Nowa odsłona bloga Profesorskie Gadanie. Pisanie i czytanie pomaga w myśleniu. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie opowiadam. Dr hab. Stanisław Czachorowski, prof UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii, Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie
18.04.2018
O ogrodach, owadach i kwitnących chwastach - przedfilmowy wykład w kinie
Kino to nietypowe miejsce na edukację przyrodniczą. Drugi raz zdarzyło mi się opowiadać o przyrodzie przed szkolnym seansem filmowym. Tym razem w kinie Helios. Krótki wykład zamiast bloku reklamowego to dobry pomysł. A miejsce na edukacja pozaformalną także nietypowe. Sala na 400 miejsc, w części wypełniona uczniami. Niektórzy z obowiązkowymi kubkami popkornu... Poza strefa komfortu prelegenta.
A ja opowiadałem o przygodach w ogrodzie, parku i na trawniku miejskim. Zachęcając młodych widzów (uczniowie), by zostali obrońcami ogrodów i przyrody (w nawiązaniu do tematyki filmu przygodowego). Opowiadałem o tym, by nie wypalać traw wiosną, nie zostawiać śmieci w lesie i na łące (butelki jako śmiertelne pułapki dla wielu owadów), by zadbać o kwiaty (dziko rosnące gatunki roślin kwiatowych) i miejsca dla owadów zapylających w mieście. O wczesnowiosennych kwiatach, pszczołach samotnicach, trzmielach, motylach i pożytkach z owadów zapylających. W sam raz przed Dniem Ziemi. Był na koniec mały konkurs przyrodniczy. Zaskakująco duża wiedza przyrodnicza i entomologiczna.
Od czasu opracowania logo niniejszego bloga pojawia się ono na slajdach tytułowych, by wskazać gdzie więcej opowieści przyrodniczych można znaleźć.
I jeszcze jedna dygresja. Miejsce na wykład bardzo nietypowe, odbiegające od standardowego rytuały akademickiego. Zbieram doświadczenie by potem dzielić się nim ze studentami przy różnych okazjach. Jak przygotować prezentację, jak sobie radzić z zapamiętaniem treści (nie ma podglądu na monitorze itp.), jak sobie poradzić w ciemności i bardzo nietypowym miejscu.
15.04.2018
Domowe eksperymentowanie czyli "Laboratorium w Szufladzie. Anatomia Człowieka"
W dawnych latach bawienie się w lekarza na podwórku, by poznać anatomię człowieka, miało niecny podtekst (wypowiadane było żartem). Czy zatem można zachęcać by w domowych warunkach poznawać anatomię człowieka? Można, i taką książkę gorąco polecam (logo bloga znajduje się na książce, jako potwierdzenie tego polecania).
Anatomia człowieka wydaje się ostatnim tematem, który można byłoby proponować do amatorskiego zgłębiania wiedzy. Czyżby sekcje na człowieku? Brrr. A jednak to możliwe dzięki dobrze przemyślanej książce "Laboratorium w szufladzie. Anatomia człowieka", autorem której jest Zasław Adamaszek. Oczywiście żadnych sekcji nie ma. Za to dużo majsterkowania.
"Laboratorium w szufladzie. Anatomia człowieka" to kolejna pozycja przydatna nauczycielom, rodzicom i uczniom, wydana przez Wydawnictwo Naukowe PWN.
Anatomia człowieka wydaje się trudną dziedziną do samodzielnego eksperymentowania. W połączeniu z majsterkowaniem, czyli prostym i samodzielnym wykonaniem modeli, poznawanie anatomii człowieka i zrozumienie działania różnych narządów staje się możliwe. I fascynujące. Sam jestem zaskoczony. "Anatomia człowieka" to książka, dzięki której samodzielnie można odkrywać jak fascynujący, niezwykły i tajemniczy jest ludzki organizm. Miliardy neuronów układu nerwowego, tysiące kilometrów naczyń krwionośnych, setki metrów powierzchni sorpcyjnych w jelitach i płucach. Nasze serce pompuje cysterny krwi, a więzadła są mocniejsze niż powłoki kamizelek kuloodpornych. Gdzie to wszystko się mieści i jak działa fascynująca maszyneria, którą co dzień widzimy w lustrze - nasze ciało? Czy można zrobić własne domowe laboratorium anatomiczne? W co je wyposażyć? Z czego skonstruować wykrywacz kłamstw, fonokardiograf, dermatoskop i transiluminator? Te egzotycznie brzmiące słowa to nazwy przyrządów, które pomagają poznawać tajniki naszych organizmów. Możemy je badać bezpiecznie w domowym lub szkolnym laboratorium. Przy okazji wyposażyć się też we własnoręcznie zbudowane modele anatomiczne. Odkryć, jak działa wspaniała biochemiczna maszyneria, jaką są nasze ciała!
Modele są bardzo pomocne w poznawaniu świata. Są uproszczeniem złożonej rzeczywistości ale koncertują się na wybranych, najważniejszych kwestiach. Majsterkowanie i modelowanie to główny pomysł na poznawanie anatomii człowieka. Wiele pomocy dydaktycznych przyda się zarówno nauczycielom jak i uczącym się w szkole.
I jeszcze kilka słów o autorze. Jest elektronikiem z powołania a chciał być neurochirurgiem. Zaskakujące i owocne jest połączenie tych dwóch dziedzin zainteresowania. Współczesne osiągnięcia medycyny pokazują, że ten mariaż właśnie ma miejsce. Na przykład ślimakowe implanty słuchu lub sterowane cyfrowo protezy narządów ruchu. Zasław Adamaszek został jednak przy elektronice, a medyczne zainteresowania zawiodły go do Instytutu Biocybernetyki i Inżynierii Biomedycznej. Praca tam była dekadą ogromnej, naukowej przygody. Później, samodzielnie już, konstruował i produkował urządzenia elektroniczne wspomagające słuch i wzrok. Zawodowy zwrot związał jego losy z Centrum Nauki Kopernik, które miał przyjemność przez sześć lat współtworzyć. I to doświadczenie edukacyjne widoczne jest w rekomendowanej książce.
Książkę poleca m.in. blog Profesorskie Gadanie.
Anatomia człowieka wydaje się ostatnim tematem, który można byłoby proponować do amatorskiego zgłębiania wiedzy. Czyżby sekcje na człowieku? Brrr. A jednak to możliwe dzięki dobrze przemyślanej książce "Laboratorium w szufladzie. Anatomia człowieka", autorem której jest Zasław Adamaszek. Oczywiście żadnych sekcji nie ma. Za to dużo majsterkowania.
"Laboratorium w szufladzie. Anatomia człowieka" to kolejna pozycja przydatna nauczycielom, rodzicom i uczniom, wydana przez Wydawnictwo Naukowe PWN.
Anatomia człowieka wydaje się trudną dziedziną do samodzielnego eksperymentowania. W połączeniu z majsterkowaniem, czyli prostym i samodzielnym wykonaniem modeli, poznawanie anatomii człowieka i zrozumienie działania różnych narządów staje się możliwe. I fascynujące. Sam jestem zaskoczony. "Anatomia człowieka" to książka, dzięki której samodzielnie można odkrywać jak fascynujący, niezwykły i tajemniczy jest ludzki organizm. Miliardy neuronów układu nerwowego, tysiące kilometrów naczyń krwionośnych, setki metrów powierzchni sorpcyjnych w jelitach i płucach. Nasze serce pompuje cysterny krwi, a więzadła są mocniejsze niż powłoki kamizelek kuloodpornych. Gdzie to wszystko się mieści i jak działa fascynująca maszyneria, którą co dzień widzimy w lustrze - nasze ciało? Czy można zrobić własne domowe laboratorium anatomiczne? W co je wyposażyć? Z czego skonstruować wykrywacz kłamstw, fonokardiograf, dermatoskop i transiluminator? Te egzotycznie brzmiące słowa to nazwy przyrządów, które pomagają poznawać tajniki naszych organizmów. Możemy je badać bezpiecznie w domowym lub szkolnym laboratorium. Przy okazji wyposażyć się też we własnoręcznie zbudowane modele anatomiczne. Odkryć, jak działa wspaniała biochemiczna maszyneria, jaką są nasze ciała!
Modele są bardzo pomocne w poznawaniu świata. Są uproszczeniem złożonej rzeczywistości ale koncertują się na wybranych, najważniejszych kwestiach. Majsterkowanie i modelowanie to główny pomysł na poznawanie anatomii człowieka. Wiele pomocy dydaktycznych przyda się zarówno nauczycielom jak i uczącym się w szkole.
I jeszcze kilka słów o autorze. Jest elektronikiem z powołania a chciał być neurochirurgiem. Zaskakujące i owocne jest połączenie tych dwóch dziedzin zainteresowania. Współczesne osiągnięcia medycyny pokazują, że ten mariaż właśnie ma miejsce. Na przykład ślimakowe implanty słuchu lub sterowane cyfrowo protezy narządów ruchu. Zasław Adamaszek został jednak przy elektronice, a medyczne zainteresowania zawiodły go do Instytutu Biocybernetyki i Inżynierii Biomedycznej. Praca tam była dekadą ogromnej, naukowej przygody. Później, samodzielnie już, konstruował i produkował urządzenia elektroniczne wspomagające słuch i wzrok. Zawodowy zwrot związał jego losy z Centrum Nauki Kopernik, które miał przyjemność przez sześć lat współtworzyć. I to doświadczenie edukacyjne widoczne jest w rekomendowanej książce.
Książkę poleca m.in. blog Profesorskie Gadanie.
14.04.2018
Nieustająca podróż... bez ruszania się z miejsca
Nigdzie się nie ruszyłem a jestem imigrantem. Cyfrowym imigrantem. Jestem obcy tu gdzie się urodziłem. W jakimiś stopniu wyalienowanym....To środowisko (otoczenie) się zmieniło. Dlatego świat cyfrowy jest dla mnie obcy, ciągle się go uczę. Skala i tempo zmian jest olbrzymie, stąd być może u wielu osób poczucie wyalienowania, zagubienia, obcości. Zupełnie tak samo jak po emigracji do nowej, obcej kultury.
Nieustająca podróż i odkrywanie. Poznawanie nowego. Na ten nowy świat można być otwartym, zaciekawiony i chętnym do poznawania lub... zamkniętym, przestraszonym, wrogo nastawionym. Widać to chociażby w naszym stosunku do nowych technologii, "facebooków" i portali społecznościowych. W nowym trudno się odnaleźć. Jedni z fascynacją "wsiąkają" (niekoniecznie mądrze korzystając z tych nowych przestrzeni i form komunikacji), inni nastawiają się w nieufnością i wrogością. Próbują zakazywać, zabraniać, izolować się. Tak jak od imigrantów.
Zgodnie z hipotezą Czerwonej Królowej trzeba ciągle biec.... by być w tym samym miejscu. Ewolucyjnie przystosowywać się do ciągle zmieniającego się środowiska, w sensie przyrodniczym i kulturowym. A przecież to my sami zmieniamy i modyfikujemy to środowisko. Inne gatunki podobnie wpływają na swoje otoczenie. Człowiek nie jest wyjątkiem. Różnica jest jedynie w skali tych zmian.
A co, jeśli fenotyp nie jest dobrze przystosowany (zaadoptowany) do środowiska, w którym się znalazł (na skutek migracji, dyspersji lub zmian samego środowiska)? Albo się dostosuje i przetrwa w obliczu konkurencji z innymi gatunkami, albo... wyginie. Ewentualnie zmieni miejsce i środowisko czyli "wyemigruje". Dyspersja jest więc nieustanną koniecznością życia (organizmów żywych). Nawet jeśli są to gatunki osiadłe.
Ekologia to organizm w środowisku. I ich wzajemne relacje. Jeśli uwzględnimy czas, to włączymy procesy ewolucyjne. Poza genetyką coraz więcej uwagi badaczy kierowana jest na poznanie mechanizmów epigenetycznych. I jest jeszcze przypadek, losowość.
Leśne tulipany w Silginach znalazły się w pewnym sensie przypadkowo. Daleko poza swoim obszarem naturalnego zasięgu występowania. W środowisku antropogenicznym utrzymują się już wiele lat. Organizm w środowisku i losowość. Trzy zmienne, opisywane prawami i... losowością. Można więc mówić o chaosie deterministycznym. Wydaje się paradoksalne: jak chaos może być zdeterminowany?
Teoria ewolucji czeka na nową syntezę. Nagromadziło się sporo faktów, które nie mieszczą się w dotychczasowej teorii. Nie znaczy to, że ewolucja darwinowska jest nieprawdziwa. Wymaga jedynie rozszerzenia i nowego ujęcia, tak by znalazły się "niepasujące" fakty. One nie tyle sprzeczne są z ewolucją darwinowską co wymykają się jej opisowi.
I jeszcze dygresja o charakterze społecznym. Nie odgrodzimy się wysokim płotem ani drutem kolczastym od imigrantów. Sami nimi się stajemy i to bez ruszania się z miejsca. Bez otwartości na świat, prób jego zrozumienia, bez umiejętności współpracy z "obcymi", nie poradzimy sobie z własnym życiem. Moi studenci są dla mnie z innego świata. To cyfrowi tubylcy. Potrzeba otwartości by ich zrozumieć. I chęci uczenia się nowego, cyfrowego świata. I potrzeba umiejętności współpracy. Tak jak w nowym ekosystemie, pojawiają się gatunki, które wcześniej się ze sobą nie kontaktowały. I muszą wzajemnie się dostosować do własnej obecności. Dzikie tulipany pojawiły się w ogrodach, były i są gatunkami obcymi, introdukowanymi. I trwa wzajemne dostosowywanie się w ramach lokalnych biocenoz. Niezwykle ciekawy proces.
Nie wszystko co obce jest złe i groźne.
Na zdjęciu stare drzwiczki do kurnika w dawnym siedlisku mazurskim, zamieszkanym przez migrantów z Wileńszczyzny. Wejście (i wyjście) dla kur. Widać na nich upływ czasu. Są niejako z innego świata. Świata, który zanika, bo pojawiają się inne technologie. Ale trwają i cieszą swoją wyjątkową urodą. Żywa skamieniałość a jednocześnie inspiracja.
13.04.2018
Leśne tulipany - szukałem długo tego, co miałem tuż pod nogami...
![]() |
| (Silginy, 12 kwietnia 2018 r., dzikie, leśne tulipany na starym siedlisku) |
Patrzymy nie tylko oczami ale i mózgiem. Czyli przez pryzmat tego, co już wiemy i jakie mamy wyobrażenie o świecie. Niech przykładem będą żółte, leśne tulipany.
Przy okazji wizyty Kętrzynie, gdzie opowiadałem o leśnych tulipanach, pojechałem do Silgin, wioski w której w dzieciństwie spędzałem liczne wakacje. I tam czekała mnie wielka niespodzianka. Gdy wspomniałem o tajemnicy leśnych tulipanów, mieszkaniec Silgin, Mieczysław Branicki powiedział "To takie małe, żółte tulipany? Pełno tu ich." Pobiegłem zobaczyć i zrobić zdjęcia. Po raz pierwszy w życiu na własne oczy zobaczyłem dzikie tulipany, o których tak często wspominałem w ostatnich latach. Jeszcze nie zakwitły. Rosły na dawnym siedlisku. Było tu gospodarstwo, ale od pożaru, wywołanego uderzeniem pioruna, spłonęło. Pożar był gdzieś na przełomie lat 40. i 50. XX wieku. Potem ruiny rozebrano. A ja pamiętam ze swego dzieciństwa fundamenty, resztki drzew owocowych i porastające ten teren krzaki i młode drzewa. Czasem tam chodziłem podglądając ptaki czy szukając innych, wakacyjnych przygód. Chodziłem po tych dzikich tulipanach na pewno. Fakt, że było to w okresie wakacyjnym (lipiec, sierpień), więc już po przekwitnięciu. Ale nawet gdybym widział kwitnące, to zapewne nie zwróciłbym na nie uwagi. Nikt z miejscowych, ani ja sam, nie zwracałby na nie uwagi, bo nie wiedzieliśmy że są tak niezwykłe.
Silginy leżą ok. 7 km w linii prostej od Drogoszów, miejsca gdzie zaczęła się historia tajemniczego soku z kwiatów leśnych tulipanów. Wcześniejsze stanowiska ze Smokowa i Siemek oddalone są o ok. 34-36 km w linii prostej od pałacu w Drogoszach. A zatem znalazłem leśne tulipany blisko miejsca, gdzie kucharz robił z nich sok. W drodze powrotnej przejechałem obok pałacu w Drogoszach. Nie starczyło czasu by poszukać leśnych tulipanów we wsi i wokół pałacu, ani porozmawiać z miejscowymi. Byłoby fascynujące znaleźć je w Drogoszach. Niebawem powinny zakwitnąć...
Denhofowie władali Drogoszami od wieku XVII do roku 1816, kiedy to umarł ostatni męski przedstawiciel linii rodowej. Kucharz zatem zapiski uczynił najpewniej w wieku XVII lub najpóźniej na początku wieku XIX. Teraz przydałby się historyk, który jeszcze raz zagłębiłby się a aktach gospodarcze i ustalił w którym roku powstały te zapiski, uczynione na marginesie.
Najwyraźniej tulipany trafiły do Prus Wschodnich w wieku XVII na fali holenderskiej tulipomanii. Czy zdziczały zapomniane w ogrodach czy też sprowadzono wtedy tańszą formę botaniczną (dziką)? Pomogłyby rozstrzygnąć to badania genetyczne. Może uda mi się znaleźć chętnych botaników i biologów molekularnych. A może do junkierskich majątków na Prusach Wschodnich trafiły w tym samym czasie co do Holandii, w XVI wieku prosto z Turcji?
Kiedy wspomniałem o trujących właściwościach tulipanów, Mieczysław Branicki wspomniał o znajomym gołębiarzu i rosnących u niego dzikich tulipanach. Że gdy wypuścił dorosłe ptaki z gołębnika i te żerowały w ogrodzie, to wszystkie młode pozdychały, najwidoczniej od tych tulipanów. Nazwiska i miejsca zamieszkania tegoż hodowcy gołębi nie zapamiętałem. Ale z tej informacji wynika, że gdzieś w pobliżu Silgin są jeszcze rosnące dzikie tulipany i że najwyraźniej są trujące i dla gołębi.
Jak dzikie tulipany trafiły do Silgin? We wsi znajdują się ruiny pałacu. Najpewniej więc w majątkach junkierskich, przy pałacach rosły w ogrodach dzikie tulipany. Teraz trzeba byłoby poszukać w starym, przypałacowym parku w Silginach, czy i tam nie rosną leśne tulipany. Na siedlisko mazurskie mogły trafić z posesji pałacowej, najpóźniej do połowy XX wieku. A może i jeszcze dawniej. Na pewno na stanowisku, które widziałem, rosną od ponad pół wieku. Na dawnych Prusach Wschodnich są gatunkiem zdziczałym, można uznać je za kenofity, a w szczególności epekofity. Najwyraźniej botanicy o obecności tego gatunku w północno-wschodniej Polsce nie wiedzą.
Tajemnicą pozostaje także wspomniany przeze mnie sok z dzikich tulipanów. Wykonany z kwiatów nie był trujący. Zapewne mógł to być deser. Ciekawe jak pachniał i jak smakował. Być może uda się odtworzyć ten przepis i odzyskać ten fragment zapomnianego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Dziedzictwa, związanego z Drogoszami, Kętrzynem, majątkami junkierskimi byłych Prus Wschodnich i historią naszego regionu.
A oto chronologiczny zapis moich poszukiwań tajemnicy soku z leśnych tulipanów:
- O żółtych tulipanach, soku z trujących roślin i zapiskach kucharza 07.03.2015
- Czy ktoś widział obecnie na Warmii i Mazurach dzikie, leśne tulipany? 14.03.2016
- Czy ktoś widział na Warmii i Mazurach dzikie leśne tulipany? 2016-03-21
- Już zakwitają dzikie, leśne tulipany. Dobry czas by ich poszukać. 25.04.2016
- Tulipina czyli gorzkie i kręte drogi poszukiwań kulinarnych 29.07.2016
- O rozumieniu słów, soku z tulipanów, włosach Wenery i ukropku czyli herbacie 05.11.2016
- O gastronomii, nowożytnej nauce i o kulinarnych eksperymentach z tulipanami 10.12.2016
- Tajemnica leśnych tulipanów 4 kwietnia 2018
- O leśnych tulipanach i transferze wiedzy z uniwersytetu do regionu 2018-04-05
- Leśne tulipany - szukałem długo tego, co miałem tuż pod nogami...
- Epidemia a leśne tulipany
- Dzikie tulipany w Elblągu
- Leśne tulipany z Obwodu Kaliningradzkiego
- Kolejne informacje o stanowiskach leśnego tulipana Tulipa sylvestris
- A w Silginach kwitną leśne tulipany
- Leśne tulipany z Bystrzycy Kłodzkiej (i na Żuławach)
- O tym, jak tulipan leśny (botaniczny) trafił do publikacji
Mam nadzieję, że ciąg dalszy nastąpi... (czytaj więcej, o tym jak zakwitły w Silginach)
![]() |
| Wiosenne tulipany na starym siedlisku. Obok wschodzący podagrycznik. |
10.04.2018
Laboratorium w szufladzie: modelarstwo i elektrotechnika
Majsterkowanie daje poczucie sprawstwa. Coś można zrobić i od razu widać efekty. Lepsze lub gorsze ale jednak widoczne. I to my sami zrobiliśmy. W czasach powszechnej "gotowizny" coraz rzadziej możemy coś samodzielnie wykonać. Dlatego sprawia nam tak dużo radości. Różnego rodzaju majsterkowanie i eksperymenty są ważne także z edukacyjnego punktu widzenia - pozwalają nam pełniej, głębiej i lepiej budować nasza osobista wiedzę o świcie i o tym jak to wszystko działa.
W czasach mojego dzieciństwa wzorem był dla nas Adam Słodowy, inspirował i mobilizował. Były także w szkole zajęcia praktyczno-techniczne: przyszywanie guzika, piłowanie butelki sznurkiem, budowanie karmników dla ptaków. A w domu było modelarstwo, bardziej zaawansowane papierowe (gotowe plany), i łatwiejsze sklejanie samolotów plastikowych. Miło wspominam te chwile, mimo że większość prób była nieudanych lub wychodziło coś pokracznego. Ale było także samodzielne wymyślanie najróżniejszych konstrukcji. Potem oczywiście były klocki Lego - to już w czasach, gdy bawiłem się z własnym synem.
Chciałbym polecić dwie książki, zarówno nauczycielom do inspiracji szkolnej jak i rodzicom, by wspólnie z własnymi dziećmi (lub "pożyczonymi" od sąsiadów czy rodziny) wykonywali modele, roboty i najprzeróżniejsze urządzenia elektrotechniczne. I oczywiście poszukiwaczom tajemnic świata, młodym i dużym. Bo na przygodę z majsterkowaniem i modelarstwem nigdy nie jest za późno.
Obie książki wydane w serii "Laboratorium w szufladzie", z dużą liczbą różnorodnych propozycji, pogrupowanych na poziomy trudności: od łatwych do trudnych (oznaczone kolorami). Fizyka w bardzo praktycznym wydaniu: mechanika i elektryczność oraz elektrotechnika z robotami w tle. Jednym słowem zastosowanie nauki i wykorzystanie praw przyrody w praktyce.
"Modelarstwo i robotyka", autorzy: Dagmara Kiraga i Zasław Adamaszek, Wyd. Naukowe PWN, Warszawa 2015, 216 str,
"Elektrotechnika, elektronika, miernictwo", autor; Zasław Adamaszek, Wyd. Naukowe PWN, Warszawa 2015, 212 str,
PS. Umiejętności manualne przydają się także i naukowcom. Bo czasem trzeba coś samemu zrobić, zupełnie nowego, prototypowego. Ja ćwiczyłem to na równych pułapkach i przyrządach do pobierania prób makrobentosu czy w formie "sztucznej krowy" (pułapka do odłowu owadów krwiopijnych, uciążliwych nie tylko na pastwisku.
9.04.2018
Czekając na trzmiela: wiosenne pszczoły – trzmiel parkowy
![]() |
| Trzmiel parkowy, fot. CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=48913405 |
Ale wróćmy do zdjęcia. No cóż, często widzimy to, co chcemy zobaczyć, i to o czym wiemy, że jest. Szukając informacji o trzmielu parkowym zajrzałem do polskiej Wikipedii. Nic nie było, więc korzystając z okazji napisałem krótki artykulik (liczę na rozbudowę i pracę zespołową). Niech coś będzie na początek. Sam trzmiel warty jest szerszego opisania. Zatem nawet pomyłka do czegoś się przydała.
W XIX wieku na trzmiele mówiono także: brzmiel, ćmiel (zapewne wymawiane też i twardo czmiel), mochowiec. Z tej dużej różnorodności ostaliśmy się przy trzmielu, choć u Słowaków i Czechów bardziej czmiel (čmeľ, čmelák). Na trzmiela kamiennika mówiono: bąk (zbliżone do brzmiel), grabarz (pewnie dlatego, że gniazdo w ziemi), trzmiel ziemny. Na Bombus subterraneus – ziemiołaz. Obecna nazwa to trzmiel paskowany.
Trzmiel parkowy (Bombus hypnorum) zwany także drzewnym, w okolicach Olsztyna występuje. Tak wynika z opracowania Pawlikowskich. W Polsce jest gatunkiem pospolitym. Zasiedla skraje lasów, parki, ogrody, łąki. Czas lotu przypada od marca do września. Trzmiele są stosunkowo dużymi pszczołami (ściślej pszczołowatymi), z mocno owłosionym tułowiem. To swoiste futerko pomaga utrzymać wysoką temperaturę, niezbędną do aktywności mięśni skrzydłowych.
Bombus hypnorum ma krótką trąbkę i zaokrągloną głowę. Krótka trąbka powoduje, że języczkiem nie sięga do nektaru we wszystkich kwiatach. Ale trzmiele krótkojęzyczkowe i w takich sytuacjach sobie radzą – po prostu przegryzają kwiat i dostają się „z boku” do pożywnej słodkości. Tułów u trzmiela drzewnego (parkowego) jest zazwyczaj jednolicie rudo-brązowo owłosiony, odwłok pokryty czarnymi włosami, a koniec odwłoka jest zawsze biały. Takie trzmiele występują na Wyspach Brytyjskich, na kontynencie czasem pojawiają się formy z żółtawo-pomarańczowym zakończeniem odwłoka. Podobnie wyglądają trzmiele ogrodowe (Bombus pascuorum) - koniec odwłoka ma rudawopomarańczowy.
U robotnic pierwszy tergit segmentu odwłokowego jest czarnowłosy. Samce mogą mieć włoski koloru imbirowego, wymieszane z czarnymi, zarówno na głowie, jak i na pierwszym segmencie odwłoka. Królowe są większe. Jak to u społecznych pszczołowatych. Królowa osiąga długość 15-23 mm, robotnice 8-18 mm a samce 11-16 mm.
Bombus hypnorum jest pospolitym gatunkiem trzmiela w Europie i północnej Azji, od północnej Francji po Kamczatkę na wschodzie i od Pirenejów po góry w północnej Europie. Nie stwierdzony w regionie Morza Śródziemnym, na Bałkanach ani na stepach Europy Wschodniej. Wszystkie trzmiele są znacznie mniej liczne na południu. Są dobrze przystosowane do chłodniejszych i umiarkowanych stref klimatycznych. Trzmiel parkowy preferuje środowiska antropogeniczne. Zagrożenie dla tego gatunku wynika ze zmniejszenia różnorodności roślinności pokarmowej na terenach wiejskich w wyniki intensyfikacji rolnictwa. Być może w miastach udałoby się stworzyć korzystne warunki dla tego pożytecznego owada?
Trzmiel parkowy często żyje w pobliżu ludzkich osiedli. Woli budować swoje gniazdo ponad ziemią i często zamieszkuje budki dla ptaków (innymi owadami często zasiedlającymi ptasie budki są szerszenie). Z braku drzew dziuplastych wykorzystuje budki lęgowe, w Wielkiej Brytanii często zasiedla budki dla sikorek. To jeszcze jeden powód, dla którego powinniśmy zadbać o obecność drzew dziuplastych w mieście. Bo z braku dziupli i budek osiedlają się także w domach (jakąś szparę w ścianie zawsze się znajdzie).
Gniazdo trzmiela parkowego (drzewnego) jest dość duże, mieści 150 lub więcej osobników (czasem nawet do 400 robotnic). Gatunek ten gromadzi zebrany pyłek kwiatowy w osobnych komórkach i karmi każdą larwę indywidualnie. Żeby wykarmić tak dużą liczbę „żołądków” robotnice odwiedzają ogromną gamę roślin kwitnących, w tym i drzew. Często odwiedzają maliny i jeżyny. Żeby więc trzmiele utrzymały się w mieście musi być dużo kwitnących roślin, na trawnikach (raczej łąkach kwietnych) jak i kwitnących drzew. I to przez cały sezon wegetacyjny.
Trzmiel parkowy zakłada gniazda w marcu (zakładane przez królowe, które przezimowały). Królowa składa jaja, najpierw sama dba o pokarm dla rozwijających się larw. Ale gdy pojawią się robotnice (samice), to one przejmują ciężar zdobywania pokarmu dla całej kolonii. Z niezapłodnionych jaj wylęgają się samce. Czasem robotnice próbują składać jaja (są niezapłodnione i z nich także wylęgają się samce), ale najczęściej królowa zjada takie jaja a "robotnicę" karci. Mimo to, badania genetyczne wykazały że nawet kilka procent samców w gnieździe pochodzi od robotni i to czasem z zupełnie innego gniazda (rodziny). Na początku lipca kończy się cykl życiowy gniazda. W sprzyjających okolicznościach może pojawić się drugie pokolenie – pod koniec lata.
Królowe trzmieli parkowych mogą być poliandryczne, to znaczy nasienie może pochodzić od kilku samców. W rezultacie robotnice (siostry) mogą mieć różnych ojców. Wielokrotne krycie nie jest powszechne w trzmieli. U trzmiela parkowego poliandryczność najpewniej związana jest z krótkimi czasem kopulacji i niewielką ilością plemników dostarczanych w czasie kopulacji. Na dodatek samica B. hypnorum może parzyć się dwa-trzy razy w ciągu swojego życia (nawet do sześciu razy), co nie jest typowe dla trzmieli innych gatunków.
Ale pszczołowate z rodzaju Bombus są różne. Bardzo podobnie wyglądają trzmielce. To takie pasożytnicze trzmiele. Samica wkrada się do gniazda, zabija lub przepędza królową i znosi własne jaja. A robotnice przejętego gniazda pracują dalej i karmią nie swoje siostry, nie swojego gatunku. W gniazdach naszego trzmiela parkowego pasożytem gniazdowym jest Bombus norvegicus - trzmielec górski.
Trzmiele tak jak i inne pszczołowate są „osami” które przeszły na pełen wegetarianizm: larwy karmione są pyłkiem i nektarem kwiatowym. Pokarm dorosłych jest taki sam. Osy co prawda w stadium imago żywią się również sokami i owocami, ale swoje larwy karmią innymi owadami.
Życie trzmiela parkowego nie jest łatwe: brak drzew dziuplastych, brak dużej liczby kwitnących roślin i na dodatek pasożyty gniazdowe.
Zobacz także :
7.04.2018
Pszczolinka trójbarwna (Andrena clarkella) pod moim blokiem
W jeden z pierwszych słonecznych kwietniowych dni, gdy wracałem do domu, pod blokiem zauważyłem krzątającego się owada. Mocno owłosiony, ciemny. Pomyślałem, że może samiczka trzmiela zakłada gniazdo. Zrobiłem kilka zdjęć telefonem, zajrzałem do książki (T. Pawlikowski, K. Pawlikowski. „Trzmielowate Polski”) i najbardziej podobny był trzmiel parkowy (drzewny). Dlaczego pomyślałem o trzmielach? Bo byłem akurat po lekturze dwóch książek brytyjskiego naukowca („Żądła żądzą – moje przygody z trzmielami”, Łąka”). Ale znajomy fotograf owadów z Olsztyna, Mateusz Sowiński, zasugerował, że to nie jest trzmiel a pszczolinka Andrena clarkella. Spotykał ją już wcześniej w Olsztynie, na skraju lasów.
Pszczolinki spotykałem już na skraju Olsztyna. Było to pszczolinki napiaskowe (czytaj Na Dzień Ziemi pszczolinka napiaskowa na Gościńcu Niborskim). Ta była inna. Inaczej ubarwiona. Być może widoczne norki na trawniku to była jej sprawka.
Trzmiele co roku przylatują do moich róż. Nie wiedziałem dlaczego tak dziwnie bzyczą w kwiecie różanym. Teraz już wiem, że wzbudzają wibracje aby strząsnąć jak najwięcej pyłku. Rodzina trzmieli potrzebuje dużo kwiatów: pyłku i nektaru. Martwiłem się, że ten mój domniemany trzmiel parkowy nie da sobie rady na blokowisku. Ale pszczolinka to już chyba da sobie radę. Dosadzę „chwastów” i postaram się w tym roku poczynić postępy w tworzeniu miejskiej łąki na przyblokowym trawniku.
Pszczolinek jest dużo, w Polsce blisko 100 gatunków, wiele z nich zagrożonych jest wyginięciem. pszczolinka Andrena clarkella nie ma polskiej nazwy. W starej książce Erazma Majewskiego („Słownik nazwisk zoologicznych i botanicznych polskich”) dla nazwy łacińskiej Andrena podaje takie polskie nazwy: andrena, pszczelinka, pszczolinka, ścieżkówka. Ta ostatnia nazwa odnosi się do ścieżek, przy których najłatwiej zobaczyć norki z gniazdami tych owadów. Starsze synonimy mojej pszczolinki to: Andrena tricolor, Andrena dispar, Andrena polita. Zatem może będzie to po polsku pszczolinka nieparka (dymorfizm płciowy jest częsty u pszczolinek) lub pszczolinka trójbarwna?
W każdym razie pszczolinka trójbarwna czyli nieparka odwłok ma czarny z białymi przepaskami na krawędziach tergitów, tułów natomiast jest pomarańczowo-brązowy. Nogi czarne, na tylnej goleni pomarańczowy pędzelek służący do zbierania pyłku. Zazwyczaj gniazduje gromadnie, zatem należałoby się spodziewać większej liczby gniazd. Muszę się zaczaić z aparatem i poobserwować.
Andrena clarkella nie jest zbyt pospolitym gatunkiem. Zasiedla skraje lasów, zagajniki, nieużytki, tereny piaszczyste. Trawnik, na którym ją widziałem, jest zadrzewiony. Lepszego w miejskiej pustynie miejsca nie znajdzie.
Owady dorosłe aktywne są w marcu i kwietniu. Muszę się więc spieszyć ze swoim entomologicznym podglądactwem. Wczesną wiosną niewiele kwitnie roślin. Dostępne są wierzby, na pobliskim, ciągle gruzem zasypywanym parku im. Korczaka. Może uda się mi dosadzić kilka wierzb i na moim blokowisku. Tym bardziej, że z w ubiegłym roku wycięto jedno, piękne stare drzewo. Dwa inne zostały szpetnie ogołocone z gałęzi. Ale i bez tego życie pszczolinki trójbarwnej nie jest łatwe. Pasożytem gniazdowym jest inny owad: Nomada leucophthalma. Może i nomadę uda mi się zaobserwować?
Pszczolinka nieparka buduje gniazdo w ziemi. Są to kanalik o długości 10-30 cm. Wokół otworu wejściowego zauważyć można niewielki kopczyk, powstały z wydobytego piasku. Takie otworki z kopczykami zauważyłem na zrobionym zdjęciu. Poczekam na słoneczną pogodę i zaczaję się z lepszym aparatem. Po wykopaniu norki-gniazda, samica znosi do bocznych komór pyłek, który służy za pokarm dla larw. W tym przypadku głównie jest to pyłek z wierzb. Do każdej porcji pyłkowego pokarmu znosi jajo. Rozwój larwy i przepoczwarczenie trwa aż do kolejnej wiosny. Więcej więc czasu swojego życia pszczolinki spędzają pod ziemią. Ich aktywny lot trwa w marcu i kwietniu.
Andrea clarkella jest gatunkiem holarktycznym, występuje w Ameryce Północnej, Europie i Azji Wschodniej. Żyje w chłodnym i umiarkowanym klimacie, na północy zasięg dochodzi do koła podbiegunowego. Pszczolinki te zakładają gniazda na piaszczystej glebie z rzadką roślinnością, mogą być to prześwity między drzewami. Zależą od występowania pastwisk. Pod moim blokiem pastwiska nie ma. Tylko trawniki i projektowany park im. Korczaka. Ale są wierzby i podbiał, kwitnący wczesną wiosną.
Andrea clarkella jest jedną z najwcześniej pojawiających się pszczół w Europie Środkowej. Czasami zobaczyć ją można już w końcu lutego. Lot trwa do końca kwietnia. Samce pojawiają się tuż przed samicami. Następnie szukają odpowiednich miejsc na ziemi, gdzie mogą wylęgać się samice. Potem samce siadają na nasłonecznionych pniach drzew i biegają zygzakiem od dołu do góry w poszukiwaniu samic. Po okresie godowym, samce giną. Entomologiczne źródła podają, że Andrea clarkella jest pszczolinką wyspecjalizowaną do życia na pastwiskach, gdzie samice zbierają pyłek i nektar (podbiał, mniszek lekarski). W poszukiwaniu pokarmu lecą do około 300 m. Czas pojedynczego lotu wynosi średnio około 95 minut. Muszę się uzbroić w cierpliwość przy poszukiwaniu pszczolinek.
Przyroda w mieście może być niezwykle ciekawa. Wystarczy tylko częściej patrzeć pod nogi. Przykucnąć i obserwować. A żeby było co podglądać trzeba zadbać o więcej dziko żyjących roślin. Dlatego ponowię wysiłki w tworzeniu miejskiej łąki pod moim blokiem.
Ciąg dalszy tu: https://profesorskiegadanie.blogspot.com/2018/04/moja-sasiadka-z-trawnika-pszczolinka.html
Źródła internetowe o pszczolince trójbarwnej:
Pszczolinki spotykałem już na skraju Olsztyna. Było to pszczolinki napiaskowe (czytaj Na Dzień Ziemi pszczolinka napiaskowa na Gościńcu Niborskim). Ta była inna. Inaczej ubarwiona. Być może widoczne norki na trawniku to była jej sprawka.
Trzmiele co roku przylatują do moich róż. Nie wiedziałem dlaczego tak dziwnie bzyczą w kwiecie różanym. Teraz już wiem, że wzbudzają wibracje aby strząsnąć jak najwięcej pyłku. Rodzina trzmieli potrzebuje dużo kwiatów: pyłku i nektaru. Martwiłem się, że ten mój domniemany trzmiel parkowy nie da sobie rady na blokowisku. Ale pszczolinka to już chyba da sobie radę. Dosadzę „chwastów” i postaram się w tym roku poczynić postępy w tworzeniu miejskiej łąki na przyblokowym trawniku.
Pszczolinek jest dużo, w Polsce blisko 100 gatunków, wiele z nich zagrożonych jest wyginięciem. pszczolinka Andrena clarkella nie ma polskiej nazwy. W starej książce Erazma Majewskiego („Słownik nazwisk zoologicznych i botanicznych polskich”) dla nazwy łacińskiej Andrena podaje takie polskie nazwy: andrena, pszczelinka, pszczolinka, ścieżkówka. Ta ostatnia nazwa odnosi się do ścieżek, przy których najłatwiej zobaczyć norki z gniazdami tych owadów. Starsze synonimy mojej pszczolinki to: Andrena tricolor, Andrena dispar, Andrena polita. Zatem może będzie to po polsku pszczolinka nieparka (dymorfizm płciowy jest częsty u pszczolinek) lub pszczolinka trójbarwna?
W każdym razie pszczolinka trójbarwna czyli nieparka odwłok ma czarny z białymi przepaskami na krawędziach tergitów, tułów natomiast jest pomarańczowo-brązowy. Nogi czarne, na tylnej goleni pomarańczowy pędzelek służący do zbierania pyłku. Zazwyczaj gniazduje gromadnie, zatem należałoby się spodziewać większej liczby gniazd. Muszę się zaczaić z aparatem i poobserwować.
Andrena clarkella nie jest zbyt pospolitym gatunkiem. Zasiedla skraje lasów, zagajniki, nieużytki, tereny piaszczyste. Trawnik, na którym ją widziałem, jest zadrzewiony. Lepszego w miejskiej pustynie miejsca nie znajdzie.
Owady dorosłe aktywne są w marcu i kwietniu. Muszę się więc spieszyć ze swoim entomologicznym podglądactwem. Wczesną wiosną niewiele kwitnie roślin. Dostępne są wierzby, na pobliskim, ciągle gruzem zasypywanym parku im. Korczaka. Może uda się mi dosadzić kilka wierzb i na moim blokowisku. Tym bardziej, że z w ubiegłym roku wycięto jedno, piękne stare drzewo. Dwa inne zostały szpetnie ogołocone z gałęzi. Ale i bez tego życie pszczolinki trójbarwnej nie jest łatwe. Pasożytem gniazdowym jest inny owad: Nomada leucophthalma. Może i nomadę uda mi się zaobserwować?
Pszczolinka nieparka buduje gniazdo w ziemi. Są to kanalik o długości 10-30 cm. Wokół otworu wejściowego zauważyć można niewielki kopczyk, powstały z wydobytego piasku. Takie otworki z kopczykami zauważyłem na zrobionym zdjęciu. Poczekam na słoneczną pogodę i zaczaję się z lepszym aparatem. Po wykopaniu norki-gniazda, samica znosi do bocznych komór pyłek, który służy za pokarm dla larw. W tym przypadku głównie jest to pyłek z wierzb. Do każdej porcji pyłkowego pokarmu znosi jajo. Rozwój larwy i przepoczwarczenie trwa aż do kolejnej wiosny. Więcej więc czasu swojego życia pszczolinki spędzają pod ziemią. Ich aktywny lot trwa w marcu i kwietniu.
Andrea clarkella jest gatunkiem holarktycznym, występuje w Ameryce Północnej, Europie i Azji Wschodniej. Żyje w chłodnym i umiarkowanym klimacie, na północy zasięg dochodzi do koła podbiegunowego. Pszczolinki te zakładają gniazda na piaszczystej glebie z rzadką roślinnością, mogą być to prześwity między drzewami. Zależą od występowania pastwisk. Pod moim blokiem pastwiska nie ma. Tylko trawniki i projektowany park im. Korczaka. Ale są wierzby i podbiał, kwitnący wczesną wiosną.
Andrea clarkella jest jedną z najwcześniej pojawiających się pszczół w Europie Środkowej. Czasami zobaczyć ją można już w końcu lutego. Lot trwa do końca kwietnia. Samce pojawiają się tuż przed samicami. Następnie szukają odpowiednich miejsc na ziemi, gdzie mogą wylęgać się samice. Potem samce siadają na nasłonecznionych pniach drzew i biegają zygzakiem od dołu do góry w poszukiwaniu samic. Po okresie godowym, samce giną. Entomologiczne źródła podają, że Andrea clarkella jest pszczolinką wyspecjalizowaną do życia na pastwiskach, gdzie samice zbierają pyłek i nektar (podbiał, mniszek lekarski). W poszukiwaniu pokarmu lecą do około 300 m. Czas pojedynczego lotu wynosi średnio około 95 minut. Muszę się uzbroić w cierpliwość przy poszukiwaniu pszczolinek.
Przyroda w mieście może być niezwykle ciekawa. Wystarczy tylko częściej patrzeć pod nogi. Przykucnąć i obserwować. A żeby było co podglądać trzeba zadbać o więcej dziko żyjących roślin. Dlatego ponowię wysiłki w tworzeniu miejskiej łąki pod moim blokiem.
Ciąg dalszy tu: https://profesorskiegadanie.blogspot.com/2018/04/moja-sasiadka-z-trawnika-pszczolinka.html
Źródła internetowe o pszczolince trójbarwnej:
Subskrybuj:
Posty (Atom)












