioski i uogólnienia. Zrób zdjęcie lub narysuj, to co zobaczysz. A potem poszukaj w książkach lub za pomocą smartfonu w internetowych kluczach czy programach do rozpoznawania obrazu. Sprawdź czy uzyskana odpowiedź jest poprawna. A jak już masz nazwę gatunkową (naukową) czy rozpoznany proces przyrodniczy, to teraz możesz sięgnąć do ogromnych zasobów, zgromadzanych przez wieki i doczytaj więcej. Słowa i nazwy, które są wrotami do wiedzy. Co to za gatunek, jakie ma cechy, gdzie żyje, jak się rozmnaża itp. Od obserwacji i zadziwienia do szerszej wiedzy. Jak po nitce do kłębka.

Co dalej? Opowiedz innym o swoich obserwacjach, interpretacjach, wnioskach i wrażeniach. Opowiedz co widziałaś (eś) w mediach społecznościowych, na blogu, w opowieści ustnej, eseju, wystawie fotograficznej, rolce wideo itp. Dlaczego tak? Bo jest to głębsze przetwarzanie wiedzy i więcej się nauczysz. Można to nazwać metodą Klubów Młodych Odkrywców lub cyklem Kolba: doświadczaj, poddawaj refleksji przeżyte doświadczenia, powiąż to z wiedzą już posiadaną lub naukową, zastosuj w praktyce. 

Szkoła to nie tylko magazyn wiedzy lecz także, a może przede wszystkim szkoła, a w szerszym znaczeniu edukacja, to Laboratorium Wyobraźni. Edukacja powinna przestać być fabryką gotowych odpowiedzi, a stać się laboratorium wyobraźni. Miejscem poszukiwania, popełniania błędów, dyskusji i dochodzenia do prawdy. Kluczowe pytanie brzmi: w jaki sposób rozbudzić w uczniach i nauczycielach ciekawość, umiejętność obserwacji, abstrakcyjnego myślenia i mądrego spojrzenia na rzeczywistość? Jak przygotować ich do przewidywania i radzenia sobie z różnymi wariantami przyszłości? Nie bój się błędów i swojej niewiedzy, bądź jak naukowiec - odkrywaj i w dyskusji z innymi weryfikuj swoje odkrycia. Naukowcem możne być w wieku 7 lat, 27 jak i 70. 

Współczesna nauka, przez swoje zaawansowane metody i hermetyczny język trochę się wyalienowała. Przeciętnemu człowiekowi trudno zrozumieć o co chodzi i trudno włączyć się nawet do dyskusji. Ale w zakresie odkrywania przyrody każdy może uczestniczyć w badaniach, dotyczących zmian w rozmieszczeniu gatunków, pojawiania się jednych a znikania innych, zmian w ich fenologii itp. Mam na mysli naukę obywatelską, citizen science.

Odpowiedź na wyzwanie edukacyjne nie jest prosta, ale konieczna jest zmian paradygmatu. Edukacja "laboratoryjna" polega na eksploracji, eksperymentowaniu i uczeniu się metodą prób i błędów – dokładnie tak, jak dzieje się to w procesie ewolucji biologicznej. Tak jak w hipotezie Czerwonej Królowej trzeba biec (zmieniać) by być ciągle w tym samym miejscu. Zachowujmy zasadnicze cele edukacji lecz zmieniajmy metody i formy. 

To nie jest czas, by pytać, czy „widzieliśmy już wszystko i wiemy już wszystko”. Takie myślenie to pułapka. Prawdziwa nauka zaczyna się tam, gdzie kończy się pewność. Musimy odejść od roli wszechwiedzących mentorów na rzecz odkrywców i przewodników, którzy wspierają swoich podopiecznych w samodzielnym odkrywaniu świata. Odwaga odkrywania to odwaga popełniania błędów i ich naprawiania. A my teraz odkrywamy nowe systemu edukacyjne. Tak, jest to ryzykowne i czasami bolesne. Ale nie ma  innej, lepszej alternatywy. Samo się nie zrobi, czekanie aż inni za nas wymyślą i przetestują to najgorsze z rozwiązań.

Jak stworzyć laboratorium wyobraźni? I przede wszystkim wcale nie o sprzęt tu chodzi lecz o odważne myślenie czyli wyobraźnię. Po pierwsze rozbudzanie ciekawości i umiejętności obserwacji. Zamiast podawać gotowe odpowiedzi, zadawajmy pytania, które zmuszają do myślenia i do dalszego poszukiwania. Zachęcajmy do uważnej obserwacji otaczającej rzeczywistości – nie tylko tej widocznej gołym okiem. Proponujmy projekty interdyscyplinarne, które łączą na przykład fizykę z historią sztuki, a matematykę z biologią. Lub entomologię z etnografią  - mam na myśli nazwy owadów, będących jednocześnie dawnymi nazwami demonów przyrody: rusałka, świtezianka, wieszczyca, topielica, żyrytwa, bagnik itp. W taki sposób można połączyć dawne wierzenia z biologią współczesną.

Po drugie potrzebne jest abstrakcyjne myślenie i przewidywanie. Wprowadźmy do szkół więcej myślenia hipotetycznego i symulacji. Niech uczniowie zastanawiają się: „Co by było, gdyby…?”. Narzędzia takie jak modele matematyczne, symulacje komputerowe czy nawet gry strategiczne mogą stać się potężnymi narzędziami do rozwijania umiejętności przewidywania i planowania na wypadek niepewności. A może pisanie opowieści fantasy, zakorzenionych w historii i rozumieniu otaczającej nas przyrody? I wtedy znowu pojawią się rusałki, kłobuki i wieszczyce ale w całkiem innym krajobrazie kulturowym i słownym.

W końcu potrzebna jest odwaga do eksperymentowania. Nie bać się błędów i porażek. Zarówno uczniowie jak i nauczyciele muszą mieć przestrzeń na błędy. Strach przed porażką i ocenianiem to jeden z największych hamulców innowacyjności. Zamiast karać za błędy, celebrujmy je jako naturalną część procesu uczenia się i poszukiwania. Bo tak właśnie rozwija się nauka i na tym polega metoda naukowa. Odwaga eksperymentowania dotyczy także wymyślania nowych ekosystemów edukacyjnych. Bo że będę potknięcia i błędy to pewne. 

A po czwarte potrzebna jest nowa rola nauczyciela, jako nauczyciela-badacza. Nie tylko jako transmitera gotowej wiedzy (i brakarza wychwytującego wszelkie błędy) lecz nauczyciela, który sam poszukuje, który sam uczestniczy w procesie uczenia się. Stąd nauczeń i projekczyciel, jako neologizmy na nowo opisujące rolę edukatora. I takim nauczniem i projekczycielem może być także rodzic. Nauczyciele muszą zrzucić płaszcz „dostawców wiedzy” i stać się badaczami, którzy sami nieustannie się uczą, eksperymentują z nowymi metodami i dzielą się swoimi doświadczeniami. Ta zmiana roli jest kluczowa dla uruchomienia prawdziwej innowacji w ekosystemie edukacyjnym.

Edukacja w obliczu kryzysu wyobraźni to nie tylko zagrożenie. To wezwanie do działania. Musimy odważyć się na to, by przekształcić nasze szkoły w laboratoria, w których to wyobraźnia jest najważniejszym odczynnikiem, a eksperymenty – codziennym chlebem. Przyroda jest wokół nas, wystarczy wyjść z klasy i obserwować. Na przykład sprawdzić dlaczego leżąc na plecach (brzuchem do góry) w papierowym zeszycie można pisać ołówkiem, a długopisem się nie da. I jaką rolę pełni tu grawitacja? Doświadczanie sytuacji, refleksja a potem wiązanie z teorią. I kolejne weryfikowanie w praktyce. Tak, kolejny raz odwołuję się do cyklu Kolba.

Mam nadzieję, że dyskusje z Piły będą kontynuowane, a konferencja zainspiruje uczestników i obserwatorów do twórczego działania, które sprawi, że polska edukacja stanie się prawdziwym laboratorium przyszłości. 

Edukacja jako laboratorium wyobraźni.  To pytanie w jaki sposób rozbudzać zainteresowania i wyobraźnię uczniów i nauczycieli, umiejętność obserwacji i abstrakcyjnego myślenia, mądrego patrzenia na rzeczywistość, przewidywania i przygotowania na różne warianty. Czy my już wszystko widzieliśmy i wszystko wiemy? To pytanie, na które przez długie miesiące będę próbował znaleźć odpowiedź. I od razu będę pomysły sprawdzał w codziennej dydaktyce na uniwersytecie oraz w moich działaniach popularyzatorskich czyli edukacji pozaformalnej. Są pytania, na które szybko nie znajdziemy dobrej odpowiedzi.

Więcej dodatkowych materiałów: https://wakelet.com/wake/wCuWKYwh-sCVatwSji1YH

Organizatorzy konferencji: Centrum Doskonalenia Nauczycieli w Pile i Nadnotecki Instytut UAM w Pile Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, z udziałem Zespołu Roboczego Pedagogika Ekologiczna Młodzieży, Sekcja Pedagogiki Młodzieży przy Komitecie Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk, Zespół Pedagogiki Młodzieży Wydziału Studiów Edukacyjnych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

8.09.2025

O tym, jak ważna jest umiejętność prezentacji

Przykład z jakiejś konferencji i z niezbyt dobrze przygotowaną przestrzenią. Masywna mównica oddziela mówcę od publiczności, niczym zamkowy mur z fosą. Brak podglądu ekranu. Są już mównice z wbudowanym ekranem w pulpit. Znacznie ułatwia prezentowanie i i utrzymywanie kontaktu wzrokowego z publicznością. Stare rozwiązania w nowych warunkach. 


Uczestniczę w różnych konferencjach i spotkaniach na żywo, wiele innych oglądam w mediach.  A samą sztuką (kompetencja, umiejętnością) przemawiania i przedstawiania treści naukowych i popularnonaukowych zajmuję się od kilkudziesięciu lat. Wynika to z wykonywanego zawodu nauczyciela akademickiego. Uczę studentów skutecznego przedstawiania treści naukowych. W uproszczeniu: uczę pisać, mówić i tworzyć treść wizualną. A przede wszystkim sam się uczę. Ćwiczę, eksperymentuję, czytam, szkolę się, analizuję. Teoretycznie przez te 40 lat powinienem się już wreszcie nauczyć?! Tyle, ze ciągle zmieniają się warunki społeczno0technologiczne. I jest jak z ewolucja biologiczna w zmieniającym się środowisku - trzeba ciągle biec by być w tym samym miejscu.

A przyszło nam żyć w czasach, gdzie internetowi prelegenci wyrastają jak grzyby po deszczu. Niegdyś, aby przemawiać do tłumów, trzeba było mieć na koncie co najmniej wprawę i wiedzę z retoryki. To było dawno, w kulturze słowa mówionego. A dziś? Dziś retoryki się nie uczy ani w szkołach, ani na studiach. Wystarczy konto na popularnej platformie społecznościowej. Czy to oznacza, że sztuka mówienia zanikła? O nie! Wręcz przeciwnie, nigdy nie była tak potrzebna. Może dlatego, że tak dużo jest słabym wystąpień, zarówno w biznesie, jak i edukacji. 

Sztuka prezentacji w ostatnim półwieczu rozwijała się od tablicy do wideokonferencji. W biznesie i edukacji prezentacja to nie tylko sposób na przekazanie wiedzy. To narzędzie do wywierania wpływu, budowania autorytetu i, co tu dużo mówić, zarabiania pieniędzy (przynajmniej w biznesie). Z tego powodu warto się jej nauczyć. Oglądam konferencje, spotkania biznesowe oraz webinaria i widzę, że składne i zajmujące mówienie to umiejętność wciąż niezbyt częsta. Może dlatego, że epoka oralna minęła dawno temu, a my, zanurzeni w morzu pisanych tekstów, zapomnieliśmy, jak się dobrze mówi? Może uznaliśmy, że liczy się tylko technologia a nie umiejętność wykorzystania tej technologii?  Przechodzimy z pisania na klawiaturze do mówienia do mikrofonu i liczymy na to, że treść sama się obroni. Błąd. Liczy się także forma i dostosowanie formy do konkretnego kontekstu czasu i miejsca. Bo inaczej się słucha a inaczej czyta. A jeszcze inaczej ogląda materiały w mediach społecznościowych. Trzeba mówić do ludzi a nie tylko w ich obecności.

Detale czynią różnicę. Wyobraź sobie, że idziesz na wystawną kolację, a kelner podaje wyrafinowane danie na brudnym talerzu. Da się zjeść? Pewnie, ale przyjemność z posiłku spada. Podobnie jest z prezentacjami i wypowiedziami publicznymi. Tam też warto zadbać o "czysty obrus i czyste talerze". Czyli zadbać by forma dostosowana była do sytuacji i okoliczności. Czy profesjonalista poradzi sobie w każdych warunkach? Tak, ale po co ma się męczyć i improwizować? Dobra organizacja przestrzeni, od oświetlenia ekranu po podgląd dla prelegenta, to niby detale, ale to one sprawiają, że i prelegent, i publiczność czują się komfortowo. Wtedy forma nie utrudnia odbiór zasadniczej treści. Tak jak jedzenie posiłku na estetycznej i czystej zastawie.

Ile razy widziałaś (eś) slajd wypełniony po brzegi tekstem, tak drobnym, że musiałbyś podać się do komputera, żeby go odczytać? To ewidentny efekt kultury pisma. Uczymy się pisać elaboraty, ale nie potrafimy ich streścić w punktach. Nie potrafimy wyłowić zasadniczej i najważniejszej myśli z własnych wypowiedzi. Wypełniamy wyznaczony czas słowami, a czasem znacznie przekraczamy przyznany mam czas ku irytacji innych prelegentów i słuchaczy. Efekt? Włączamy webinarium i z minuty na minutę coraz bardziej nuży nas to, że jest za dużo tekstu na slajdach i że jest nudnie przedstawiana treść w czasie webinarium. A przecież slajdy to nie scenariusz, a jedynie tło. Nie cel sam w sobie a jedynie pomocny rekwizyt.

Gdzie i jak nauczyć się dobrych form prezentacji, w tym prezentacji cyfrowych? Tak, jak w czasie awarii w samolocie, najpierw zakładamy maskę z tlenem dla siebie, dopiero potem towarzyszącemu nam dziecku. Tak samo jest z edukacją cyfrową. Najpierw opanuj samemu, potem ucz innych. Nasze dzieci dorastają z technologią w ręku, ale my, jako dorośli, mamy za zadanie pomóc im zrozumieć, jak z niej korzystać w mądry sposób. Przyspieszona edukacja cyfrowa to nie tylko wyścig z czasem, ale również rosnące nierówności (także cyfrowe). Jeśli my, dorośli, nie będziemy umieli nadążyć, nasze dzieci będą miały pozorną przewagę, ale w nieznanym nam świecie.

Zatem umiejętność prezentacji to nie tylko mówienie do ludzi, ale również sprawne posługiwanie się narzędziami, które wspomagają ten proces. Zmieniło się środowiska i zmieniły się narzędzia. Od prostych rekwizytów, tablicy z kredą, rzutnika multimedialnego z prezentacją w Power Poicie po wiele innych detali takich jak świetlenie, podgląd prezentacji, zegar z mijającym czasem itp. W świecie, gdzie komunikacja staje się coraz bardziej cyfrowa, te umiejętności są na wagę złota. Dlatego, zanim zaczniemy uczyć innych, jak się prezentować, zacznijmy od siebie. Najpierw maseczka z tlenem dla siebie, potem dla ucznia.

Dlatego właśnie się nieustannie uczę przez próbowanie i działanie. Metoda Kolba: doświadczam, poddaję się refleksji, wiążę z teorią, modyfikuję i stosuję w praktyce. I tak wchodzę w kolejny cykl. 

7.09.2025

Podróż pociągiem jak przeglądanie się w zwierciadle duszy społecznej

Dworzec kolejowy w czeskiej Pradze.

Od wczesnego dzieciństwa podróżuję pociągami. Pamiętam jeszcze parowozy i dawne przedziały z drewnianymi siedzeniami. Od tego czasu przejechałem tysiące kilometrów i spędziłem setki godzin w podróży. Nie tylko za oknami jadącego pociągu zmieniał się świat, ale także i w wagonie. Nie tylko technika lecz i zachowania społeczne. W wagonie kolejowym, tym zamkniętym i ruchliwym mikroświecie, odsłania się przed nami intrygujący obraz kondycji ludzkiej. Podróż nie jest jedynie przemieszczaniem się z punktu A do punktu B. To swoisty rytuał przejścia, podczas którego widać naszą społeczną naturę w pełnej krasie, a często też w pełnym... hałasie.  To także miejsce spotkania z drugim człowiekiem. Albo miejsce izolacji. Powoli zmienia się kultura jazdy i powoli uczymy się kultury obcowania w tym nowym świecie. Jednym przychodzi to szybciej, innym wolniej. To zapewne kwestia empatii i spostrzegawczości. 

Współczesny pociąg to mozaika jednostek zanurzonych we własnych, cyfrowych bańkach. Głośne odtwarzanie mediów, bez słuchawek, to już nie tylko kwestia braku dobrych manier. To symptom głębszej zmiany. To akt swoistej agresji, manifestacja egoizmu, który przekłada własny komfort nad dobro wspólne. Albo efekt braku wyobraźni i braku empatii. Dawniej, takie zachowanie zostało by nazwane prostactwem. Dziś, w świecie zdominowanym przez indywidualizm, staje się ono niestety coraz bardziej powszechne. Zapewne trzeba czasu na wypracowanie i upowszechnienie norm dobrego wychowania w świecie szybkich pociągów i powszechnego dostępu do technologii.

Wagon kolejowy, w którym spotykamy tak wielu różnych ludzi, prowokuje do refleksji. Dlaczego zatraciliśmy wrażliwość na potrzeby innych? Dlaczego nasza osobista swoboda stała się tak ważna, że musimy ją manifestować kosztem spokoju i komfortu innych? Ta utrata empatii i poczucia wspólnoty to jeden z wielu problemów naszej cywilizacji. Mam nadzieję, że przemijających.

Kiedyś podróżowało się inaczej. Ludzie w przedziałach rozmawiali. Dzielili się opowieściami, komentowali rzeczywistość. Może dlatego, że podróż była przygoda i większym wyzwaniem? Teraz tłoczno jest nie na dworcach kolejowych tylko na lotniskach. Pierwszym elementem izolowania się i odgradzania były papierowe książki i czasopisma. Czyta się jednak po cichu. Dzisiejsza technologia, choć ułatwia życie, staje się paradoksalnie barierą, która izoluje. I która hałasuje.

Jednak problem głośnych mediów jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Przyglądając się rodzicom, którzy są uzależnieni od telefonów, podczas gdy ich dzieci siedzą samopas (czasem nawet destrukcyjnie dla otoczenia), można dostrzec coś, co jest jeszcze bardziej niepokojące. Ci dorośli sami nie byli uczeni w szkole, jak radzić sobie z cyfrowym uzależnieniem, bo gdy dorastali, telefony wyglądały inaczej. Uzależnili się jako dorośli, w życiu pozaszkolnym. Dlatego rozwiązanie nie leży wyłącznie w szkołach, ale przede wszystkim w edukacji pozaformalnej i ustawicznej, która powinna być dostępna przez całe życie. Państwo, często zapominające o tej potrzebie, ignoruje fakt, że świat zmienia się szybciej niż kiedykolwiek. Zajęty rodzic w pociągu daje swojemu dziecku "grzechotkę" czyli smartfon z grą lub bajką, by się zajął i dorosłemu nie przeszkadzał przeglądać social media we własnym telefonie. Pikający telefon lub z głośna muzyką zakłóca podróż pozostałym pasażerom. A z dzieckiem mało kto rozmawia, dlatego zauważa sie, że współczesne maluchy później zaczynają mówić. 

Musimy uczyć się całe życie, jak nawigować w cyfrowym świecie, aby nie zatracić tego, co w nas najcenniejsze - człowieczeństwa i zdolności do bycia obecnym. Wystarczy odkryć słuchawki. Wielu już tak zrobiło, ale liczni są cywilizacyjni maruderzy. Przewoźnicy nawet tworzą specjalne wagony ze strefa ciszy. I tam można sobie wykupić miejsce. Małym dzieciom jednak nie słuchawki są potrzebne co uwaga i rozmowa... Pociąg jest miniaturowym społeczeństwem, w którym zderzają się ze sobą różne światy. To, jak w nim funkcjonujemy, jest odzwierciedleniem naszego podejścia do życia. Czy decydujemy się na hałas i ignorancję, czy na ciszę i szacunek? Ostatecznie, to my wybieramy, czy wnosimy do tej przestrzeni chaos, czy porządek.

Morał tej opowieści jest prosty: to, co robimy w pociągu, pokazuje, kim jesteśmy w życiu. Rozpychamy się lub jesteśmy wrażliwi na potrzeby innych (nawet własnych dzieci). Prawdziwa kultura nie polega tylko na znajomości etykiety. To głębokie zrozumienie, że przestrzeń, którą dzielimy z innymi, nie należy wyłącznie do nas (i nie dotyczy to tylko podróży w pociągu). To umiejętność rezygnacji z odrobiny własnej wygody dla dobra wspólnego. I tak jak w wagonie, tak i w życiu - nasza empatia i szacunek dla innych są miarą naszego człowieczeństwa. Wystarczy przytoczyć bardzo stare: nie czyń bliźniemu tego, co tobie niemiłe. Trzeba tylko umieć osadzić to praktyczne zalecenie w kontekście współczesnej chwili i konkretnym miejscu. 

W czasach mojej młodości chodziło sie do fryzjera i tam czekało sie w kolejce. Byli fryzjerzy gadatliwi i byli milczący. W jakimś mieście wymyślono rozdział na fryzjerów milczków i tych rozgadanych. A klient w jednym zakładzie mógł sobie wybrać, czy chce strzyżenia z pogaduszkami czy w ciszy. Introwertycy i ekstrawertycy mogli sobie wybrać bardziej dogodne dla siebie warunki. Czy warte to upowszechnienia także w innych, publicznych miejscach?

Być może ten esej trafi do kogoś, kto akurat oglądał na pełnej głośności film na swoim telefonie w czasie podróży autobusem lub pociągiem. Może się pokusi o autorefleksję i na kolejną podróż zabierze słuchawki. Albo, co by było cudowne, w ogóle nie włączy swoich przenośnych multimediów. Jestem realistą. Wiem, że nie zmienię świata tymi słowami, ale wiem też, że znaczna większość moich znajomych, moja bańka społeczna, zachowuje się inaczej. Spokojnie, kulturalnie i z szacunkiem dla innych. Wierzę, że takich ludzi jest więcej. A my, cisi pasażerowie, powinniśmy trzymać kciuki za wagony ze strefą ciszy. To właśnie tam, w oazach spokoju, możemy wreszcie poczuć, że ewolucja może iść w dobrą stronę.

A jeśli nie, zawsze możemy założyć własny wagon, tak jak wspomniane strefy u fryzjera, Taki, gdzie rozmawia się, czyta książki, a jedynym dźwiękiem jest stukot kół i szelest stron. No i oczywiście, gdzie nie ma zasięgu. Kto wie, może w przyszłości powstanie taki podgatunek pasażera: Homo sapiens cichogłowy? A może podział na towarzyskich i gadatliwych ekstrawertyków i milczących introwertyków istniał od zarania naszego gatunku? Skoro przetrwaliśmy setki tysięcy lat, to i teraz znajdziemy dobre rozwiązanie.

A co wy myślicie o kulturze podróżowania w pociągu? Podzielcie się swoimi doświadczeniami w komentarzach. Wolicie wagony z przedziałami czy te bezprzedziałowe z ograniczonym kontaktem z innymi pasażerami?

Może zanikła nasza umiejętność prowadzenia rozmów publicznych? Ciekawych, zabawnych i pożytecznych. Czy warto współcześnie rozwijać umiejętność konwersacji w kolejowym wagonie? Jak zacząć, jak zagadnąć, jak kontynuować? A podróż, przynajmniej kiedy,. była okazją do trenowania umiejętności opowiadania. Szkoła w pociągu.

6.09.2025

Jak budować zaufanie do nauki przez upowszechnianie wiedzy?

Opowieść o chruścikach (owady wodne z rzędu Trichoptera) na jednym z pikników naukowych w Olsztynie. Opowieść z rekwizytami i z aktywnością słuchaczy,


Współcześnie nauka jest wyalienowana przez złożone i trudne metody, które uniemożliwiają bezpośrednie uczestnictwo w odkrywaniu. Utrudniają także zrozumienie odkryć naukowych. Dobra opowieść o nauce może to zmienić. Potrzebny jest nie tylko przekaz. Potrzebny jest bezpośredni kontakt z odbiorcą, by mówić do ludzi a nie tylko w ich obecności. Trzeba angażować w odkrywanie a nie tylko w bierne słuchanie (czytanie książek, oglądanie filmów, słuchanie podcastów). Trzeba budować i tworzyć poczucie sprawstwa. W nawiązaniu do trzeciej kultury oraz mojego osobistego, wieloletniego doświadczenia w różnorodnych formach popularyzacji nauki, obecnie staram się organizować warsztaty i pogadanki terenowe, w czasie których słuchacze zapoznają się z kilkoma szablonami krótkich opowieści z rekwizytem, bohaterem oraz wykorzystują narzędzia AI. Po co AI? To narzędzie pomocne (ale nie jest niezbędne) do tworzenia opowieści słownych, dźwiękowych lub obrazowych. Tak, opowiadam i pokazuję ale zachęcam do nawet minimalnej aktywności. By samemu stworzyć opowieść o tym, co się widziało. By posłuchać, obejrzeć i przetworzyć zdobytą wiedzę. 

Przykładem może być trzecia kultura jako tło i inspiracja. Trzecia kultura to obszar, gdzie naukowcy, myśliciele i pisarze z dziedziny nauk ścisłych i przyrodniczych komunikują swoje idee bezpośrednio do szerokiej publiczności, omijając tradycyjnych intelektualistów humanistycznych (w tym dziennikarzy popularyzatorów). Omijają pośredników. Muszą się jednej sami nauczyć komunikacji adekwatnej do współczesności. To nie tylko klasyczne budowanie opowieści lecz i wykorzystanie pisma, dźwięku (podcasty) oraz nagrań wideo. To pom prostu wykorzystanie technologii starych (np. rekwizyty) jak i nowych. W zasadzie tego powinniśmy uczyć się już w szkole. Bo po co na języku polskim uczyć się pisania rozprawki, gdy potem raczej nigdy z tej formy absolwenci szkoły nie skorzystają? W to miejsce raczej powinniśmy uczyć wypowiedzi w formie wideo do umieszczania na You Tube czy Tik Toku. Treść ta sama lecz forma inna. I konieczność edycji, montażu, poprawiania oraz udostępniania w mediach społecznościowych. Tak jak kiedyś w szkole uczyliśmy się pisać CV czy podania do urzędu. Wtedy uczyliśmy się pisać ręcznie na papierze kancelaryjnym. Pora dostrzec, że coś się zmieniło. Że mniej piszemy odręcznie i już trudno jest znaleźć papier kancelaryjny...

W popularyzacji nauki muszą brać udział nie tylko sami popularyzatorzy jako tłumacze z języka nauki na ludzki język lecz musi odbywać się to także z udziałem prawdziwych naukowców. Wtedy będzie wiarygodność i autentyzm. Mamy, jako naukowcy i pracownicy uniwersyteccy, już wpisaną w obowiązki zawodowe trzecią (czyli społeczną) misję uniwersytetu. Obok badań naukowych i tradycyjnej dydaktyki (zajęcia dla studentów na uczelni). Jest już zaczątek, podstawa. Pora teraz na codzienną praktykę. A wtedy ogromny potencjał kapitału ludzkiego wykorzystany zostanie w edukacji przyrodniczej przez całe życie i w małych porcjach. Popularyzacja nauki to element powszechnej edukacji. 

Kryzys zaufania do nauki wynika m.in. z faktu, że nauka współczesne jest wyalienowana przez złożone i trudne metody, które uniemożliwiają bezpośrednie uczestnictwo w odkrywaniu. Zupełnie inaczej było w wieku XVIII, XIX czy w pierwszej połowie XX wieku. Uczestnictwo w nauce staje się niedostępne. Dobra popularyzacja może to zmienić. Co jest ważne? Po pierwsze bezpośredni kontakt z odbiorcą i by mówić do ludzi a nie tylko w ich obecności. Po drugie trzeba angażować w odkrywanie a nie tylko w bierne słuchanie (czy oglądanie). I po trzecie trzeba kreować poczucie sprawstwa, poczucie wpływu przynajmniej na dyskusję o dokonywanych odkryciach. Potrzebne jest rozumienie nauki jako procesu w nieustannej dyskusji i weryfikowaniu informacji. Teraz na przykład potrzebna jest wiedza o szczepionkach, energii odnawialne, zmianach klimatu czy zdrowiu człowieka. Jak o tym opowiedzieć wiarygodnie? I skutecznie.

Moje doświadczenie w popularyzacji nauki to ponad 40 lat pisania tekstów w tradycyjnych czasopismach papierowych, to eseje, felietony w mediach społecznościowych, podcasty, rolki (wideo), wywiady w TV i radio, to wykłady przed różnorodną publicznością i w nietypowych miejscach, webinaria, pokazy na piknikach naukowych, kawiarnia naukowa, wycieczki terenowe, kamishibai, gry terenowe i online, symulacje komputerowe. Uczyłem się przekazu w ciągle zmieniających się okolicznościach społecznych i technologicznych. I ciągle się muszę uczyć. Bo zmiany się nie zatrzymały...

Jestem nauczniem - nauczycielem i uczniem jednocześnie. Uczę się od innych i przez eksperymentowanie oraz nauczam innych przez dzielenie się zdobytą wiedzą i doświadczeniem. Uczę się nie tylko w przestrzeniach akademickich, ale i każdych innych. Tam, gdzie popularyzacja nauki się pojawia. Na wycieczkach terenowych, w radiu, w mediach społecznościowych. 

W nowy rok akademicki wchodzą z nowymi zadaniami i nowymi wyzwaniami. Odkrywać wyłaniający sie uniwersytet otwarty i nową, rozproszona edukacją przez całe życie i w małych porcjach. Wiem, że potrzebna jest szeroka współpraca z różnymi specjalistami, instytucjami i społecznościami. Popularyzacja nauki jest kolektywne, kumulatywna i konektywna. 

Zapraszam do wspołpracy i wspólnego odkrywania.

5.09.2025

Cyfrowa symbioza i awaria systemu, czyli jak stałem się niemalże bezdomnym cyfrowym wędrowcem




Jak bardzo jesteśmy już zrośnięci z technologią uświadomiłem sobie za granica, gdy zepsuł mi się telefon. Jesteśmy zrośnięci jak drzewo z grzybami w symbiozie mykoryzowej. Co prawda drzewo może żyć bez grzybów mykoryzowych, ale rośnie woniej i jest słabsze. Tak i my symbiotycznie zrastamy się z mobilną technologia i się od niej uzależniamy. Można by sparafrazować fraszkę "szlachetne zdrowie ile cenić trzeba, ten tylko się dowie, kto się stracił" - "Szlachetna technologio, ile cię cenić trzeba ten tylko się dowie, komu smartfon padnie."

Część mnie jest już w chmurze czyli gdzieś na serwerach daleko ode mnie, np. dane i logowania w różnych aplikacjach. A bez smartfonu nie mam dostępu do tej części mnie. Bez niemalże symbiotycznego smartfonu poczułem się jak ślepiec lub beznogi inwalida.

Gdy w samolocie zepsuł się ekran mego telefonu (niby działał a jednak był bezużyteczny) wtedy zrozumiałem, jak bardzo jestem zrośnięty z technologią. Po raz pierwszy w życiu utknąłem za granicą bez sprawnego smartfona. Nie jest to historia o zagubieniu się w dżungli, a raczej o bezradności w samym centrum nowoczesnej cywilizacji. Być może nawet wiecie, o czym mówię. Pęknięty ekran to jedno, ale całkowity brak reakcji na jakąkolwiek komendę, to już w zasadzie koniec świata. To jak ucięcie sobie kawałka duszy, która okazała się znajdować w chmurze.

Przyzwyczaiłem się do smartfonu, a bez niego nie da się włączyć gogle mapy by znaleźć drogę w nieznanym sobie miejscu, nie kupi się biletu, nie da się zapłacić blikiem, sprawdzić połączenia komunikacyjnego. I co ważne za granica, gdy nie zna sie języka tutejszych ludzi, nie ma się dostępu do translatora. A nawet jak się ma wykupiony bilet na samolot czy pociąg, to nie można go pokazać. Czyli się jest bez biletu, bez kontaktów. Tak, jakby ktoś ukradł nam bagaż z dokumentami. 

Do tamtej chwili sądziłem, że jestem dość niezależnym człowiekiem. W końcu potrafię zawiązać sznurowadła, ugotować jajecznicę i rozmawiać z ludźmi bez emotikonów. Tego dnia miałem jednak wrażenie, że cała moja samodzielność była tylko iluzją. Gdy w desperacji szukałem drogi z lotniska do dworca kolejowego, uświadomiłem sobie, że nie mam już w głowie żadnych danych (a o papierowej mapie nie pomyślałem, bo od dawna nie używam), bo przecież od lat polegam na Google Maps. Co prawda miałem już kupiony bilet na pociąg ale nie mogłem się do niego dostać i wyświetlić na ekranie. Poczułem się, jak jaskiniowiec w lśniącej metropolii. A raczej jak bezradnie dziecko w obcym i niezrozumiałym świecie. Było to we Francji a ja francuskiego nie znam. Na smartfonie miałem odpowiedni translator. On by wystarczył. Ale przecież telefon nie działał. Tak jak by ktoś oddzielił symbionta lub jakbym stracił ważną część ciała. Potem się okazało, że we Francji można porozumieć się po angielsku i to praktycznie w każdym miejscu, do jakiego dotarłem.

W tej niespodziewanej technologicznej katastrofie na myśl przyszła mi... grzybnia mykoryzowa. Drzewo może żyć bez niej, ale będzie rosło wolniej, będzie słabsze i mniej odporne na przeciwności losu. Z ludzkością i technologią jest podobnie – wrośliśmy w siebie, tworząc cyfrową symbiozę. Dane, wspomnienia, kontakty, a nawet kawałek naszej tożsamości, to wszystko żyje w chmurze, na serwerach gdzieś daleko od nas. Bez smartfona nie mamy do tego dostępu. I w tym momencie, gdy cała nasza niezależność rozpada się na kawałki, odkrywamy, że to, co naprawdę nas łączy, to nie gigabajty, ale inni ludzie. Zrozumiałem, że technologia, choć daje nam pozorną niezależność, w sytuacji kryzysu ujawnia naszą wspólnotową naturę. W świecie, gdzie wszystko staje się indywidualne, awaria uświadamia nam, że nadal jesteśmy plemieniem. I trzeba umieć poprosić. Podróżować najlepiej z kimś. Bo jest nie tylko przyjemniej ale i bezpieczniej. 

Na wycieczkę zabrałem stary telefon by robić nim zdjęcia. Mogłem więc przełożyć kartę SIM i korzystać przynajmniej z funkcji telefonicznej. Ale skąd wziąć cienką szpilkę, potrzebną do wymiany karty? Pożyczone zapięcie od damskiego kolczyka załatwiło sprawę. Niezbędny kontakt telefoniczny wydobyłem z zepsutego telefonu za pomącą zegarka (smartwach), kłopotliwe ale możliwe. Wniosek na przyszłość taki, by mieć ważne kontakty zapisane w notesie papierowym. Miałem na szczęście hasło do konta w gogle więc mogłem połączyć się ze swoją skrzynką pocztową i internetem. Odzyskałem choć częściowo dostęp do tej mojej części, która jest w chmurze. Eksterioryzacja osobowości daleko poza granice własnego ciała. 

W drodze powrotnej mogłem kupić bilet tylko z pomocą innej osoby z telefonem i przesłaniem biletu w pliku pdf. Inaczej bym chyba nie wrócił do kraju. A na pewno byłoby to bardzo trudne. To znaczy bilet lotniczy był, ale potrzebna była pomoc innej osoby ze sprawnym telefonem, by się do niego dostać. Dobrze, że miałem stary aparat. Oczywiście można byłoby gdzieś kupić jakiś nowy, ale to wymaga czasu i dodatkowych starań,. W czasie przesiadki tego czasu brakuje. 

Pomocni okazali się ludzie, z telefonami. Bez nich bym sobie nie poradził. Technologia daje nam dużą niezależność. Ale kiedy jest awaria ta nasza samodzielność staje się iluzoryczna. I wtedy niezastąpione są kontakty i współpraca z innymi ludźmi. W takich okolicznościach uświadamiamy sobie jak bardzo ludzkość jest wspólnotowa.

Po powrocie zepsuty telefon oddałem do serwisu, ekran wymienią. Niemniej przez co najmniej dwa tygodnie będę nie  w pełni cyfrowo sprawy. W tym czasie mam zaplanowaną podróż w inna część kraju. Wszystko będzie trudniejsze, od kupowania biletów po szukanie drogi w obcym mieście. 

Paradoksalnie, to właśnie brak technologii pozwolił mi odnowić prawdziwe, ludzkie kontakty. Zamiast wpatrywać się w ekran, musiałem poprosić o pomoc, podziękować i porozmawiać. Być może to jest ta filozoficzna refleksja, której potrzebowałem. Nasze smartfony, choć potężne, nie zastąpią nigdy ludzkiego gestu, uśmiechu i wsparcia. A może to po prostu ironia losu, że muszę o tym pisać na komputerze, byście mogli to przeczytać na swoich telefonach.

PS> zdjęcie z muzeum kinematografii. Technologia, która dawno wyszła z użycia. Ale są chwile, gdy wracamy do starych umiejętności. I wtedy to, co przestarzałem okazuje się niezastąpione. Tak jak zwykła kartka i ołówek.