22.06.2021

Czy zadawać pracę domową uczniom/studentom na Tik Toku?

Pytanie tylko na pozór jest dziwne i niepoważne. Pojawiło się w mojej głowie kilka tygodni temu. A może niech uczniowie pracę domową czasem odrabiają w Tik Toku? Na znak zmiany kultury? Dlatego tylko praca pisemna w zeszycie? 

Wspominając o Tik Toku miałem na myśli nowy sposób komunikacji. W kulturze pisma głównym zadaniem szkoły było nauczyć czytać i pisać. Najpierw pismem odręcznym, stalówką, potem długopisem. Ostatnio uczymy pisać na komputerze (już nie pismo ręczne tylko ale i maszynowe). W kulturze słowa uczymy także formatowania i edycji tekstu. A teraz .... komunikujemy się szybkim transferem emocji z wykorzystaniem nie tylko obrazu (memy) ale i obrobionego wideo. Jeszcze nie tak dawno jakieś 30-40 lat temu zupełnie nie do wyobrażanie. Film to tylko w telewizji lub kinie a amatorsko kręcony tylko przez bardzo nielicznych. Elitarna sztuka bo sprzęt niedostępny. Cos się jednak zmieniło. Ta forma wyraz nie tylko jest już dostępna niemalże dla każdego ale jest powszechnie wykorzystywana. To dlaczego nie uczyć tego w szkole? Skoro jest potrzebne i używane? 

Narzędzia uczniowie mają - telefony (a w zasadzie wielofunkcyjne smartfony). Zadaniem szkoły staje się konieczność nauczenia uczniów wypowiadania się krótkimi filmikami. To przecież nie tylko obsługa urządzenia (tak jak w kulturze pisma ortografia i posługiwanie się piórem). To także bardzo specyficzny sposób komunikowania się: scenariusz, reżyseria, plenery, kadrowanie a potem edycja i montaż. Tak jak w kulturze pisma interpunkcja i kompozycja tekstu. Tak jak uczyliśmy wypracowań, pisania listów, rozprawek, esejów tak teraz powinniśmy uczyć komunikacji z wykorzystaniem filmu (wideo).

Tik Tok to tylko jaskrawy przykład rodzącej się kultury postpisma (za Dukajem). Tak jak uczyliśmy trzymania obsadki i trzymania się w liniach, pisania bez błędów ortograficznych, z poprawnym stylem, czytelnie, tak teraz powinniśmy uczyć wypowiadania się obrazem ruchomym. Krótkie wideo można tworzyć, edytować i udostępniać w wielu przestrzeniach. Raczej będą się te formy upowszechniały. Pisząc o zadaniach domowych na Tik Toku miałem na myśli komunikację w nowym świecie i w czasie trzeciej rewolucji technologicznej.

Ja dopiero dorastam do tego świata. Odkrywam go z dużym zdziwieniem. To algorytm sztucznej inteligencji i moje wybory porządkują i personalizują mi moją "tablicę tiktokową". 

"A ja myślę, że trzeba uczniom zostawić trochę świata bez nauczycieli. Nie możemy wpychać się wszędzie, gdzie są dzieci:-) Jak wiemy "dobry" nauczyciel nawet z KAHOOT zrobi gilotynę:-)" Słuszna uwaga, nawet najlepsze narzędzie można w zły sposób wykorzystać. 

Od jakiegoś czasu, niejako przy okazji zajęć w pełni merytorycznych, staram się uczyć studentów okrywania tego, że portale społecznościowe, które wykorzystują do kontaktów społecznych, można również wykorzystać do celów edukacyjnych, biznesowych i publicznych. I pokazuję im, że już dużo umieją, wystarczy że tę wiedzę zastosują kreatywnie do nowych (dla nich) funkcji. Czyli nie tyle wchodzenie do ich świata na stałe ale pokazania, że już dużo potrafią i jest to wiedza techniczna przydatna nie tylko do ich kontaktów na "wirtualnym podwórku".

Staram się zachować równowagę. Widzę jednak potrzebę kształcenia uważności, odróżniania form różnorodnych wypowiedzi. I tu się w pełni zgodzę. W zaganianym, szybkim świecie potrzebne jest uczenie uważności. Czasy mamy zbyt zabiegane, szybkie, za długo siedzimy w pracy, za dużo dociera do nas informacji, za dużo bodźców, brak czasu i warunków do refleksji....

I już mi się raz udało zadać pracę domową studentom na Tik Toku. Nieśmiały i niepewny krok. Sam muszę wejść trochę w ten świat by poznać co i jak. A w przyszłym roku akademickim znowu spróbuję, bardziej odważnie i w przemyślany dydaktycznie sposób.

21.06.2021

Jak w podręczniku oznaczać łańcuchy pokarmowe


Przez wiele lat widywałem różne oznaczenia łańcuchów i sieci troficznych, od podręczników akademickich, przez podręczniki szkolne aż po opracowania popularne. Czasem graficzna ilustracja wzbudzała zdziwienie. Przed kilku dniami pojawił się taki głos w dyskusji nauczycielskiej: 

Ostatnio coraz częściej, w prezentowanych materiałach, widzę łańcuchy pokarmowe na zasadzie "kto kogo zjada". Mnie uczyli, że strzałkami zaznacza się drogę pokarmu (...). Gdzie racja?

Tylko pozornie jest to oczywiste. W zasadzie oznaczyć można dowolnie, znacznie ważniejsze jest to, jak się interpretuje taki schemat. O sensowności i poprawności można mówić w kontekście treści i opisu takiego schematu. Bo jak poprawnie zapisać: może czy morze, lud czy lód? To z kontekstu zdania wywnioskujemy czy może chodzi o morze czy raczej o możliwość. 

Kto kogo zjada? To zdaje się być oczywiste. Ale jakie procesy i zjawiska chcemy tymi strzałkami i konsekwencji zjadania opisać (opowiedzieć)? 

W klasycznym ujęciu ekologicznym strzałkami oznacza się przepływ materii i energii między poziomami troficznymi (lub ogniwami łańcucha pokarmowego). Kierunek strzałki pokazuje jak przemieszcza się materia i energia zmagazynowania w związkach chemicznych ( i w tym kontekście cytowany głos nauczycielki jest jak najbardziej uzasadniony). Uwzględniając entropię wyjaśniamy dlaczego mniej jest biomasy na wyższych poziomach troficznych lub jak rozprzestrzeniają się np. różnego rodzaju zanieczyszczenia. Wędruje materia a z nią nie tylko energia ale i konkretne pierwiastki, izotopy czy związki chemiczne. W takim ujęciu strzałka powinna być skierowana od niższego poziomu troficznego do wyższego (od zjadanego ku zjadającemu).

Ale można spotkać w opracowaniach ekologicznych niemalże takie same schematy, tyle że strzałki skierowane są dokładnie odwrotnie (czasem jest to ewidentny błąd, a czasem nie). Na zamieszczonym wyżej schemacie uwzględnione są obie możliwości (schemat, który wykorzystuję na wykładach z biologii wód do objaśnienia biomanipulacji bottom up i top down - regulacja od dołu piramidy troficznej lub od góry). Relacje między zjadającym a zjadanym to nie tylko przepływ energii i materii ale i regulacja. Po prostu wyższy poziom troficzny, poprzez zjadanie, reguluje liczebność niższego poziomu troficznego. O ewentualnej poprawności czy niepoprawności decyduje interpretacja a nie sam schemat. Interpretacja znajduje się w opisie ryciny (schematu) i w opisie, zwartym w tekście. Całość tworzy znaczenie. 

Odnosząc to do praktyki szkolnej, nie ważne co uczeń odpowie, jak narysie. Ważniejsze jest to jak zinterpretuje. A nauczyciel? Zapewne musi się też natrudzić by dobrze wyjaśnić, tak żeby uczeń zrozumiał. Nie tylko zapamiętał a zrozumiał. 


Na powyższym schemacie strzałkami zaznaczony jest przepływ energii i materii, by wytłumaczyć od czego zależy liczebność i biomasa poszczególnych elementów w tym łańcuchu pokarmowym. Animacja pokazywana w czasie wykładu (bo w Power Poncie animacja znakomicie ułatwia objaśnienie schematów) pokazuje zarówno przepływ materii jak i kolejnych krokach wpływ regulacyjny wyższego poziomu troficznego. Taka złożona opowieść kto kogo zjada i co z tego wynika. Czyli jak zrozumienie łańcuchów pokarmowych w jeziorze (wiedza podstawowa) oraz związanych z tym funkcji regulacyjnych, umożliwiło wymyślenie biomanipulacyjnej metody "oczyszczania" jezior (ekologia stosowana). 

Wiedza ekologiczna jest przydatna na co dzień. Nie tylko by rozumieć otaczający nas świat lecz także by sensownie działań. Tak, wiedza podstawowo (nie tylko wiadomości ale i ich rozumienie) umożliwia bardzo praktyczne działania.  

20.06.2021

Dobre ziarno i tak wykiełkuje




Biologiczne życie inspiruje nie tylko filozofów. Oto przykład. 

Dobre ziarno i tak wykiełkuje oraz wyda plon. Prędzej czy później. Bo jest wartościowe dla tego właśnie ekosystemu. Gdy padnie na glebę, np. w miejskim trawniku to pojawia się dylemat: kiełkować w pośpiechu czy zaczekać. Kiełkować, gdy susza i kosiarka co chwila wycina to, co wyrosło ponad poziom? Lepiej zaczekać na deszcz. A ten spadnie. Prędzej czy później. Diapauza niektórych propagul jest długa. 

Coś się nie udało, skończyło się, ale coś nowego się zacznie, nie teraz to później, nie w tym miejscu to w innym. Wartościowe ziarno i tak wyda dobry plon. Dobre pomysły się zrealizują. Nie teraz, to później. Łąka na ich zakwitnięcie cały czas cierpliwie czeka. 

Całość to więcej niż suma części, bo to także relacje między elementami. Z tych samych klocków Lego można zbudować dom, samolot czy dinozaura. Tym co zmienia efekt finalny są właśnie relacje. W przypadku klocków to relacje przestrzenne, w przypadku działań, to relacje między ludźmi.

Zabawa klockami jest wartościowa. To nic, że nawet piękna konstrukcja zostanie rozebrana na części. W pamięci zostaje pomysł i owe właśnie relacje. Niczym nasiono w glebowym banku nasion. Poczeka na deszcz i na swoją wiosnę - wtedy wykiełkuje.

W otaczającej przyrodzie przeglądamy się jak w lustrze. Biologia w niezwykły sposób inspiruje, pozwala na snucie analogii i przekazywanie zakodowanych treści. Patrzymy na tę samą przyrodę a dostrzegamy coś innego. Patrzymy na te same słowa i zdania a wyczytujemy różne treści. Tajemnicą jest to, co już w nas jest. To samo ziarno, zarodnik lub jajo pojawia się w różnym otoczeniu. I to od tego, co na zewnątrz, dużo zależy. Efekt całości, w tym przypadku efekt ekosystemu. I relacji między gatunkami oraz aktualnymi warunkami abiotycznymi.

Prędzej czy później spadnie deszcz i wartościowe ziarno wykiełkuje.... Czekaj cierpliwie.

15.06.2021

Jak podróżuje się bez samochodu?

 
Bez własnego samochodu podróżuje się trudniej i dłużej, bo wiele małych miejscowości jest wykluczona komunikacyjnie (i chodzi tu o ludzi tam mieszkających a nie same miejscowości). Nie dojeżdża tu komunikacja publiczna, ani autobusy, ani pociągi, nie ma na miejscu wypożyczalni rowerów. Trzeba dojść pieszo. Bez własnego samochodu podróżuje się.... ciekawiej. Bo podróżuje się wolniej, z namysłem, refleksją, jest czas na uważne kontemplowanie rzeczywistości i niespieszne rozmyślania. I jest czas na ruch oraz wysiłek fizyczny, 

Jadąc w samochodzie osobowym, nawet jako pasażer, dość szybko wpadam w rytm rywalizacji, wyprzedzania, denerwowania się korkami. Wyścigi: szybciej, sprytniej, w nieustannej walce. I w ciągłym stresie pokonywania przeszkód i innych uczestników samochodowej podróży. Wyprzedzić i zyskać 2-3 minuty. I co robią kierowcy z tak pięknie zaoszczędzonym czasem? Przeznaczają go na dalszą podróż. A może potem idą na siłownię czy inny fitness by spalić zbędne kalorie i zażyć trochę ruchu, potrzebnego w siedzącym trybie życia. Zza okien samochodu krajobrazy szybko migają. Kierowca musi patrzeć na drogę.

Podróż środkami komunikacji trwa dłużej. I nie wszędzie można dotrzeć. Jesteśmy ograniczeni połączeniami, czasem. Na dodatek takie podróżowanie wymaga planowania, sprawdzania połączeń i dostosowywania się do sytuacji. I zawsze wiąże się z czekaniem, często na dworcach i przystankach. Czekanie niespieszne. Niczego nie zmienisz. Najczęściej znika też rywalizacja. Zwalniasz. Jest czas na rozmyślania i uważne przyglądanie się otoczeniu. W takim podróżowaniu dostrzega się więcej. 

Podróżowanie bez własnego samochodu jest jak wakacyjna wyprawa z przygodą. Dostosowujesz się do rytmu otaczającego świta, odczuwasz lokalność. Więcej czasu ale i więcej zysku. Bo podziwianie świata trwa niemalże cały czas. I jest dobroczynny ruch fizyczny, bo nawet jak podróżujesz pociągiem do i tak musisz chodzić. Dużo chodzić.

Jakaś jedna sprawa, której załatwienie trwa pół godziny. Drugie tyle podróż pociągiem. Z własnym samochodem zajęłoby ci maksymalnie dwie godziny. A jednak ja, jako podróżujący komunikacją publiczną, przeznaczam na to ponad pół dnia (bo muszę). Nie da się wpaść, załatwić i wrócić. Pociąg powrotny jest za kilka godzin. Co robić? Można iść by zobaczyć więcej. Na przykład do następnej miejscowości z przystankiem kolejowym. Świat widziany przez pieszego jest zupełnie inny. Widać więcej kwiatów polnych, więcej śmieci w rowie, czuć więcej zapachów, słychać więcej głosów przyrody i wiejskiego życia. I dostrzegamy zdecydowanie więcej detali. Nie spieszysz się, bo wiesz, że pociąg nie przyjedzie szybciej. Nie ma jak "wyprzedzać", nie można wcisnąć pedału gazu. Poddajesz się rytmowi świata. Patrzysz i rozmyślasz. Lubię takie podróżowanie.

W chwilach podróży wydaje się, że posiadanie własnego samochodu osobowego to oszczędność czasu. No dobrze, a co zrobisz z tym zaoszczędzonym czasem? Dłużej posiedzisz przed telewizorem? Ponadto samochód wymaga nieustannej inwestycji czasowej, doglądania, naprawy, tankowania, mycia - jednym słowem dbania i utrzymywania w dobrym stanie. Tę inwestycję odbierasz potem w szybszej podróży. Jednym słowem, czas zaoszczędzony na szybszym podróżowaniu przeznaczać na.... samochód. I nie piszę tu o wykorzystaniu zawodowym - są profesje i są aktywności wymagające codziennego korzystania z samochodu. Osobiście potrzebowałbym samochodu raz na jakiś czas.  I dlatego wolę podróżować środkami transportu publicznego. Czas, który w ten sposób "marnuję", przeznaczam na uważność i refleksję. W zaganianym, codziennym życiu jednego i drugiego mi brakuje. 

Pociągami podróżuję już ponad pół wieku. Pamiętam parowozy i linie, które teraz dawno są zamknięte a tory rozebrane. I pamiętam wiele dworców kolejowych. Teraz stoją opuszczone, zabite deskami, ślad dawnego życia. Ślad świata, który przeminął... Nie tylko w tym aspekcie mój świat przeminął. Staje się historią. Podróże to także wyprawy historyczne i sentymentalne. Trzeba umieć tylko odczytywać ślady, pozostawione w krajobrazie. Dawne drogi, drzewa, starą rozwalającą się mleczarnię i przystanki autobusowe, z których nikt już nie odjeżdża. Ani na nich nie wysiada. Spostrzegasz detale a widzisz znacznie więcej. Widzisz przeszłość. Widzisz nieistniejące światy. A przez to egzotyczne.

Teraz dużo gorzej chodzi się pieszo. Drogi w zasadzie przeznaczone są tylko dla samochodów, często między jezdnią a barierką nie ma już miejsca dla pieszego (wyobraź sobie siebie między barierka a pędzącym tirem). Trzeba wybierać inne trasy. Ale i tam polne drogi zarosły, bo rzadko ktoś tam się pojazdem porusza. I tylko tak jak dawniej wędrowcy potrzebna jest laska. Teraz zrozumiałem dlaczego. By się podpierać? W najmniejszym stopniu. Kij jest potrzebny by odganiać się od psów puszczonych samopas. W mediach sporo jest o "groźnych" wilkach. Ale to nie ich boi się wędrujący turysta czy pielgrzym. Boi się psów puszczonych samopas. Zagryzają zwierzynę leśną, kaleczą ludzi. Kij jest potrzebny. Tak jak przed setkami lat, przed tysiącami. No i koniecznie trzeba uważać na samochody, wyprzedzające na trzeciego, prowadzone przez podchmielonych kierowców lub takich, którzy zbyt szybko jadą. Wiadomo, spieszą się. 

Bez własnego samochodu nawet bliskie wyprawy są dalekie. Niczym do obcych krajów. Ze względu na czas, klimat przygody i na fakt, że więcej się dostrzega. I odkrywa. Jest o czym porozmyślać. 

Nie od razu nauczyłem się podróżować. Na początku był stres i zdenerwowanie, dlaczego nie ma autobusu czy pociągu wcześniej. O dogodnej dla mnie porze! Z czasem nauczyłem się dostosowywać do lokalnego rytmu i do akceptowania świata. I nauczyłem się nudy na dworcu kolejowym. Wyciszenie, w którym zaczyna się słyszeć własne myśli. I można uważniej obserwować świat. Jest sposobność i czas by porozmawiać z ludźmi. Nauczyłem się pełniej przeżywać tu i teraz. I dostrzegać przemijanie. 

Powolne podróżowanie jest jak czytanie książek. Że wolniej? Że marnuje się czas? Ja patrzę na to inaczej. Wiele się zyskuje. W tym czas, w którym można rozmyślać. Bo gdybyś siedziała lub siedział na jakimś przystanku lub na polnej miedzy lub przydrożnym rowie lub na ławce w parku, to czytałabyś ten tekst powoli. W Twoim tempie a nie w tempie zaganianego świata. 

13.06.2021

Przenoszenie nieadekwatnych nawyków estetycznych - przykład krajobrazu Warmii

 

Wędrówki po polskiej wsi, na przykład tej warmińskiej. Radość kontaktu z przyrodą i pięknem krajobrazu. Pofałdowany, pojezierny krajobraz, z lasami, zadrzewieniami śródpolnymi, jeziorami, torfowiskami i charakterystycznymi czerwony dachami. Przyjemne doznania estetyczne. Tu jest po prostu pięknie. A czy może być jeszcze piękniej?

Ile jest wart piękny krajobraz? Czy da się wycenić pozytywne doznania? W jakimś sensie tak, bo przekłada się to na chęć zamieszkania i cenę nieruchomości lub terenu pod zabudowę. W ładnym krajobrazie chętniej się osiedlamy. 

Warmia i Mazury to od dawna region z wyludniającą się wsią. Wyjeżdzający ludzie, niszczejące siedliska. Zamierające małe gospodarstwa (zostają tylko duzi), brak pracy, brak transportu publicznego. W jednym miejscu więcej, w innym mniej. Demografia i zmiany cywilizacyjne wywierają swoje piętno. W niektórych częściach regionu pojawia się więcej nowych inwestycji, budowane są nowe domy (zwłaszcza w okolicach Olsztyna) oraz remontowane są stare siedliska. Efekty są różne. W ostatnich trzech dekadach polska wieś wypiękniała. Widać to i u nas. Można wskazać wiele udanych i wpisujących się dobrze w krajobraz małych i większych inwestycji.

Spójrzcie na zdjęcie wyżej, okolice Górowa. Zabudowa kolonijna. Odnowiony dom i budynek gospodarczy, zachowana czerwona dachów, zachowany styk budynków. I tylko te tuje rażą. Są jak kamień w bucie, uwierają. Siedlisko na kolonii (na wybudowaniu - jak określali Warmiacy) a więc na odludzi. Nikt nie przechodzi drogą, nie ma blisko okien sąsiadów. Odosobnienie. A mimo to zasadzono wokół posesji tuje. Zupełnie nie pasują do krajobrazu. Są jak skarpetki w sandałach lub trampki do garnituru. Przeniesiona jakaś dziwna potrzebna odizolowania się od "wścibskich oczu", typowa dla gęstej zabudowy. Ale jednocześnie właściciele sami odgradzają się od otaczającego ich piękna. Przesłaniają sobie widok na urokliwy krajobraz. Nieadekwatne do sytuacji nawyki estetyczne i samoizolacji. 

Dlaczego? Moda z telewizji? Dostępność materiału szkółkarskiego? Czy zwykły brak poczucia estetyki i zakorzenienia się w tutejskości? Manifestacja bogactwa i dominacji? Niczym wandale piszący brzydkie słowa na przystankach i elewacjach lub niszczący kosze do śmieci? "Ja tu byłem"?

A może to miała być osłona od wiatru? Czyż nie piękniej wyglądałyby jednak rodzime drzewa i krzewy, np. owocowe, wiosną obsypane kwieciem, pachnące, jesienią owocujące? 

Piękno bywa ulotne. Nawet w krajobrazie. Kiedyś raziły (i rażą, bo pozostały jako rudery) niepasujące do stylu kanciaste budynki punktów skupu mleka, budowate sklepy i inne inwestycje lat 7-0. XX wieku. Straszą niszczejące dworce i przystanki kolejowe. Są też piękne i stylowe, wpisujące się w tradycję i krajobraz nowe renowacje, odnowienia starych siedlisk. Przyjemnie na nie patrzeć. Przyjemnie wędrować. To one przyciągają turystów, małe inwestycje i nowych osadników. Czasem tylko na wakacje, czasem na stałe. 

Nowi osadnicy przynoszą nowe wzorcem nowe pomysły na życie. Przywracają życie obumierających siedliskom. Czasem ci nowi bardziej dbają o estetykę krajobrazu. A czasem przynoszą nieadekwatny do nowej sytuacji styl, uwierają swoimi pomysłami na otoczenie....

7.06.2021

Słowo się rzekło, kobyłka u płota, czyli z czym kojarzy się edukacja

 

A było to tak... dzisiaj na e-konferencji "Szkoła Ćwiczeń NOW: Nauka - Otwartość - Współpraca - czyli, co w praktyce oznacza NOW" miałem wystąpienie pt. "Profesorskie gadanie - blog jako przykład tworzenia środowiska edukacji rozproszonej". W ramach aktywizacji ruchowo-intelektualnej słuchaczy (by dać możliwość wypowiedzenia się nie tylko na czacie), z wykorzystaniem programu internetowego Mentimeter, zadałem pytanie "Z czym kojarzy Ci się edukacja". Dyskusja w tle (odkrywanie potencjału i możliwości komunikacji online). By nie przeszkadzać w słuchaniu i dać zajęcie tym, którzy akurat mają wolne moce przerobowe w swoim mózgu i uwadze. Pod koniec mojej prezentacji zajrzeliśmy do wyników. Obiecałem udostępnić grafikę w czacie... ale się nie dało. To znaczy nie umiałem. Obiecałem więc, że umieszczę na swoim blogu (prawda, że własny blog jest bardzo przydatny w komunikacji zdalnej?). Zatem niniejszym umieszczam (jak nie drzwiami to oknem, zawsze się jakoś da). Spośród ok. 100 uczestników wypowiedziały się 24 osoby. W centrum znalazło się słowo rozwój. Więcej niż jedno wskazanie uzyskały słowa: relacje, zaangażowanie, wiedza, doświadczenie, szkoła, przyszłość itp. Sami zresztą zobaczcie na grafice, umieszczonej wyżej.

A teraz trochę opowieści od kuchni. Rzadko prezentuję z wykorzystaniem Google Meet (nie znam więc wszystkich możliwości tego programu). Zatem trochę się obawiałem, czy wszystko pójdzie zgodnie z moimi zamierzeniami. Pomny wcześniejszych kłopotów przygotowałem dwa laptopy, by na jednym pokazywać a drugi stanowić miał okienko podglądu. Żebym widział jak widzą odbiorcy (czyli czy się wszystko poprawnie wyświetla i żeby nie zamęczać ciągłym dopytywanie "czy widać") oarz żeby mieć podgląd na czat (jakas forma komunikacji i uzyskiwania informacji zwrotnych). Musiałem się zalogować podwójnie przez to chyba zająłem miejsce (chętnych było więcej niż miejsc w pokoju, na szczęście organizatorzy nagrywali wystąpienia). 

Wcześnie rano wykonałem próbę połączenia. Laptop podłączony "na sztywno" (sieć LAN) miał problemy - nie działał mikrofon. Drugi laptop - połączony przez wi-fi działał poprawnie. Miał służyć jako podgląd. Można byłoby zamienić ale dla bezpieczeństwa chciałem jako główne połączenie mieć na sztywnym łączu. Próby sprawdzania w ustawieniach nic nie dały. Podłączyłem zewnętrzną kamerę - i wtedy wszystko zadziałało poprawnie. Teraz system wykrył kamerę i mikrofon. Uff, wszystko działa. Będzie dobrze.

Gdy zbliżało się moje wystąpienie, poruszyłem laptopem (chciałem poprawić wygodę pracy) i rozłączył się kabel LAN, straciłem połączenie. Mała panika, szybko spróbowałem przywrócić połączenie. Ale to trwa zawsze kilka minut. Kilka kliknięć i... pojawia się komunikat, że brak wolnych miejsc i nie mogę dołączyć. Ponowny zastrzyk adrenaliny. I szybkie improwizowanie. Trzeba rezerwowy laptop z podglądu zmienić na nadawanie (ale tam kamera źle ustawiona, na szczęście prezentacja na tamtym laptopie też była - bo główny laptop na 2 wejścia USB, jedno zajęte przez mysz, drugie przez kamerę, żeby włożyć pendrive musiałbym coś wyłączyć). Włączyłem głos, uruchomiłem prezentację. Na kilkanaście sekund przed rozpoczęciem "główny" laptop złapał połączenie. A więc znowu zmiana planu. W zamieszaniu nie zdążyłem wyłączyć dźwięku i pojawiło się echo. Kilka sekund niekomfortowych dla słuchaczy. 

Wszystkie trudności i nieoczekiwane sytuacje wybijają z rytmu. Moje wystąpienie trochę się przesunęło więc nastawiony "budzik" na zegarku wybrzmiewał nie o tej godzinie co trzeba. Miał sygnalizować zakończenie..... Chyba trzeba pomyśleć o zwykłym, stojącym zegarku. No i jeszcze ktoś wszedł do pokoju, mimo że na drzwiach wisiała kartka "wykład online, proszę nie przeszkadzać"... 

Na czat zerkałem, ale nie bardzo mogłem przeczytać pojawiających się wypowiedzi. Za małe literki, za daleko ekran i pod złym kątem. Po swoim wystąpieniu skopiowałem czat by na spokojnie przeczytać i sprawdzić czy są tam jakieś pytanie (na które obiecałem odpowiedzieć). Pytań w zasadzie nie było, były komentarze do referatu. Trudno mi jest je przypisać do konkretnego fragmentu mojej wypowiedzi, więc nie będę się do tych ciekawych spostrzeżeń i refleksji tutaj odnosił, by niechcący nie wypaczyć ich sensu. 

Morał z tego taki, że im więcej się próbuje, tym większe zdobywa się doświadczenie zarówno w przygotowaniu się do webinarium jak i lepiej radzimy sobie z improwizowaniem w sytuacjach niestandardowych. Trening czyni mistrza. A trzeba trenować stale. Bo szybko zapomina się o niektórych szczegółach a platformy do spotkań online ciągle się zmieniają. Nieustająca nauka.... przez działanie.

A ja nieustannie odkrywam możliwości edukacyjne bloga w edukacji rozproszonej i podawanej małymi porcjami. Może jeszcze kiedyś o tym szerzej napiszę. Myślicie, że warto?

 


3.06.2021

Jedna publikacja i 40 lat pracy....


Właśnie ukazała się publikacja, dość obszerna bo takie głównie publikowane są w Zootaxa. Tematem jest rozstrzygnięcie czy pewien gatunek chruścika to jeden czy dwa gatunki. Kiedyś zsynonimizowano (czyli uznano za jeden) dwa gatunki. Teraz na powrót są dwa gatunki. W sumie niż nadzwyczajnego, podobnych prac naukowych publikuje się 1-1,5 miliona rocznie na całym świecie. Można uznać, że to taki mały przyczynek w badaniach zoologicznych.

Materiały do niej przynajmniej ja zbierałem jakieś 40 lat. Na dodatek prace firmuje aż 17 autorów. Tak wiele wysiłku i czasu bo rozstrzygnąć jakiś tam problem między gatunkami chruścika, żyjącego w Europie? Na tym polega nauka, żmudna praca, przez wiele lat, by o ciutkę posunąć wiedzę. Tym razem badania genetyczne wspomogły dane morfologiczne. Wnioski są solidniej udokumentowane.

Publikacja jak publikacja, codzienność pracy akademickiej. Chciałem tylko pokazać, że czasami na jedną pracę składa się wiele lat pracy i współpraca bardzo szerokiego grona naukowców z wielu krajów. To nie jest jakiś wielki program lotu na Marsa czy poznania genomu człowieka. Takich działań jest bardzo dużo, drobnych, pracochłonnych. Budowanie gmachu wiedzy składa się także z takich małych zadań. A one też angażują. Potrzeba cierpliwości i wytrwałości.

Jak wspomniałem, materiały do tej publikacji zacząłem zbierać jakieś 40 lat temu, jeszcze na studiach. Nie miałem wtedy pojęcia, że posłużą do rozwiązania tego problemu systematycznego. Ale dzięki gromadzeniu zbiorów naukowych nawet po latach można je do czegoś sensownego wykorzystać. Rhyacophila fasciata to chruściki żyjący w małych, przyźródliskowych strumieniach. Do pracy zespołowej dostarczyłem materiału z różnych części Polski i Białorusi.

Dlaczego o tej publikacji wspominam? W badaniach naukowych czasem efekty pojawiają się szybko, czasem po wielu latach. Jeśli oceniamy naukowca co roku i rozliczamy z publikacji... to takie ciągłe poganianie wcale nie przynosi lepszych rezultatów i wydajniejszej pracy.  Po prostu więcej się pisze dla punktów, dla oceny i wykazania się wskaźnikami. Czasem jedna publikacja rozbijana jest na kilka mniejszych (wiedza ta sama ale punktów więcej). Czasem publikuje się wyniki przedwcześnie. Nauka potrzebuje zaufania i spokoju. I stabilnego zatrudnienia. Tylko dzięki temu moje zbiory chruścikowe mogły przetrwać. I mam nadzieję, że posłużą wielu innym naukowcom do kolejnych analiz.

Tak, podatnik, który w Polsce finansuje działalność naukową powinien wiedzieć, co i jak powstaje z tych funduszy. Ministerstwo, w imieniu podatnika, powinno kontrolować efekty działalności uniwersytetów i instytutów naukowych. Niemniej zbyt częste ocenianie nie przynosi zakładanych rezultatów. Tak jak oceny w szkole - czasem wypaczają i powodują, że uczniowie uczą się dla ocen... a naukowcy publikują dla punktów. Z pracą twórczą i innowacyjną nie jest tak samo jak z kopaniem rowów, gdzie widać szybko rezultaty działania. Trzeba mniej kontroli a więcej dobrych warunków do pracy, wymiany myśli, dyskusji, spokojnego namysłu. W ostateczności liczą się fakty naukowe a nie liczba publikacji. 

I na koniec coś z upowszechniania nauki. To dobry sposób przedstawiania podatnikowi, co z badań naukowych wynika i jakie efekty są w polskiej nauce. Tyle tylko, że używa się zupełnie innego języka. Cieszę się, że w zakresie popularyzacji i upowszechniania nauki w ostatnich kilkunastu latach dokonał się w Polsce znaczący postęp. Powstały centra nauki, pojawiło się wiele nowych pikników naukowych. Nie tylko sam w tym uczestniczę ale i wspieram tego typu działania. Czego przykładem jest patronat niemniejszego bloga dla  porozumienia SPINaj naukę (logo Profesorskiego gadania możecie czasem zobaczyć na plakatach i infografikach, takich jak ta poniżej). 

Mały wkład w wielkie dzieło.