12.02.2022

Dzień Nauki Polskiej 2022

(Fotografia ze skansenu, stara apteka, utylitarne owoce nauki.)
 

Luty obfituje w święta naukowe. 11-go obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Kobiet i Dziewcząt w Nauce. Po raz pierwszy świętowano je w 2016 roku. Obchody mają na celu uznanie ważnej a pomijanej roli, jaką odgrywają kobiety i dziewczęta w środowiskach naukowych i technologicznych. 12-go z kolei obchodzimy Dzień Darwina a 19 lutego, (od niedawna) Dzień Nauki Polskiej.

Dlaczego takie święta? Po co one są? Moim zdanie są  po to, by zwrócić uwagę na coś ważnego i przypomnieć o czymś istotnym. Na przykład o tym, że wiedzę tworzą także kobiety, lub też  o znaczeniu teorii ewolucji czy to o wkładzie Polski i Polaków w rozwój wiedzy. To wszystko jest ważne cały rok a nie tylko przez jeden dzień. Te dni zwracają uwagę na różne aspekty nauki. Są okazją do upowszechniania wiedzy i dorobku całej ludzkości – obecnie, w czasie fali antynaukowych resentymentów są niezwykle ważne z edukacyjnego punktu widzenia. Poprzez takie święta zachęcamy młodych ludzi, niezależnie od płci, narodowości, lokalności do wybrania kariery naukowej. Do uczenia się i korzystania z dobrodziejstw nauki, do poznawania metodologii naukowej. Metody, która ułatwia obiektywne poznanie i odróżnienia fake newsów od rzeczywistości. Nauka ma różnych bohaterów, o których warto opowiedzieć. Tak buduje się niezwykle ważny dla przyszłości kapitał ludzki, kapitał naukowy. I uczy się ważnych kompetencji społecznych, np. metodologii naukowej.

Dzień Darwina obchodzony jest w rocznicę urodzin Karola Darwina. Z kolei Dzień Nauki Polskiej celebrowany jest w dniu urodzin Mikołaja Kopernika. A czy Kopernik był Polakiem? To jest wątpliwe. Był poddanym Rzeczypospolitej. Spieranie się o Kopernika czy był Niemcem czy Polakiem, czy może Warmiakiem jest domeną aktywności ideologicznej, podszytej nacjonalizmem. Jest elementem myślenia plemiennego. Plemienność była ważna dawniej. W obecnym, globalnym świecie jest szkodliwym anachronizmem.

Cześć z tych naukowych świąt powstało zupełnie niedawno. Czy to świadczy o rosnącym znaczeniu nauki? A może o potrzebie jest emancypacji? O spopularyzowanie? Czemu służą te wymienione i wiele innych świąt naukowych (dzień liczby pi itp.)? Zwracają uwagę na duże znaczenie nauki dla wielu wspólnot i społeczeństw rozmaicie zdefiniowanych. Na ogromną różnorodność dziedzin, zagadnień, aspektów.

Nauka ma charakter uniwersalny, ogólnoludzki. Bo co literalnie znaczy dzień nauki polskiej? Że tworzona lub komunikowana jest w języku polskim? Nauka jest jedna, uniwersalna, nie ma nauki polskiej, chińskiej czy radzieckiej. To tylko skrót myślowy, wskazanie np. na polski wkład w rozwój nauki. Lub może na mocne wskazanie, że we współczesnej Polsce nauka jest ważna i że wnosimy wkład w rozwój nauki ogólnoświatowej. Tak samo można mówić o nauce olsztyńskiej czy poznańskiej. Zlokalizowany terytorialnie fragment aktywności naukowej. A nie wyraz klanowości czy jakiegoś nacjonalizmu.

Polska nauka czyli co? Czy jest jakaś różnica między nauką polską a niemiecką czy albańską? Nauka jest uniwersalna, ponadczasowa i ponad lokalna. Ale nie ma nic złego w wskazywaniu na fragmenty, np. teorię ewolucji, znaczenie kobiet w rozwój nauki czy Polaków. Polska nauka to taka, która jest tworzona przez Polaków? Ale przecież nauka jest międzynarodowa, tworzona w zespołach międzynarodowych. Naukowcy komunikują się z innymi przez publikacje, konferencje i inne formy dyskusji pracują w mniej lub bardziej wyraźnie wyodrębnionych zespołach międzynarodowych. Polscy naukowcy pracują nie tylko w Polsce. Czasem to krótkie staże, czasem długie wyjazdy. Polacy tworzą i piszą by komunikować się z innymi ludźmi, innymi naukowcami. A dzięki powszechnie dostępnym translatorom inne języki nie stanowią już tak dużej bariery w czytaniu, rozumieniu i poznawaniu tego, co tworzą inni.

Polska nauka bo artykułowana w języku polskim? Też ale język nauki jest uniwersalny, kiedyś dominowała łacina, potem niemiecki a teraz angielski. Nauka, co podeślę kolejny raz, jest uniwersalna. W Polsce przebywają na stażach czy kontraktach osoby innej narodowość i też tworzą naukę. Jest mniej naukowa? Jest mniej polska? Czy mniejszy to polski wkład w rozwój wiedzy? Przecież przeznaczamy na to pieniądze polskiego podatnika.

Zawężanie nauki do narodowości jest ideologiczną aberracją, tak jak kiedyś mówienie o nauce radzieckiej, socjalistycznej czy faszystowskiej. Próba ideologicznego wykorzystania ogólnoludzkiego, uniwersalnego dorobku. Niestety czasem się to uwidacznia, np. w naukach humanistycznych bo tam trudniejsza jest weryfikacja praw i zjawisk i łatwiej o partyjne lub ideologiczne wrzutki. Np. czy nauki uprawiana przez Polaków, gdy Polski nie było na mapie, nie uznać za polski wkład do rozwoju wiedzy?

Czasem niestety obserwujemy nacjonalistyczne skrzywienie. Na przykład części noblistów, który urodzili się na naszym terytorium a potem zdobyli sukcesy naukowe, nie wliczamy do zestawu polskich noblistów. Nie chcemy być dumni z tych osiągnięć?  Bo są pochodzenia żydowskiego? Ideologicznie zacietrzewieni działacze czasem arbitralnie odmawiają polskości innym. Podobne zjawiska obserwujemy i w innych regionach świata czy innych społeczeństwach. Przemijające aberracje. Bardzo szkodliwe.

A kim był Mikołaj Kopernik, że jest patronem Dnia Nauki Polskiej? Czy był Polakiem? Bardzo wątpliwe. Był poddanym Rzeczypospolitej. Wtedy jeszcze nie istniało współczesne pojęcie narodowości. Nie można więc sensownie zastosować takiej klasyfikacji w odniesieniu do przeszłości. Nacjonalizmy przemijają, są etapem w rozwoju społeczeństw. W pewnym momencie umożliwiły emancypację wielu ludziom, wielu społecznościom. Były i są pokłosiem odejścia od monarchii i dużego rozwarstwienia społecznego. Państwa narodowe przemijają, są efemerydą, etapem rozwoju społeczeństw. W globalnym świecie tworzą się efektywniejsze, ponadnarodowe wspólnoty i sposoby globalnego funkcjonowania. Czasem, we współczesnym świecie, nacjonalizmy przeszkadzają w rozwoju i są dużą barierą. Także w rozwoju nauki. Stąd potrzeba takich świąt jak Dzień Nauki Polskiej. By bez kompleksów i ideologicznych skrzywień rozmawiać o nauce i rozwoju wiedzy.

Nauka należy do wspólnego dorobku ludzkości. Jest kumulatywna. Jej ważną cechą jest powtarzalność uzyskiwanych wyników, jawność i otwartość oraz dostępność wyników. Nauka jest więc dla każdego, w sensie dostępności wyników jak i możliwości włączenia się do współtworzenia.

Nauka jest inwestycją a nie filantropią. Nie jest także zespołem sportowym, do zdobywania prestiżu klanowego czy grupowego. Jest inwestycją w kapitał ludzki i w cywilizacyjny rozwój. Nauka to poznawanie dla czystej wiedzy, ale przy okazji ma także charakter użytkowy. To w korporacjach i biznesie ma przede wszystkim charakter utylitarny i zarobkowy. Dlatego tam rodzą się patenty a odkrycia są utajniane. Z dorobku nauki korzystają wszyscy, niezależnie gdzie ona powstaje i kto ją tworzy. Korzysta biznes i korzystają pojedynczy ludzie. Dobro wspólne i wspólnie tworzone.

I my jako Polacy, obywatele Rzeczypospolitej, jako podatnicy finansujący badania i polskie oraz międzynarodowe instytucje badawcze, wnosimy swój ważny wkład w rozwój wiedzy. Jest co świętować. I warto przy okazji popularyzować wiedzę przyrodniczą. Uniwersalną.

Więcej w audycji Postój z nauką oraz na stronie Radia UWM FM



8.02.2022

Historia pewnego budynku z tablicą pamiątkową

Tablica w budynku, z którym wiąże mnie duży sentyment. Spędziłem tam wiele lat ale chyba nigdy uważnie nie czytałem tej tablicy. I nie rozumiałem, póki nie poznałem historii. Cząstka Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie i przykład rozwoju edukacji. 

Najpierw było tu pole, na skraju miasta. Resztki gospodarstwa i uprawy rolne pamiętam jeszcze z okresu studiów. Obok stała wieża ciśnień, zamieniona w obserwatorium astronomiczne. Gdy miasto rozwijało się w tym kierunku, wybudowano szkołę podstawową. Projekt budynku i chyba koszty wykonania były darem Włoch dla Polski. Wnieśli swój wkład w odbudowę naszego kraju po zniszczeniach wojennych. Budynek był mocno rozczłonkowana i bez.... centralnego ogrzewania. To ostatnie było uzupełnione i przez to mniej wkomponowane w całość. Duża powierzchnia dobra była do chłodzenia ale nie do ogrzewania w naszych warunkach klimatycznych. Obok wybudowano internat ze stołówką (późniejszy akademik a później budynek administracyjny i dydaktyczny). Nie wiem czy kiedykolwiek umiejscowiono tu jakąkolwiek szkołę. Historia zaczyna się od Studium Nauczycielskiego. I z tego okresu jest ta tablica.

Studium Nauczycielskie w Olsztynie powstało w 1954 roku. Miało kształcić brakujące kadry dla edukacji. Na początku kształciło nauczycieli do pracy z uczniami klasa V-VII szkoły podstawowej. W pierwszym roku naukę podjęło 83 studentów. Na początku budynek Studium mieścił się w gmachu Liceum Pedagogicznego w Olsztynie przy ul. Jagiellońskiej 10 (a więc jakaś kontynuacja). Biblioteka oraz Szkoła Ćwiczeń mieściły się w budynku przy ul. Niepodległości 18. W 1963 roku Studium Nauczycielskie przeniesiono na ul. Żołnierską 14, do wspomnianego budynku z tablicą. W czerwcu 1969 roku SN zostało przekształcone w Wyższą Szkołę Nauczycielską w Olsztynie. Kolejny szczebel rozwoju, wzrost kadry i studentów a budynek się nie zmieniał. 

W 1969 roku WSN zatrudniała 26 osób, w tym: 4 docentów (pracowników po habilitacji), jednego adiunkta, 8 asystentów, 8 wykładowców, dwóch nauczycieli przedmiotu, trzech lektorów i bibliotekarzy. W porównaniu do UWM to bardzo skromna kadra, ale kolejny krok rozwoju instytucji kształcącej nauczycieli. Do roku 1973 realizowane było  kształcenie w cyklu studiów trzyletnich. Od roku d 1973 roku kształcono już studentów na czteroletnich studiach magisterskich. Potem, już za czasów WSP, pojawiły się pięcioletnie studia magisterskie. W sierpniu 1974 roku WSN przekształcona została w Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Olsztynie. I właśnie w tym budynku przy ul. Żołnierskiej mieścił się rektorat, była także sala senatu, kasa i administracja. A w trzech skrzydłach mieściły się trzy wydziały. W tym czasie kształcono już na 13 kierunkach: filologia polska, filologia rosyjska, historia, wychowanie muzyczne, bibliotekoznawstwo, pedagogika szkolna, pedagogika opiekuńcza, pedagogika przedszkolna, pedagogika kulturalno-oświatowa, biologia, fizyka, matematyka, wychowanie techniczne (WT miało swój budynek na ul. Okrzei). W roku akademickim 1979/80 rozpoczęto przechodzenie na pięcioletni system kształcenia. Uczelnia pozyskiwała kolejne budynki na ul. Bałtyckiej, Jagiellońskiej i Szrajbera. W budynku przy ul. Żołnierskiej, poza rektoratem i administracją, mieścił się Instytut Biologii (potem Biologii i Ochrony Środowiska) oraz odbywało się kształcenie nauczycieli biologii. 

W 1982 roku ja się w tym budynku zjawiłem i zapewne po raz pierwszy zobaczyłem tablicę, zamieszczone na zdjęciu. Już wtedy treść była nieaktualna bo Studium Nauczycielskiego dawno już nie było. Bywałem tu prawie codziennie. A potem widywałem jako pracownik. Sam budynek systematycznie był przebudowywany. Na drugim końcu dobudowano trochę pomieszczeń i znalazła się tam fizyka. Nad korytarzem, prowadzącym do sali gimnastycznej (tam pisałem egzamin wstępny na studia) wybudowano Zakład Mikrobiologii. Górny korytarz miejscami zabudowano by wygospodarować kolejne pomieszczenia dla kadry i dla studentów. Cześć toalet zamieniono w składziki sprzętu badawczego.

We wrześniu 1999 roku WSP w Olsztynie weszła w struktury Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Powstał Wydział Biologii, który niebawem w całości znalazł swoje miejsce w Kortowie. Opisywany budynek zmienił swoje przeznaczenie. Byli tu chyba matematycy i informatycy, potem Wydział Lekarski a ostatnio pedagodzy z Wydziału Nauk Społecznych. Przy kolejnych remontach odsłonięto dawne korytarze na pierwszym piętrze. Zmieniło się także otoczenie. Obok pojawiła się ulica Obiegowa a na boisku wybudowano bloki. Wszystko się zmieniało ale tablice pozostały. Nie przeszkadzały to ich nikt nie usuwał. Dodano tylko nową, informującą o nadaniu imienia WSP w Olsztynie. Nie pamiętam jej treści. I nie wiem czy jeszcze jest, bo na ścianie, na której została umieszczona, wybudowano sklepik i małe przepierzenie. 

Świat się zmieniał a tablice tkwiły w tym samy miejscu. Socjalistyczna propaganda odeszła w niepamięć, zmieniły się instytucje, a tablice pozostały. Niebawem pedagodzy przeniosą się do nowego budynku w Kortowie. Zapewne budynek zostanie sprzedany, jako zbędny. Wątpliwe by tu umiejscowiono jakąkolwiek placówkę edukacyjną. Teren w środku miasta jest cenny więc najpewniej stary budynek zostanie zburzony a na jego miejscu powstanie coś dużego i nowoczesnego. A co się stanie z tymi tablicami? Czy wylądują na wysypisku gruzu? Czy może znajdą miejsce w muzeum uniwersyteckim lub jakimś innym miejscu, upamiętniającym edukację na Warmii i Mazurach? 

Tablice wmurowano w roku, w którym się urodziłem. Prawie 60 lat edukacji i kształcenia kadr nauczycielskich. Czy warto zachować w pamięci?

Ja z tym budynkiem mam wiele pięknych wspomnień z lat studenckich oraz początków pracy akademickiej. Na wspomniane tablice chyba nigdy nie zwracałem uwagi. Były bo były. A teraz stają się wyzwalaczem dla wspomnień. Chyba trzeba lat by nabrały wartości...

7.02.2022

Sensu życia ludzkiego musimy szukać na nowo

Szybko, dużo i tanio, to znaki firmowe naszych czasów. Wolimy taniej niż drożej, bo to chyba nasz instynkt łowcy-zbieracza by osiągnąć coś mniejszym nakładem sił i energii. Podobnie z "szybciej", bo po co czekać, jeśli można mieć wcześniej? Niegdyś drogie i zarezerwowane dla elity dobra są teraz dostępne dla przeciętnego człowieka. Wytwarzamy szybciej i taniej najróżniejsze dobra materialne i niematerialne. Zanosi się na to, że i sztukę także. Eksperymentowano już z tworzeniem obrazów przez zwierzęta ale znacznie bardziej powszechne jest wykorzystywanie technologii do tworzenia (przetwarzania?) sztuki.

Monidła to była tańsza wersja portretu ślubnego. Kiedyś, żeby mieć portret, trzeba było zamówić u artysty malarza. Stać było tylko arystokrację. Rękodzieło specjalisty musiało dużo kosztować. Potem były fotografie, zamawiane u artysty fotografika. Portret fotografika wymagał wysiłku: czasu na pozowanie i koszty zrobienia zdjęcia. Ale i tak fotografia była tańsza niż portret malowany przez artystę malarza. 

Efekt pracy aplikacji, jednej z wielu.
Można się bawić jak z ubrankami dla lalek. 
A czy można zautomatyzować malowanie portretów? Próby już są, algorytmy sztucznej inteligencji ze zwykłego zdjęcia, zrobionego aparatem telefonicznym, pozwalają uzyskać różne obrazy, stylizowane na portrety malarskie w kilkanaście sekund i w kilku wariantach. Szybko i tanio. Bo zamiast człowieka (pomijając inwencję twórczą i konstruktorską a potem napisanie programu) w końcowych działaniach bierze udział jedynie maszyna, zwykły smartfon. W sumie może nie taki zwykły bo moc obliczeniową ma większą niż komputery, które umożliwiły lądowanie człowieka na Księżycu... 

Co raz bardziej ludzie są zastępowalni? Szybko, dużo i tanio, tylko za pozwolenie wyświetlania u siebie reklamy. Każdego stać (walutą jest czas i spam przed oczami, a uogólniając - nasza uwaga). Taka mała zabawa z tworzeniem swoich awatarów na bazie zdjęcia. Algorytmy nawet stylizują portret na różne epoki i style. Ale czy za jakiś czas nie zastąpią nas awatary? Zautomatyzujemy pisanie (pierwsze algorytmy, piszące proste wiadomości dla pracy i mediów działają już od 2015 roku!). Wiele zapracowanych osób i tak zleca innym ludziom prowadzenie profilu w mediach społecznościowych. To może idąc krok dalej, zamiast wynajmować ghostwritera,  tego typu zadania zlecimy sztucznej inteligencji? I będzie stać każdego a nie tylko polityków czy celebrytów?

Kiedyś były małżeństwa per procura, potem wiele rzeczy robili za nas asystenci czy pełnomocnicy. To może teraz nasz profil na Facebooku czy innym medium społecznościowym poprowadzi za nas algorytm... z naszym syntetycznym awatarem. Sam sobie wybierze zdjęcie (lub zrobi) naszym telefonem, oznaczy miejsca, w których byliśmy i na tej podstawie przygotuje relację. A jak nagra naszą rozmowę (samodzielnie lub na zlecenie) to jeszcze napisze krótszą lub dłuższą wypowiedź? Przecież, będąc na stanowisku, wykorzystujemy do tych celów swoich najętych pracowników (a pamiętacie film "Poszukiwany, poszukiwana"?). A sztuczna inteligencja może być tańsza. Skracanie "łańcucha dostaw informacyjnych". Szybciej, więcej, taniej. Kto, to będzie czytał? Może kolejne awatary symulujące uwagę ludzi i czytelników?

Powolne zastępowanie człowieka w jego pracy mniej lub bardziej twórczej. Proste newsy piszą do gazet algorytmy. A skoro jest już "sztuczna" muzyka, tworzona przez algorytmy, to jaki jest sens życia człowieka? Chyba każdy młody człowiek zastanawia się nas sensem swojego życia. Przynajmniej raz w życiu (zwykle częściej). Czyniliśmy tak przez tysiąclecia dlatego mamy sporo spisanych przemyśleń i porad, co do sensu życia. W nowych warunkach cywilizacyjnych musimy te nasze przemyślenia mocno zaktualizować. Na razie nie ma jeszcze sztucznej inteligencji, podejmujących się wyzwań filozoficznych...

Ludzie kontaktujący się z informacjami "maszynowymi" to nowe środowisko społeczne. Automaty dzwonią z reklamami i nie tak łatwo szybko je odróżnić od człowieka z działów call center. Powolne lecz konsekwentne zmienianie naszego otoczenia społecznego i kulturowego. Niczym z wizji scence-fiction. Myśl żyjąca swoim życiem w zupełnie niebiałkowych obwodach. Zastąpi nas całkiem czy poszerzy ekosystem życia a my staniemy się częścią, z ograniczonymi funkcjami, specjalizując się jak komórki w organizmie tkankowym?

Człowiek musi na nowo, a przynajmniej w części, przemyśleć swój sens życia. Po co życia i co robić. Zrozumieć trendy i procesy zachodzące wokół nas i generowane przez nas samych. By odróżnić to, co nieuniknione od tego, co można i warto kształtować.

Czy i w jakim zakresie zastąpią nas maszyny? Sami je tworzymy by sobie życie ułatwić. Ale przy okazji generujemy zupełnie nowe problemy. Maszyny tkackie przyspieszyły produkcję tkanin i szycie odzieży - i te w konsekwencji mocno potaniały. Ale pracę straciły domowe tkaczki, a teraz w dużej mierze krawcy i krawcowe. Rzemieślników i artystów zastąpiły szwaczki w dużych fabrykach. Kalkulatory a potem komputery przyspieszyły prace rachunkowe i archiwizacyjne. Pracę (i sens) straciły kolejne generacje pracowników biurowych. Kreatywni twórcy mogą czuć się niezagrożeni? 

Skoro mogą pisać anonimowi ghostwritterzy (ludzie) dla innych teksty, to czy ci ostatni nie wynajmą algorytmów? Przypomina mi się Cyberiada Stanisław Lema i maszyna pisząca wiersze w opowiadaniu "Elektrybałt Trurla". Taki elektryczny rybałt  napisze na każdy temat, np.:

"- Niech ułoży wiersz o cyberotyce! - rzekł nagle, rozjaśniony. - Żeby tam było najwyżej sześć linijek, a w nich o miłości i o zdradzie, o muzyce, o Murzynach, o wyższych sferach, o nieszczęściu, o kazirodztwie, do rymu i żeby wszystkie słowa były tylko na literę C!!

Cyprian cyberotoman, cynik, ceniąc czule
Czarnej córy cesarskiej cud ciemnego ciała,
Ciągle cytrą czarował. Czerwieniała cała,
Cicha, co dzień czekała, cierpiała, czuwała...
...Cyprian ciotkę całuje, cisnąwszy czarnulę!!
"

Napisane blisko 60 lat temu. I powoli się ziszcza. W tym przypadku to człowiek-pisarz udawał maszynę, ale teraz może się to zmienić. I być może nie nad wszystkim będziemy mieli indywidualną kontrolę. Jakiś czas temu Facebook stworzył algorytmy, by te testując rozwiązania komunikowały się ze sobą. Wspomniane algorytmy zoptymalizowały język tak, że nie był czytelny już dla człowieka,  algorytmy się "dogadywały" szybciej i sprawniej. Algorytmy wyłączono i zapewne nie ze strachu, że się uniezależnią, tylko zapewne dlatego, że stały się nieprzydatne do symulacyjnego testowania nowych rozwiązać adresowanych dla ludzi. 

I jeszcze jeden cytat z Cyberiady (a propos udawanej twórczości Elektrybałta):

"Ty, klaso transfinalna! Ty, silna wielkości!
Nieprzywiedlne continuum! Praukładzie biały! 
Christoffela ze Stoksem oddam na wiek cały
Za pierwszą i ostatnią pochodną miłości."

Twórcza i przenikliwa myśl twórcza Lema okazuje się być bardzo trafna futurologicznie? A jak będą pisały współczesne elektrybałty, podkręcone i znacznie dopracowane? Napiszą i jeszcze same książkę zilustrują i muzykę nagrają. Nic tylko kompletna kampania promocyjna ze wszystkimi potrzebnymi elementami. Ciekawe czy wtedy w szkole takie elektrybałtowe utwory trafią do zestawu lektur?

Zmienia się nie tylko klimat Ziemi ale i środowisko życia człowieka. Zmiana na skalę pierwszych fotoautotrofów, które przekształciły Ziemię i środowisko do życia dla całkiem innych organizmów (tlenowych).W historii naturalnej biosfery i życia, w której do tej pory uważaliśmy Homo sapiens za najdoskonalszy i najbardziej rozwinięty wytwór ewolucji, wiele było różnorodnych zmian, generowanych także przez samo życie jako takie (a nie tylko warunki zewnętrzne). A jeśli procesy ewolucyjne w makroskali nie zatrzymały się? To co może być dalej? I czy wyginiemy, zostawiając po sobie kontynuację procesu (tak jak w Cyberiadzie) czy też przetrwamy w zmienionym świecie i w nowej roli?

Zastanawialiśmy się nad początkiem życia, od kiedy życie. Zastanawialiśmy się nad początkiem i wyróżnikiem człowieczeństwa Szukaliśmy tej granicy w świecie żywym. Teraz chyba trzeba zastanawiać się nad górną granicą (co po nas i to bardziej rozwinięte?). Lub na nowo przemyśleć definicje życia, kultury i sensu życia człowieka. Bo może zacznie się pojawiać czysta myśl, wydestylowana z białkowej egzystencji, płynąca już tylko w obwodach elektrycznych i krzemowych chipach. Całkiem nowy świat. Do czego temu światu, my ludzie, będziemy przydatni lub potrzebni? Na nowo trzeba szukać sensu życia.

Szybciej, więcej, taniej? A może inaczej zdefiniujemy swoje potrzeby i kierunek rozwoju?  Zastanawiając się nad sensem życia i ludzkiej cywilizacji trzeba będzie przemyśleć cele i sens edukacji: co, jak i gdzie uczyć młode pokolenie. A może nie tylko młode?

5.02.2022

Jak nauczać gdy wiedza to sposób funkcjonowania wiadomości w umyśle

 

W edukacji jest jak w podróży czy wędrówce, czasem warto przystanąć i porozmyślać. Zrobić namysł. Czasem nawet poszukać sensu lub tylko odświeżyć siebie to, co kiedyś już ustaliliśmy. Czy idziemy dobrą drogą, czy w dobrym tempie? Może trochę odpocząć, zjeść kanapkę i nabrawszy sił oraz utwierdzenia w celu, ruszyć dalej. Sesja i przerwa w zajęciach to jeden z dobrych momentów na taką refleksję edukacyjną. Po skończonych zajęcia i przed rozpoczęciem nowych. Jeszcze jeden przystanek w drodze...

Namysł i rozmyślanie czyli przetwarzanie zasłyszanych opinii, przeczytanych książek, wysłuchanych wykładów itd. Jest jak trawienie zjedzonego posiłku, musi trochę potrwać. W odniesieniu do myśli to układanie sobie ich w głowie. Przetwarzanie. Bo wiedza to nie tylko zbiór wiadomości ile przede wszystkim to sposób ich funkcjonowania w umyśle. Można dużo nawkładać, jak ubrań do szafy, ale będę leżały bezużytecznie. Gdy źle lub za dużo nakładzione, to ich nie widać i nie ma do nich dostępu. A po jakimś czasie zapominamy, że mamy. I kupujemy nowe, takie same. Tak jakby ich nie było. Pamięć ludzka gromadzi nie tylko efekty aktywności poznawczej ale także sposoby dojścia do tych efektów. Nie tylko ryby ale i wędka oraz sposób łowienia. Zatem w edukacji ważne są sposoby dochodzenie do wiadomości i wiedzy. A może nawet ważniejsze? Tak jak ta wędka, za pomocą której można każdego dnia nałowić sobie ryb.

Jeśli przyjąć powyższe, to można uznać, że absolwent musi umieć nie tylko śledzić cudze wyjaśnienia, ale także musi umieć je wytwarzać. Umieć tworzyć własne wyjaśnienia i argumentację. Wracając do wcześniejszego porównania - trzeba dać absolwentowi nie tylko ryby do torby ale przede wszystkim wędkę i nauczyć go tym narzędziem się posługiwać. Pytanie - jak to zrobić?

Prof. Klus-Tańska podkreśla, że edukacja powinna być oparta na aktywności i zaangażowaniu ucznia/studenta. Uczeń w szkole a student na uczelni musi coś robić (aktywnie zdobywać wiedzę), musi argumentować (dyskutować),  rozwiązywać problemy, podejmować wyzwania. A rolą nauczyciela/wykładowcy jest przede wszystkim zorganizować warunki i przestrzeń do takiej aktywności. 

By to osiągnąć nauczyciel musi w swej pracy tworzyć i komunikować informacje i instrukcje postępowania w zdobywaniu wiedzy. Nauczyciel musi organizować środowisko uczącego się, musi dostarczać problemów (aktualnych!) oraz monitorować proces uczenia się "posługiwania się wędką". Nauczyciel musi dyskutować i zapewniać możliwości uczenia się rówieśniczego (horyzontalny transfer wiedzy). I w końcu, bazując na relacjach, nauczyciel musi wykorzystać biografię uczniów i ich doświadczenie szkolne i pozaszkolne. Musi więc mieć czas i sposobność by poznać swoich uczniów lub studentów. 

Nauczyciel musi być "na bieżąco" by rozumieć i móc dostarczać dobre, aktualne problemy do przetwarzania uczniom. W tym zawierają się także lektury szkolne i tematy zajęć/lekcji. Nauczyciel musi umieć dyskutować. Tego trzeba go nauczyć na studiach, wdrożyć. By już był uczestnikiem takiego procesu a nie tylko wyczytał z książek, że ma taki być. Jak to wszystko zawrzeć w sylabusach, dokumentacji zajęć i innych formalnych dokumentach, które wykładowcy uniwersyteccy muszą wytwarzać? I żeby to dokumentowytwarzanie miało sens. 

Tak więc nauczyciel musi być cały czas uczestnikiem procesu a nie tylko komentatorem tego, o czym usłyszał na studiach. Trzeba samemu poszukiwać by nauczyć poszukiwania i odkrywania innych. Na uczelni wyższej jest to mocno wpisane bowiem wymaga się od wykładowców akademickich prowadzenia badań naukowych. Wymaga się nieustannego dyskutowania (na konferencjach, sympozjach, i to w gronie międzynarodowym), nieustannego odkrywania i ogłaszania odkryć w publikacjach czy referatach. A co w szkole? Kiedyś nauczyciele, co prawda nieliczni, ale prowadzili badania naukowe. Czasami nawet przechodzili w pracy ze szkoły na uniwersytet. Znam takich nie tylko z literatury ale i z autopsji. Nieliczne wyjątki? Od szkoły do uczelni, bo rozpoczęli proces badawczy i cały czas w nim uczestniczyli. Czy wynieśli ze studiów to zaangażowanie w procesie?

Żeby nauczyciel mógł sensownie pomóc uczniom np. w przygotowaniu pracy badawczej na olimpiadę biologiczną czy w konkursie E(x)plory, to sam musi uczestniczyć w badaniach lub współpracować z naukowcami. Czy jakimś elementem tej aktywności poznawczej w szkole i uczestnictwa w procesie teraz może być crowdlearning (zwłaszcza ten online), jakaś rozproszona grupa wsparcia zawodowego? Tak jak kiedyś były różnego rodzaju towarzystwa naukowe? Współuczestnictwo w grupie poznającej, odkrywającej, dyskutującej. Nie tylko wymiana pomysłów i narzędzi ale także dostrzeganie problemów i ćwiczenie się w dyskusji. Jednym słowem uczestnictwo w procesie odkrywania, dostrzegania problemów, dyskutowania. 

Nauczyciel współczesnej szkoły powinien być w grupie odkrywających nauczycieli. Nawet jeśli to są drobne odkrycia, dotyczące narzędzi dydaktycznych. Kiedyś było to odkrywanie nowych gatunków, obserwacje nowych stanowisk gatunków roślin, grzybów i zwierząt a teraz może być odkrywanie dla siebie i innych nowych narzędzi analogowych czy elektronicznych. Na taką aktywność nauczyciel musi mieć czas. Mimo, że nie jest wliczona w pensum godzin dydaktycznych "przy tablicy". Tylko wtedy będzie miał szansę być dobrym projektantem przestrzeni edukacyjnej i uczestnicząc w procesie uczyć tego swoich uczniów. 

Czy te wszystkie zadania cedować na szkołę? A może warto pomyśleć o  innym zorganizowaniu systemu edukacyjnego, włączając do procesu dydaktycznego istniejące już instytucje, stowarzyszenia i organizacje mniej lub bardziej formalne. Kto ma tworzyć środowisko wsparcia dla nauczycieli? WOM-y, ODN-y, uczelnie wyższe czy zawodowe stowarzyszenia nauczycieli lub naukowców? A może tylko grupy nieformalne? Towarzystwa naukowe? A kto to już robi? A może MEiN czy kuratoria?

Zadaję sobie te pytania w nawiązaniu do misji Uniwersytetu, w tym mojego, Warmińsko-Mazurskiego. Co i jak mogę wdrożyć już od zaraz a o czym dyskutować, bo implementacja wymaga szerszej dyskusji i akceptacji znaczeni większych gremiów?

Na ilustracji zdjęcie z małej, wiejskiej placówki edukacji pozaformalnej. Pojechałem tam w czasie wakacji by poprowadzić zajęcia dla dzieci na wakacjach. Działalność poza systemem czy w systemie? Jak sądzicie?

4.02.2022

O tym jak Wormaldia triangulifera zmieniła się w Wormaldia carpathica i co z tego wynika


Preparat z genitaliami z kolekcji w Bytomiu, przesłany do weryfikacji (Wormaldia carpathica).


Dlaczego nauka święci sukcesy? Bo zajmują się nią wybitni ludzie? Nie, w badaniach uczestniczą ludzie tacy sami jak w każdej innej aktywności Homo sapiens. O niewątpliwym sukcesie zadecydowała metodologia czyli sposób postepowania. Istotą metody naukowej jest nieustanna weryfikacja i powtarzalność doświadczeń czy obserwacji. Także otwartość, bo każdy może mieć dostęp i samodzielnie zweryfikować. Za przykład niech posłuży chociażby Salinella salve. Zdarzają się pomyłki, błędy a nawet oszustwa. Ale to dyskusja i nieustanne weryfikowanie oraz powtarzanie eksperymentów sprawiają, że obserwujemy nieustanne doskonalenie i postęp. Nauka dąży do precyzyjności języka, nazwy i procedur. W tym powolnym, aczkolwiek nieustannym procesie, uczestniczy wiele osób.

Poprawianie i aktualizowanie wydaje się żmudne i mocno przyczynkarskie. Ale te działania są niezwykle ważne, bo ułatwiają komunikację i wzajemne rozumienie się. Na przykład nazwy gatunków. Nazewnictwo jest skodyfikowane. Gwarantuje precyzję. Za tą samą nazwą kryć się ma ten sam obiekt, o takich samych właściwościach biologicznych czy ekologicznych. Niezwykle ważną rolę w nomenklaturze biologicznej pełnią muzea i kolekcje naukowe, w których przechowywane są okazy, na podstawie których opisano gatunek lub okazy dowodowe z badań. Dlatego nawet po latach można wrócić do tych okazów, ponownie je obejrzeć i zweryfikować. Tak, nawet badania faunistyczne czy florystyczne można zweryfikować.

Po tym wstępie teoretycznym pora przejść do konkretów i opowiedzieć historię jak to Wormaldia triangulifera zmieniła się w Worlamdia carpathica. Wormaldia to rodzaj chruścika (Trichoptera), owadów wodnych. Larwy żyją w źródliskach i strumieniach górskich (strefa krenalu i rhitralu), budują rurkowate norki z przędzy jedwabnej, odżywiają się okrzemkami i drobnym detrytusem. Zwierzęta jakich wiele w naszych wodach. Wróćmy jednak do przemiany i nazw.

A było to tak, całkiem niedawno otrzymałem list elektroniczny (przez Messengera a nie typowy e-mail, nazewnictwo nie nadąża za rozwojem kanałów komunikacji): „Jestem pracownikiem działu przyrody w Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu. Zwracam się do pana o pomoc w identyfikacji (…). Prowadzimy aktualnie pracę przy IMBIO. (…) Wśród ów zbiorów są dwa okazy Wormaldia triangulifera złapane w Ustroniu w 1938 r. przez S. Tolla. Z informacji jakie udało mi się odnaleźć to gatunek jest wątpliwie oznaczony. Bardzo bym chciał się dowiedzieć na temat tego gatunku i czy coś się zmieniło w rewizji.”

A co to jest IMBIO? Zacznijmy od GBIF - Global Biodiversity Information Facility, czyli międzynarodowej sieci i infrastruktury danych finansowanych przez rządy światowe, której celem jest zapewnienie każdemu i wszędzie otwartego dostępu do danych o wszystkich rodzajach życia na Ziemi. Ważne jest także, by te dane były aktualne, zweryfikowane i jak najbardziej rzetelne. A IMBIO to Integracja i mobilizacja danych o różnorodności biotycznej Eukaryota w zasobach polskich instytucji naukowych. Można wiece powiedzieć, że to taka centralna baza danych o gatunkach, występujących w Polsce. Projekt IMBIO „powstał w ramach konsorcjum 18 instytucji naukowych, współpracujących w Krajowej Sieci Informacji o Bioróżnorodności (KSIB). Celem projektu jest otwarcie dostępu do danych naukowych w zasobach krajowych instytucji naukowych, dotyczących różnorodności biologicznej organizmów jądrowych (Eukaryota). Nastąpi to poprzez digitalizację i udostępnienie danych nie istniejących dotąd w formie cyfrowej lub nie udostępnionych poprzez sieć internetową (mobilizacja) oraz ich integrację na poziomie merytorycznym i strukturalnym (integracja). Źródła obejmą kolekcje przyrodnicze, dane publikowane i materiały archiwalne członków konsorcjum. Dostęp do danych będzie możliwy poprzez lokalną platformę, a także poprzez Global Biodiversity Information Facility (GBIF).”

Zaletą takich baz danych jest szybkość i dostępność dla zainteresowanych. Każdy może zajrzeć. Przykładem jest Wormadia triangulifera, z którego wynika, że w tej konkretnej bazie mamy dwie wzmianki o występowaniu Wormaldia triangulifera w Polsce (https://eol.org/pages/613935 - zbiory McLachlana). Skąd się te dane wzięły? Z publikacji. Ale w innych opracowaniach oznaczenie W. triangulifera podawane jest jako wątpliwe, czyli wymagające dokładniejszego zweryfikowania. Sam w swoim spisie gatunków oznaczyłem jako wątpliwy (http://www.uwm.edu.pl/czachor/ Trichoptera, Chruściki Polski). A opinię zaczerpnąłem od Szczęsnego.

Analizowany owad.
Wracając do listu i identyfikacji okazu. Należałoby pojechać do Bytomia (zabierając ze sobą kilka pozycji literatury) i na miejscu sprawdzić, 2-3 dni pracy i koszty podróży oraz noclegu. Albo wysłać okaz pocztą do Olsztyna (dla mnie wygodniejsze, bo mniej czasu i wygodniejszy dostęp do zgromadzonej literatury). Jednak wysyłanie zasuszonego okazu pocztą lub kurierem to ryzyko nieodwracalnego uszkodzenia zasuszonego okazu (wstrząsy). Przywieźć do Olsztyna? Też co najmniej dwa  dni robocze. Właśnie dlatego już dawno temu wymyślono różne stypendia na podróże po muzeach i weryfikowanie kolekcji. A czy można wykorzystać nowe technologii i zdalną komunikację? Wszak mamy już drugą dekadę XXI wieku. Już kiedyś pomagałem zdalnie oznaczać chruściki. Ktoś na miejscu wykonuje zdjęcia i przesyła do weryfikacji. Nie zawsze za pierwszym razem się udaje, czasem trzeba prosić o kolejne ujęcia z innymi szczegółami.

Po krótkiej, zdalnej dyskusji zdecydowaliśmy się na zdalną współpracę. Najbezpieczniejsze dla okazu i wygodne dla obu stron. Poprosiłem o rozmoczenie okazu i zrobienie preparatu z genitaliów oraz przesłanie zdjęcia. Na wzór wysłałem rysunek z atlasu chruścików z genitaliami Wormaldia triangulifera. Otrzymałem kilka zdjęć, które umożliwiały porównanie z aktualną literaturą: Hans Malicky, Atlas of European Trichoptera, second edition, Springer, 2004. Najnowsze i najpełniejsze kompendium z wiedzą o europejskich imagines.
Wormaldia carpathica, lepsze ujęcie.

Pierwsza partia dobrej jakości zdjęć była niewystarczająca. Pewien szczegół anatomiczny nie był zbyt dobrze widoczny. Normalnie oglądając okaz pod binokularem przekręciłbym i po kilku sekundach zobaczyłbym niezbędny element. A tak trwało to kilka godzin. Pojawiło się kolejne zdjęcie i możliwość dokładniejszego sprawdzenie okazu.

Pierwsze oględziny wskazywały, że może to być Wormaldia triangulifera ale należało upewnić się czy nie jest to Wormaldia occipitalis. Po otrzymaniu dodatkowego zdjęcia pojawiły się wątpliwości i trzeba było poszukać dodatkowych źródeł. I tak dość szybko internetowe poszukiwania literatury (jakże prostsze niż kiedyś jeżdżenie po biblioteka lub rozsyłanie listów do autorów z prośbami o nadbitki publikacji) zakończyło się dotarciem do nowej publikacji z 2019 roku. I wtedy okazało się, że analizowany okaz to Wormaldia carpathica, nowy gatunek zupełnie niedawno opisany. I wykazywany nawet z Polski przez Olaha (w tejże publikacji). Nowy gatunek wynikał z rewizji i dokładniejszego przeanalizowania materiału z różnymi gatunkami z rodzaju Wormaldia.



Weryfikacja historycznego materiału to kilka korespondencji. I udało się poprawnie zweryfikować. Szybko i tanio. Na dodatek pojawił się nowy dla Polski gatunek chruścika. Komputerowe metody komunikacji i zdalny dostęp do prac naukowych znacząco przyspieszają naukę.

A dlaczego w Bytomiu pojawiły się wątpliwości co do poprawności oznaczeń? Trochę i za moją sprawą. Dlaczego wątpliwości? 
Etykiety
z badanego okazu
Wormaldia triangulifera
pojawia się w wykazie fauny Polski już w 1965 za sprawą ważnego i potrzebnego, podsumowującego opracowania prof. Cezarego Tomaszewskiego. Notabene jest on autorem oznaczenia tego okazu. Czy się pomylił? Nie, w tamtym okresie i w odniesieniu do tamtego stanu wiedzy, jego oznaczenie było poprawne. Tomaszewski dobrze oznaczył jak na ówczesny stan wiedzy.

W późniejszych publikacjach prof. Bronisława Szczęsnego nie ma już i informacji o występowaniu W. triangulifera w regionach górskich oraz zaznaczona jest wątpliwość co do oznaczenia (na skutek rozwoju wiedzy, kolejnych obserwacji, lepszych opisów itd.). Ja powtórzyłem wątpliwość oznaczenia za Szczęsnym w swoim zastawieniu na stronie www (dawno nie aktualizowana). Stąd zapewne do mnie trafiła prośba o weryfikację.

W wykazie Szczęsnego z 2007 roku wymieniona jest tylko W. ocipitalis (Pictet, 1834), łącznie wykazywane są cztery gatunki z Polski: W. copiosa, W. occipitalis, W. pulla, W. subnigra (Szczęsny B., 2007. Chruściki (Trichoptera), W: Fauna Polski, Tom II, str. 387-397). Gdzie i dlaczego zniknęła z wykazu W. triangulifera? W dużo wcześniejszym opracowaniu Szczęsnego z 1986 roku pojawia się W. ttriangulifera ale jako Wormaldia occipitalis  - uznał za błędne wcześniejsza oznaczone jako W. triangulifera przez Tomaszewskiego 1965 i Riedel 1972 (Szczęsny B., 1986. Caddisflies (Trichoptera) of running waters in the Polish North Carparhians. Acta Zoolog. cracov., 29 (21): 501-586.). W późniejszej pracy (Szczęsny B., 1991. Trichoptera – chruściki, W: Razowski J. (red). Checklist of animal od Poland, tom. II, część 25-29 Insecta: Trichoptera- Siphonaptera, str.: 7-13) jest wymieniana W. traingulifera z zaznaczeniem, że oznaczenie jest wątpliwe. Podobnym komentarzem oznaczona została  W. subnigra, która w późniejszym zestawieniu już jest obecna jako gatunek występujący w Polsce. Inne obecne w wykazie to: W. copiosa, W. occipitrali, W. pulla. W pracy Szczęsny B., 1980. Caddisflies (Tichoptera) in the collection of the Institute of Systematic and Experimental Zoology, Polish Academy of Sciences in Cracow. Acta. Zool. Cracov., 24 (10): 449-486.  wymieniana jest W. occipitalis, oraz znajduje się adnotacje, że wszystkie osobniki z Karpat, w tym Karpat Wschodnich były źle oznaczone jako W. triangulifera lub Dolophilus copiosus (obecnie W. copiosa).

Najstarszą wzmiankę o  W. triangulifera w Polsce to wspomniana już praca Tomaszewski C., 1965. Katalog fauny Polski, Chruściki -Trichoptera. Autor wymienia trzy gatunki: W. occipitalis, W. triandulifera i W. subnigra. Powołuje się na pracę Botosaneanu 1965 (W. triangulifera, larwa i poczwarka), prace z  Beskidu Zachodniego (Dziędzielewicz 1911, Mikulski 1931) oraz Bieszczadów (Riedel 1961). W zestawieniu chruścików Ukrainy (Szczęsny B., Godunko R. J., Catalogue of caddisflies (Insecta: Trichoiptera) of Ukraine, Lviv 2008, 103 pp). wymieniana jest W. occipitalis i W. pulla. Wśród W. occipitalis znalazły się oznaczenia Dziędzielewicza (1908, 1919) jako W. triangulifera. 

Rozstrzygnięcie przyniosła publikacja z 2019 roku: Revision of European Wormaldia species (Trichoptera, Philopotamidae): Chimeric taxa of integrative organisation J. OLÁH , T. ANDERSEN , S. BESHKOV , G. COPPA , A. RUIZ GARCIA & K.A. JOHANSON, Opusc. Zool. Budapest, 2019, 50(1): 31–85. Nie tylko rewizja starszych okazów ale i zebrany materiał w Beskidzie Śląskim i Gorcach.

Wykaz stanowisk W. carpathica z publikacj z 2019 roku


I tak oto Wormaldia triangulifera najpierw zmieniła się Wormaldia occipitalis a teraz w Wormaldia carphatica i od razu jako gatunek nowy dla Polski. Nowy lecz występował od dawna. Zmiana jeszcze nie wszędzie została odnotowana. Monografia i rewizja z 2019 roku, nie została jeszcze uwzględniona w internetowym wykazie: Trichoptera World Checklist. Naukowe i nomenklaturowe młyny mielą powoli ale bardzo konsekwentnie, Trzeba sprawdzać w różnych źródłach i rozumieć kontekst, czyli dlaczego w różnych pracach w odniesieniu do tego samego faktu znajdziemy różne informacje, w tym przypadku różne nazwy gatunkowe lub różne listy z wykazem gatunków dla Polski.

Wormaldia carpathica, rycina z publikacji Revision of European Wormaldia species ...

3.02.2022

Gliniarz w bibliotece. I wcale nie chodzi o policjanta.

(Olsztyn, Biblioteka Uniwersytecka, 1 lutego 2022, fot. Michał Biedziuk)


Najwyraźniej gliniarz jest już w Olsztynie i nawet zaczął studiować. Michał Biedziuk takie mi wczoraj fotki podesłał z komentarzem: "W szczelinach okna w pokoju cichej nauki w bibliotece UWM. Pokój nr 113." Gliniane dzbanuszki ze sparaliżowanymi pająkami w środku, jako pokarmem dla larwy. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, przez szybę można zajrzeć do środka. Gliniarz naścienny (bo to najwyraźniej on) tylko w przybliżeniu jest osą (Sceliphron destillatorium). Od 2000 roku rozprzestrzenia się w Polsce, dotarł i do Olsztyna.
 
Gliniarz naścienny jest samotną błonkówką i nie jest agresywny w stosunku do człowieka. Jednak z powodu swojego kontrastowego ubarwienia bywa mylony ze społecznymi osami i zabijany. Strach podszywany niewiedza ma wielkie i groźne oczy... 

Dorosłe owady polują na pająki, które umieszczają w gniazdach jako pokarm dla larw, a same żywią się nektarem. Zimują. Dajmy im przetrwać do wiosny a młodym się rozwinąć. Niech sobie postudiują.

W prawym rogu widać zimującą ćmę (motyla nocnego), może to jakaś rolnica. Bezkręgowce wkuwają przed sesją? Całkiem inne spojrzenie na mole książkowe :).

Więcej o gliniarzu naściennym:

2.02.2022

Ukorzenianie się czyli pępowiny miasta

Dzięki pępowinie w życiu płodowym czerpiemy zasoby i energię od matki, przez łożysko. Pępowina jest jak kabel zasilający, niezwykle ważny na samym początku. W skali życia to krótki okres. Potem zostaje tylko mały ślad w postaci pępka na naszym brzuchu. Na co dzień o niej zapominamy. A przecież to "rura", która zbudowała nasze podstawy. Czy analogicznie jest z pępowinami miasta czyli historiami mieszkańców, bagażem historii rodzinnych, które przynieśliśmy i wnieśliśmy jak wiano? Na co dzień o nim nie pamiętamy, nie uświadamiamy sobie. Może jednak warto zadać sobie pytanie skąd się tu wziąłem i co mnie ukształtowało? Czym skorupka za młodu nasiąkła by teraz trąca we wspólnocie?

W Olsztynie znalazłem się przypadkiem, prawie 40 lat temu. Przyjechałem tylko na krótko, studiować. Potem zamierzałem ruszyć dalej. Jestem więc tu przypadkowo, choć nie całkiem. Tak w ogóle w życiu jestesmy tylko podróżnikami, jak na przystanku kolejowym. Stoimy na peronie i czekamy, czasem krótko, czasem bardzo długo. Siadamy na ławce lub w dworcowej poczekalni lub idziemy zwiedzać miejscowość. Czekamy na pociąg i dalsza podróż...

A zaczęło się to jakieś 3,7 mld lat temu, gdy na Ziemi powstało życie biologiczne. Z tego okresu pochodzą najstarsze skamieniałości ale życie jako takie mogło pojawić się wcześniej. Nie z każdego okresu zachowały się ślady lub jeszcze ich nie znaleźliśmy. Nauka czyni postępy, więc i ta granica może się zmienić. Od samego początku życie biologiczne odznacza się dyspersyjnością - rozprzestrzenianiem. Nawet najbardziej osiadłe gatunki mają mechanizmy dyspersji, np. przez nasiona, zarodniki, diaspory i najróżniejsze mechanizmy wykorzystywania ruchów atmosfery, wody czy innych organizmów. Bo nawet stabilny świat nieustannie się zmienia. By przetrwać trzeba zdobywać ciągle nowe tereny i zmieniać się ewolucyjnie. Trwanie w wędrówce i ruchu.

Historia naturalna Europy
Gdy przychodzimy na świat to akceptujemy zastaną różnorodność jako coś normalnego i oczywistego. Dopiero później zadajemy sobie pytanie o to, skąd pochodzimy. Moje pytania zrodziły się na mazurskiej wsi, gdzie spędzałem wakacje. Tam ukorzeniałem się kulturowo, słuchałem wspomnień babci i dziadka z utraconej Wileńszczyzny oraz rozbudzona został moja ciekawość przyrodnicza. Przed lata ukorzeniałem się coraz bardziej i bardziej, głębiej i szerzej. Dlatego pytania o przeszłość biologiczną Homo sapiens i życia jako takiego są dla mnie naturalne i oczywiste. 

Europa, jaką znamy, też nie istniała od zawsze. Nie tylko w sensie polityczno-administracyjnym ale także geograficznym i biologicznym. Polecam bardzo przystępnie napisaną biologiczną książkę: "Europa - historia naturalna". Wszyscy jestesmy migrantami z innych kontynentów, czasem dawno rozpadłych i nieistniejących (Gondwana, Laurazja itd.). Narody i terytoria przemijają, ciągle ewoluują, integrując elementy tutejsze z tymi "przybyłymi". Wczorajszy przybysz dzisiaj jest autochtonem by jutro znów być wędrowca i emigrantem.

Nie jestem pierwszy w tak głębokim poszukiwaniu korzeni. Polecam chociażby książkę "O powstawaniu Polaków" Tomasza Ulanowskiego. Mądra i dowcipna opowieść. Ulanowski historię Polaków zaczyna dość wcześniej, bo 13,8 mld lat temu, od narodzin naszego Wszechświata. Powstanie życia na ziemi datuje na 4 mld, a 3,7 początek fotosyntezy. Już w bliższej historii Homo sapiens, poszukując przodków Polaków wspomina okres mniej więcej 9 tys. lat temu, gdy do Europy docierają anatolijscy rolnicy, wzbogacający miejscową populację łowców zbieraczy. 5 tysięcy lat temu dociera kolejna fala migracji pasterzy euroazjatyckich stepów (kultura grobów jamowych). Ślady tych dawnych migracji i fuzji społecznych powoli odnajdujemy we własnych genomach. Nie tylko ślady Neandertalczyków ale i późniejszych fal Homo sapiens. U mnie to na przykład grupa krwi B. Nikt tego nie pamięta, nie przetrwało w pamięci rodziny. Zbyt dawno i zbyt odległe. Ale dzięki nauce można odkryć i udokumentować.

W najbliższym kontekście jestem połączeniem historii i genów północno mazowieckiej linii męskiej i wileńskich korzeni "po kądzieli". Część historii udało mi się odtworzyć, dzięki zachowanym archiwom i zapiskom w książkach. Linia męska zaczyna się w wieku XIV. Wszyscy Czachorowscy wywodzą się z Czachorowa na północnym Mazowszu. Nazwisko było dobrym znacznikiem, ułatwiającym śledzenie migracji. Najpóźniej w XV wieku Czachorowscy dotarli w granice państwa krzyżackiego. Czyli na Prusy. Dzięki gwarze zachowały się językowa "mutacje" w formie zapisu Czacharowski (choć nie zawsze konsekwentnie). W pełni można te gałąź nazywać mazurską a ich Mazurami z Ziemi Lubawskiej. Pod Grudziądzem, dzięki mazurzeniu, pojawili się Ciachorowscy i Ciacharowscy. A ci, którzy wyemigrowali do Brazylii, zapisują się jako Chacorosqui (wymowa taka sama, pisownia inna). Ślady dalekich kuzynów udało się odszukać nie tylko w USA (kilkukrotna migracja). Pełne drzewo genealogiczne ma jeszcze wiele luk i białych plam. Powoli uzupełniam.

Jak to się stało, że trafiłem do Olsztyna? Wszystko przez babcię i dziadka ze strony mamy. W czasie wakacji opowiadali mi o ich Wileńszczyźnie, że stała się i moją. W duszy była tęsknota za krajem idealnym, wspaniałym, a w oczach krajobrazy z czerwonymi dachami. Dlatego, gdy pierwszy raz pojechałem na Litwę (wtedy jeszcze ZSRR) zdziwiłem się, że ta upragniona Wileńszczyzna wygląda inaczej. We mnie zakorzeniła się z charakterystyczną gwarą w nowym, mazurskim krajobrazie.  

Wileńszczyzna moich dziadków jest jak pępowina, która kulturowo żywiła w dzieciństwie. Wrastałem, ukorzeniałem się ale w nowych kontekstach. Z sąsiadami z Galicji, z Mazurami o twardej mowie, z Niemcami, którzy wyjechali lub o których pozostało wspomnienie (był także Szwajcar). Świat zastany i normalny, oczywisty, z ruinami spalonych domów, lejami po bombach i pozostawioną amunicją w lesie, z której wybieraliśmy proch. W jednym miejscu różne gwary, różne sposoby mówienia i śpiewania, wspomnieniami z Syberii, Kazachstanu (gdzie "watę sieją"), z Westerplatte, spod Monte Casino. Żywe opowieści rodzinne. Szerokie korzenie. Wyrosłem w różnorodności kulturowej.

Jak moi litewsko-białoruscy dziadkowie i mama znaleźli się na Mazurach, w pobliżu granicy z ZSRR (Obwód Kaliningradzki)? Przyjechali ostatnim transportem w bydlęcym wagonie. Zostawili swój świat bo nie chcieli żyć w Sowietach. Moja ciocia przyjechała w jednej sukience, do narzeczonego (ale on był już z inną, jak się okazało). Poszła odprowadzić dziadków w transporcie. Ale jedna Białorusinka, w ostatniej chwili rozmyśliła się z wyjazdu i ciocia pojechała na jej miejsce (udając cudzą żonę), w jednej sukience, tak jak stała. Inny wujek wrócił dopiero w 1956 roku. Dziadek przed długie lata myślał, że to tylko na chwilę, że zaraz coś się wydarzy i powrócą na swoją ziemię w parafii Bystrzyca. Wyjeżdżając nie mogli zabrać mebli. Był tylko duży kufer i pług. W mazurskim domu sporo było więc rzeczy "poniemieckich". Zrosły się razem w jedno wspomnienie. Różne pochodzenie a jeden świat. Różne pępowiny.

A jak rodzina taty znalazła się na Warmii? Mojego stryja Niemcy wywieźli na roboty do Prus, w czasie okupacji. Chyba w okolice Reszla. Po wojnie wrócił tu. Mój tata do Reszla przyjechał do szkoły. I jeszcze inny brat osiadł, "zciągnięty" przez najstarszego. Dalsza rodzina ojca osiedliła się we Lwowcu. I tam mój tata przyjeżdżał w odwiedziny a przy okazji poznał mamę. Połączyły się pępowiny wileńskie i mazowieckie. Ślub wzięli w Drogoszach. tam potem szukałem żółtych, leśnych tulipanów. 

Jako dziecko wojskowego cięgle podróżowałem. Urodziłem się w Lidzbarku Warmińskim i tam trochę mieszkałem. Potem był Morąg. A potem ojciec powrócił w rodzinne Mazowsze. Miałem okazję częściowo zakorzenić się w tradycję wsi mazowieckiej a potem Płocka. Wakacje zawsze u wileńskich dziadków, mieszkających na Mazurach. Czułem się tutejszy i chciałem powrócić. Dlatego wybrałem na studia Olsztyn. Bo tylko tu, blisko mojej pępowiny, była uczelnia kształcąca w zakresie biologii (Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Olsztynie). Na dodatek chciałem być nauczycielem. Oczywiście gdzieś w okolicy mojej wileńsko-mazursko-warmińskiej pępowiny. Ale jakoś tak się złożyło, że przez pracę zostałem w Olsztynie. Na Warmii i na Mazurach. Po prostu w Wimlandii - nowej krainie z nową tożsamością, głęboko zakorzenioną w tutejskości i tradycji migrantów. 


Wieczne tułanie. Wrosłem w nieistniejącą krainę z duszą Wileńszczyzny a widokami Mazur i czerwonych dachów. Lubię podróżować daleko i blisko. Poznawać krajobrazu Warmii i Mazur i poznawać historie ludzi tu osiadłych. Wszyscy jesteśmy migrantami, tylko w różnym czasie my lub nasi przodkowie ruszyli w wędrówkę, chcianą lub wymuszoną, Ciekawość poznawania tego, co otacza i tego, co było kiedyś. Poznawanie swojej pępowiny i swojego ukorzeniania się. 

Bogactwo różnorodności ubogaca w kulturze i w świecie przyrodniczym. Swoją historię zacząć można opowiadać od historii dziadków, rodziców a potem sięgać głębiej i głębiej. Tak głęboko na ile starczy ci ciekawości.


 

Krótka zapowiedź wszystkich historii:


Dłuższa dyskusja w dniu inauguracji projektu Pępowiny Miasta:




Zdawało mi sie, że odnalazłem moje Jarmuliszki odnalazłem w Słowniku Geograficznym tom XI ""Szkodziszki 1. zaśc, pow. wileński, w 6 okr. pol. , gm. Rudomino, okr. wiejski Szkodziszki, o 3 w. od gminy a 10 w. od Wilna, ma 1 dm. , 10 mk. prawosł, i 4 mk. katol, podług spisu z 1865 r. 6 dusz rewiz. ; należy do dóbr skarbowych Jarmuliszki. 2. Sz. , zaśc. , tamże, o 14 w. od Wilna, 1 dra. , 5 mk. katol. 3 Sz. , wś i dobra, pow. wileński, w 6 okr. pol. , gm. Rudomino, okr. wiejski Szkodziszki, o 3 w. od gminy a 12 w. od Wilna, ma 16 dm. , 15 mk. prawosł, i 266 katol, w 1865 r. 89 dusz rewiz. ; własność Chodolejów. W skład okr. wiejskiego wchodzą wsi Sz. , Dukiele, Jarmoliszki, Lipiny, Macieiszki, Maryino, Popiszki i Rusinowka, oraz zaśc. Borejkowszczyzna, Górki, Jeziorowszczyzna, Lipki, Mikuciszki, Skrobówka, Smolanka, Sokolniki, Stażuciszki i Szkodziszki, w ogóle 186 dusz rewiz. b. włośc, skarb, i 82 włośc. uwłaszczonych." Ale po sprawdzeniu na mapie okazało się, że to nie to miejsce. Szukam dalej....

A jaka jest Twoje historia, Twoja pępowina i Twoje ukorzenianie się?