24.07.2026

Geopolityka na talerzu, czyli jak pierogi ruskie stały się ukraińskimi




Jeszcze nie tak dawno temu, gdyby ktoś powiedział mi, że zamawianie obiadu w restauracji czy barze mlecznym stanie się deklaracją polityczną, zapewne uśmiechnąłbym się z niedowierzaniem. A jednak żyjemy w czasach, w których nawet niewinna kombinacja twarogu, ziemniaków i cebuli w cieśnie makaronowym potrafi nieść ze sobą ciężar międzynarodowych konfliktów i cywilizacyjnych wyborów. Choć warto tu przypomnieć dowcip sprzed pół wieku. Działo się to w barze mlecznym, kucharka woła „Kto prosił ruskie” (w sensie zamawiał pierogi ruskie). A odpowiedź z sali „Nikt nie prosił, same przyszły” (chodziło o armię sowiecką czyli Rosjan). W jakimś sensie ta barowa geopolityka powróciła.

Jako człowiek zajmujący się popularyzacją nauki, przez lata patrzyłem na świat z optymizmem. Przyznam się do czegoś, co dziś może brzmieć naiwnie: byłem głęboko otwarty na zbliżenie Polski i całej Europy z Rosją. Byłem życzliwie nastawiony do rosyjskiej kultury, a w mojej głowie tliła się wizja przyszłości, w której demokratyczna, zreformowana Rosja staje się pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej. Wierzyłem, że handel, kultura i nauka zdołają zasypać historyczne fosy. Wtedy świat wydawał się optymistycznie rozwijającym w jednym kierunku.

Wszystko zmieniło się w jednej chwili. Władimir Putin, jego bezduszna agresja, imperialna buta i niewyobrażalna brutalność bezpowrotnie zniszczyły te marzenia. Rosyjskie czołgi wjeżdżające na terytorium suwerennej Ukrainy zmieniły nie tylko architekturę bezpieczeństwa w Europie. Zmieniły naszą mentalność, a wstrząs ten dotarł nawet do najgłębszych warstw naszej codzienności. Polacy odwrócili się od Rosji całkowicie (nie licząc dużej grupy prawicowych nacjonalistów, zachwyconych brutalnością i przemocą) – i to nie tylko w wymiarze politycznym czy gospodarczym, ale przede wszystkim w języku. Odrzucamy to, co rosyjskie jako zbrodnicze i niepożądane.

Ruś to nie Rosja. A uwidoczniło się od już 2022 roku, gdy z menu polskich restauracji masowo zaczęły znikać „pierogi ruskie”, a ich miejsce błyskawicznie zajęły „pierogi ukraińskie”. W przestrzeni publicznej podniósł się szum. Dla jednych był to piękny gest solidarności, dla innych – lingwistyczna nadgorliwość. Aby jednak zrozumieć ten fenomen, musimy cofnąć się o kilkaset lat i uruchomić narzędzia z zakresu etnolingwistyki i historii.

Kluczowy błąd, który jako społeczeństwo popełnialiśmy przez dekady, polega na semantycznym utożsamieniu dwóch zupełnie różnych pojęć. Rusiński to nie rosyjski, a Rusin to nie Rosjanin. Choć w języku ulicznym i gwarowym Rosjanin to Rusek, a więc ruski to rosyjski a w zasadzie sowiecki, komunistyczny. Historyczne „pierogi ruskie” nie miały jednak nic wspólnego z Moskwą czy Syberią. Ich nazwa wywodzi się bezpośrednio z Rusi, Rusi Kijowskiej, czy może najbardziej z Rusi Czerwonej – krainy historycznej, położonej na pograniczu dzisiejszej Polski i Ukrainy, z głównym ośrodkiem we Lwowie. Były to proste, wiejskie pierogi, jedzone przez tamtejszy lud (Rusinów), stanowiący miks kulturowy.

Co najciekawsze – i co pokazuje ironię historii – na samej Ukrainie te same pierogi tradycyjnie nazywano... „polskimi” (pyrohy polski). Dlaczego? Ponieważ dla mieszkańców centralnej i wschodniej Ukrainy to właśnie mieszkańcy dawnego województwa ruskiego w granicach I Rzeczypospolitej kojarzyli się z polskością. Mamy więc do czynienia z fascynującym, kulturowym lustrem. 

Lingwistyczny bojkot stał się odrzuceniem kultury przemocy. Skoro więc nauka i historia jasno mówią, że „ruskie” to nasze, lokalne, rusińskie, to dlaczego zmiana na „ukraińskie” była konieczna? Odpowiedź tkwi w psychologii społecznej i ulicznej gwarze. Język nie jest jedynie suchym kodem do przekazywania informacji – jest żywym organizmem, który reaguje na emocje i traumy.

Po pełnoskalowej agresji na Ukrainę słowo „ruski” w świadomości Polaków ostatecznie straciło swój historyczny, neutralny kontekst. Zaczęło jednoznacznie kojarzyć się z rosyjskością, a ta z kolei – z kulturą przemocy, zbrodni i imperializmu. Polacy, zmieniając menu w restauracjach, dokonali aktu zbiorowego, językowego oczyszczenia. Odrzucili wszystko, co choćby fonetycznie kojarzyło się z agresorem. Zamiana pierogów „ruskich” na „ukraińskie” stała się symbolem cywilizacyjnego wyboru i jasną deklaracją, po której stronie konfliktu stoimy.

To zjawisko pokazuje, jak głęboko społeczeństwo potrafi się zmobilizować. To nie był odgórny dekret rządu – to była organiczna decyzja właścicieli knajp, gospodyń domowych i klientów. Chcieliśmy solidarności na każdym poziomie, nawet tym talerzowym. Patrząc na te zmiany z dystansu popularyzatora nauki, nie potrafię nie zadać sobie pytania o przyszłość. Czy i kiedy Rosjanie, jako społeczeństwo, zobaczą i zrozumieją, jak potworną krzywdę wyrządził im Putin? Jego ksenofobia imperialna, szowinizm oraz kultywowana od lat kultura zbrodniczej siły nie tylko zrujnowały Ukrainę, ale wyrządziły potężne, być może nieodwracalne zło samym Rosjanom. I Rosji. Bo ta najpewniej jako państwo się rozpadnie, a na pewno zostanie zmarginalizowana cywilizacyjnie.

Współczesna Rosja dokonała spektakularnego samobójstwa wizerunkowego. Rosyjska kultura – niegdyś szanowana, studiowana na uniwersytetach całego świata, kojarzona z głębią Dostojewskiego i muzyką Czajkowskiego – została wyrzucona z Europy jako niechciana, skażona krwią niewinnych ludzi. To są straty na całe dziesięciolecia, a może nawet stulecia.

Na zbrodniach Putina potwornie tracą sami Rosjanie. Historia uczy nas, że dokładnie tak dzieje się zawsze i wszędzie – to własne narody ponoszą najwyższe koszty kulturowe i moralne, gdy do władzy dochodzą zaślepieni nienawiścią nacjonaliści i imperialiści. Zamiast budować mosty, postawili mur z ciał i gruzów. I choćby naukowcy, historycy czy językoznawcy tłumaczyli, że etymologia pierogów była niewinna, emocjonalnego pęknięcia nie da się łatwo skleić.

Dziś, gdy zamawiam w restauracji pierogi ukraińskie, robię to z pełną świadomością. Wiem, jaka jest ich prawdziwa, rusińska historia, ale rozumiem też, dlaczego zmieniliśmy ich nazwę. Ta nowa nazwa to pomnik naszych czasów – dowód na to, że w obliczu zbrodni nie ma rzeczy neutralnych. Nawet zwykły, wiejski pieróg z twarogiem i ziemniakami może stać się narzędziem oporu i symbolem solidarności z narodem, który walczy o swoją wolność. A Rosja? Rosja na własne życzenie zafundowała sobie długowieczną banicję z europejskiego stołu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz